Od czego zacząć? Może od nóg. Są nieśpieszne. Krzątają się wokół dwóch wygodnych foteli i stolika. Nasze – moje i przyjaciela – próbują się dopasować do prześwitów między krzesłami niższego rzędu. Jest ciasno. Ciaśniej niż w znanej linii lotniczej. Taki urok kamienicy przy Marszałkowskiej. Aktorzy po przechadzce rozsiadają się wygodnie w fotelach. My bez wygód na zajętych od dłuższego czasu krzesłach. Nie poddajemy się. Przez półtorej godziny.
Mały disclaimer dla osób o nieco wyższym wzroście: pierwszy i ostatni rząd dają więcej swobody nogom. W ostatnim są jednak tylko trzy miejsca po każdej stronie schodów, a z góry trudniej uchwycić mikroekspresje aktorów. Zwłaszcza Daniela Olbrychskiego, który zaznaczał swoją obecność skinieniami głowy, rytmicznym stukaniem palców, a w jednym z lepszych momentów przyciągnięciem laską kieliszka whisky.
Obserwujemy więc wiekowy, zadbany salon w starej posiadłości. I równie dobrze dobraną do niego obsadę w dramacie rozgrywającym się w czasie rzeczywistym. Zgodnie z klasycznymi jednościami: miejsca, czasu i… powiedzmy akcji – chociaż właściwszym słowem byłoby myśli (klinczu, zawieszonej asercji?), bo dziania się w sensie fizycznym jest tu niewiele.
Ruch jest zdawkowy. Pracują za to myśli. Precyzyjne, oparte na faktach, a mimo to nieprzynoszące głównemu bohaterowi spokoju. Próbuje on dociec stojących za nimi sensów. Oczekiwany gość, dawny przyjaciel, który po czterdziestu latach decyduje się na powrót z tropików, ma potwierdzić pieczołowicie rekonstruowany latami ciąg zdarzeń z przeszłości.
Przechowywane w pamięci teorie na temat utraconych jednego dnia: przyjaźni i miłości znajdują wyraz w snuciu rozważań o wartościach i estetyce relacji. Z czasem wystudiowaną uprzejmość gospodarza nadgryza gorycz i urażona duma. Uszczypliwości przechodzą w próby formułowania zarzutów. Jednak żaden z tych zabiegów zdaje się nie dotykać Konrada, który w milczeniu słucha zwierzeń dawnego przyjaciela. W ten snuty z różnym natężeniem monolog dwukrotnie – na początku i na końcu – włączy się piastunka grana przez Annę Seniuk.
Inscenizacyjnie prócz klimatycznych odgłosów burzy i dźwięku silnika zwiastującego przybycie gościa mamy też lampę naftową. W pewnym momencie rozmowy gaśnie światło. Bohater zapala zapałkę, ale… zasilanie wraca. Pomyślałem wtedy, że ciekawszym zabiegiem byłoby poprowadzenie części „akcji” w świetle naftówki. Sprzyjałoby to bardziej refleksyjnym momentom wynurzeń, podtrzymaniu napięcia, które sugerowały pierwsze sceny: wyjęty z szuflady rewolwer, nieco później odsłonięty szpikulec ukryty w rękojeści laski. Te jednak wraz z rozwojem wydarzeń pozostają wyłącznie „niemymi” rekwizytami.
Po rzucie okiem na zakręcającą półkolem widownię poszedłbym nawet dalej. Kameralny błysk lampy mógłby ukryć twarze części widzów. Z perspektywy aktorów musiały przypominać nieudane portrety rodzinne...
W tytule wspomniałem o podwójnym progu wejścia. Pierwszy – fizyczny opisałem powyżej. Drugi dla niektórych widzów może okazać się równie trudny do przekroczenia. Chodzi o nieśpieszne tempo, tłumione miast wybuchających emocje i samą wymowę przedstawienia. Świadomie statystujący Olbrychski w ani jednym momencie nie zaprzecza ani nie potwierdza przypuszczeń wygłaszanych przez gospodarza. Jednostronnie przywoływane wspomnienia nie zostają również skonfrontowane z pamiętnikiem żony, który za obopólną zgodą przyjaciół trafia w żar kominka. Widzowie przyzwyczajeni do dosłownych podsumowań będą musieli obejść się smakiem. Pozostałym posmak otwartego zakończenia wróci jeszcze nie raz po wyjściu z teatru.
Czym mnie ujęła książka, która mam nadzieję, już niebawem ujrzy światło dzienne? Dlaczego Sprzedam dom to dzieło absorbujące zarówno formalnie, jak i tematycznie? Zacznę od struktury tomiku. Autor podzielił go na segmenty odwołujące do przestrzeni domu – od ganku przez salon, kuchnię, aż po podwórko. Niczym metaforyczny rzut poziomy (ewentualnie pionowy) jest liryczną dokumentacją emocji, relacji i wspomnień. Ten umiejscawiający w przestrzeni zabieg pozwolił mi stać się gościem intymnego świata, w którym każda z powierzchni niesie ze sobą inne doświadczenie, inne obciążenie, ale także inne formy nadziei. Dom jako przestrzeń antropologiczna i symboliczna W ujęciu antropologicznym dom rodzinny to nie tylko schronienie, lecz także symbol tożsamości i więzów społecznych. W poezji Pawłowskiego dom staje się jednak obszarem walki – z ograniczeniami, toksycznymi relacjami i narzuconym dziedzictwem. Dwuwiersz „nabieram wodę w usta podlewam/to co ze mnie twoim jest nieistotne” stan...
Komentarze
Prześlij komentarz