piątek, 31 grudnia 2010

pukajcie ze mną w niepomalowane drewno. podsumowanie obyczajne.

jutro o tej godzinie pewnie niewiele będę pamiętał, dlatego postanowiłem wykorzystać, że jest jeszcze dzisiaj i napisać kilka słów. rok kończę syndromem narzekającej kobiety. narzekaniem może mniej jaskrawym, ale wymierzonym w kierunku drugiej płci. mój punkt widzenia: bycie w związku u schyłku 2010 roku jest irracjonalne. nie wiem czy to za sprawą zbyt wygórowanych oczekiwań. czasami wydaje mi się, że gdyby nie chęć seksualnego napoczęcia odmiennej płci, nie byłoby wzajemnego zainteresowania między kobietami i mężczyznami. bo gdy już jesteś zainteresowany w ten inny sposób, to możesz stać się np. przyjacielem – kimś w rodzaju koordynatora ds. kulturalnych, tzn. zabierać ją na ambitne filmy, bo jej znajomi wolą te bardziej popularne lub pisać do trzeciej w nocy na fb, bo nie może spać albo pisze pracę na zaliczenie. trzeba przy tym pamiętać, że kontakt zawsze powinien być czujny na wszystkie aktualne aspekty obyczajowe, więc jeżeli wyślesz smsa z zapytaniem „czy lepiłaś już bałwana tej zimy?” to nie odpowie na niego, bo nie wszedłeś na jej profil i nie przeczytałeś, że od wczoraj nie lubi śniegu, bo przez nawałnicę ledwo dotarła na uczelnię. i ma prawo nie odpisać, bo ona tak jak 10% populacji na ziemi używa fb i wie, że tam są jedyne prawdziwe i niepodważalne dane i dlatego powinienem wiedzieć, że ona napisała o tym śniegu na poważnie i zanim wyślę smsa to mam obowiązek wejść na fb i przeczytać jej aktualny status. a ona tam jest naprawdę zła. natomiast ja pochwalam niekonsekwencję informacyjną, półtora metrowy dystans między autobusami, bezbolesną apostazję i kokainę w boże narodzenie. poza tym koncerty i imprezy elektro w powiększeniu. a propos związków, to jest dziewczyna, za, którą nie tęsknię, ale łatwo przychodzi mi wyobrażenie, że jesteśmy razem. i nie ma w tym myśleniu seksualnego podtekstu czy chęci jednostronnego polizania płci. zbliżenie jest dla mnie autentyczną tajemnicą, której nie mam zamiaru rozwiązać sam na sam ze swoim ciałem, choć już dawno m. in.: od w. allena dostałem w tym względzie zielone światło. ponoć praktykujący w samotności są najlepszymi kochankami. swoją drogą ciekawe ile to może trwać… mimo wszystko doszedłem do wniosku, że ufam kobietom. jestem przekonany, że one tak naprawdę chronią mężczyzn przed swoją naturą i bolesną konsekwencją. mają wyczucie i większe rozeznanie w sprawach ducha i ciała. bo wiedzą, że jeżeli mężczyzna chce czegoś więcej w aspekcie duchowym to nie należy dzielić się swoim ciałem. albo jedno albo drugie. przyznam się, że ja tego nie rozumiem, bo jak spotykam kogoś wrażliwego i inteligentnego to w głębi duszy sprawia mi radość, że mógłbym mieć wszystko, a nie tylko ciało. i ktoś tu chyba nie potrafi praktykować w samotności, a jednocześnie w faktycznych okolicznościach nie umie się dzielić wspomnianymi cechami. ja wierzę, że to ciekawszy sposób dzielenia się swoja płcią. najśmieszniejszy tekst od pe „to ja powinnam wykazywać się wrażliwością i spostrzegawczością, a ty powinieneś być twardy i zdecydowany…” no tak, tajemniczość dziejów nie obdarzyła nas możliwością łączenia tych cech. wrażliwość w połączeniu ze zdecydowaniem, twardość wespół ze spostrzegawczością nie zdarzają się a już na pewno nie istnieją na miarę obojga płci. to niemożliwe. odnajdowanie ich w sobie też. kropka.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

od kuchni strony


doświadczyłem niedawno na własnej skórze, że wystarczy nie zamknąć czegoś z przeszłości, nie załatać. a nawet przymknąć oko na swoją wrażliwość – nie aktualizowanie doświadczenia ulegają przeterminowaniu. