środa, 7 grudnia 2011

Gus gus w 1500m2


Po godzinie ósmej mijamy główną bramkę klubu 1500m2. Trwa didżejski set, jest głośno, ale to jeszcze nie Gus Gus. Kręcimy się po wnętrzu. W sali po lewej stronie słychać inną muzykę od tej z koncertu. Chcemy tu zostać na chwilę, żeby wymienić się pierwszymi uwagami, ale co jakiś czas musimy sprawdzać co się dzieje w głównym pomieszczeniu. Pierwsze spostrzeżenie: akustyka jest bardziej klarowna niż podczas poprzednich imprez w tym miejscu, poza tym od samego początku jest dość tłoczno. Wychodzimy na dziedziniec - tutaj dochodzi nas muzyka ze środka. Robimy jeszcze kilka rund po klubie. Koncert zaczyna się przed czasem. Gdybyśmy tego nie sprawdzili na pewno stracilibyśmy pierwszy utwór. Mniejsza o większość, najważniejsze, że zdążyliśmy. 

Jak bardzo dopisała publiczność tego wieczoru widzimy dopiero teraz, bowiem część słuchaczy, aby coś widzieć obserwuje show ze schodów. My jednak postanawiamy usytuować się bliżej sceny. Do końca hali prowadzą nas nadmuchane przez zielonkawo-niebieskie wizualizacje grzyby dymu. Zgodnie z tym co udało nam się ustalić przed występem, Islandczycy rozpoczynają utworem z najnowszej płyty. Zresztą najnowsza twórczość grupy będzie dominowała tego wieczoru. Na scenie znajduje się pięć osób, ale zza filaru, gdzie jesteśmy udaje nam się dostrzec  trzy w porywach do czterech osób. Już wiemy czemu mimo dużej frekwencji za filarami jest takie przerzedzenie. Do tego wielkość podestu bardzo ogranicza ruch sceniczny i staje na tym, że widzimy tylko profile Earth, Presidenta Bongo i Biggi Veiry. Czasami w kadrze pokazuje się Hogni Egilsson a Daniel Agust obecny jest tylko śpiewem, chociaż parę razy udaje mi się dostrzec jego ręce przedzierające się przez opary dymu. 

Nie mam większych zastrzeżeń co do nagłośnienia koncertu. Największe wątpliwości budzi we mnie siła wyrazu, a właściwie jej brak. Nie wiem na czym polega to wytracanie ekspresji. Może przez progresywność samej muzyki: kilkuminutowe rozwijanie elektronicznych motywów, wplatanie starych wątków w nowe utwory, wszystko to nieco wyhamowywało energię muzyczną. A może przez to, że występ przypomina bardziej set didżejski a nie koncert. Utwory łączą się ze sobą, zlewając się w jedną całość. Brakuje pauz i zmian tempa. Przy trzecim czy czwartym utworze Bongo eksponuje linię rytmiczną i robi się bardziej dynamicznie, ale i tego zabiegu starcza tylko na chwilę. Może narzekam dlatego, że nie do końca dostrzegam to, co dzieje się na scenie, a może to właśnie sprawia, że bardziej obiektywnie oceniam występ Islandczyków.  Z utworów, które zrobiły na mnie największe wrażenie wymieniłbym Add this song z genialnym wokalem Daniela Agusta, Magnified love oraz Over na koniec podstawowego setu. Na bis grupa zagrała rewelacyjny David oraz Moss (jedyne utwory ze starszych wydawnictw). Kompozycji, które nie pojawiły się w czwartkowy wieczór jest zbyt wiele żeby wymieniać i ci, którzy czekali na starsze dokonania grupy mogli poczuć się zawiedzeni. Ja natomiast w oczekiwaniu na bis, gdy część słuchaczy powoli zaczęła opuszczać salę, zająłem lepsze miejsce. Dzięki temu nieco ciekawiej zakończył się dla mnie ten występ. 

Fragment koncertu Gus gus z Warszawy z klubu 1500m2 (20.10.2011)

poniedziałek, 5 grudnia 2011

slam w radiu 03.12.2011

1. słuchać muzyki tak jak nigdy


moja siostra skarży się na matkę. matka na siostrę.
ja już nie skarżę się na nic. mam kilka giga materiału
obciążającego obie strony. ciekawe, ile danych obciąża mnie?
nie, nie jestem tego ciekaw. wiedząc o tym musiałbym
to pozmieniać, a przygotowanie do tego zajęło by mi
zbyt wiele czasu. nie mam czasu na zmiany, 
bo nowi pisarze czekają, by ich przeczytać,
a nowa muzyka che, żeby ją przesłuchać.
słuchać muzyki tak jak nigdy nie słuchało się mamy.


2. włóż to między bajki


w sobotę jestem jeszcze we wczoraj.
wczoraj posunąłem się jeszcze dalej,
żeby być jeszcze wcześniej. zabawa 
polega na na tym, żeby chodzić do tyłu
i żeby nie dotknąć ziemi. nikt nie chce 
poczuć się dotknięty, bo zły dotyk boli
całe pół godziny, a złe pisanie całe życie
i zostają już tylko bajki. mama nigdy
mi nie mówiła bajek i tego, że dużo rzeczy
wkłada się między nie - choć wiem, że tak myślała.
szkoda, że nie wiedziała co wkładam i skąd wyjmuję.
w ten sposób nieco przegapiła proces
kształtowania się postaw. ponieważ dzieciństwo
upłynęło mi pod znakiem studia semafor a nie herberta,
mój wewnętrzny daimonion został z bajek wzięty
i pod każdy mokry sen podkładał mi twarz
mojej pierwszej dziewczyny, z którą mi nie wyszło
zdjęcie szwów z połówek jabłek, które się nie zrosły -
ale, gdy byłem sam, sztuczki z tego studia 
pomagały mi płynnie przechodzić od wyobraźni
do praktyki, chociaż nie do końca udało mi się 
opanować technikę wyrównywania odchyleń
zapachu, koloru poglądów i skóry.


3. jestem pijany


jestem pijany, gdy nie ma takiej potrzeby
i trzeźwy, gdy również nie ma takiej potrzeby.
natura jest matką potrzeb, ale należy iść dalej
i nie polegać na potrzebie, ale delikatnie wymusić ją.


to prawda, że nie jestem do końca świadomy
swoich i twoich potrzeb, bo mój umysł i twoje ciało
produkują ich zbyt wiele. zaopatrujesz i tworzysz im
nowe miejsca pracy tymczasowej, a nasze projekty
coraz regularniej pokrywają się.


trochę poszukujemy się, ale tak, żeby nie zrobić 
sobie krzywdy. nie roztrwonić dobrego samopoczucia,
potrzebę, której nie potrzeba tylko rzeczom nieożywionym.


jeżeli dalej dotrzymamy słowa i będziemy sobie mówić
kiedy chcemy się oszukać, to powiem ci, że dalej chcę pić
kiedy nie ma takiej potrzeby, a ty nie oszukasz mnie, 
że jeszcze wiele razy będziesz mogła to znieść.



4. miłosny par cour

postanowiłem dzisiaj, że jednak będę cię nosił,
jak saper strój „michelina” przed rozbrojeniem bomby,
bo jestem wrażliwy na stany zapalne i słowa jak zapalnik,
twoje ciało posłuży mi za mentalną tarczę.

bo codzienne informacje dzieli zbyt wątłą odległość
do stanu mojego konta, a stamtąd jest już blisko do nocnego sklepu
co znaczy, że w połowie miesiąca, to nie jest kraj dla mnie
i tylko seniorzy na rencie wiedzą jak wydłużyć sobie
sponsorowany przez zus sezon w niebie.

ma to swoje dobre strony bo, po 16 stajemy się bardziej wrażliwi
na problemy miasta, aktywnie działa wyobraźnia,
wiemy o czym szumią bloki w betonowej dżungli w momentach
wychylenia od normy i stanach granicznych trzeźwości.

po 16 każdego miesiąca jesteśmy ze sobą bo mamy misję,
chronić się przed telewizją w piątek i ewentualnym deszczem,
przed spacerami w pojedynkę po mieście, pilnujemy się jak
mała agencja ochrony, mały juventus turyn i dzieci specjalnej troski.

jeszcze zatrzęsiemy pierwszą ligą par, par excellence
robiąc miłosny par cour w mieście huśtawek
nastrojów i nie przestraszy nas wizja lokalna opieki społecznej
do okienek życia podrzucimy nie lubiane przez nas w dzieciństwie zabawki.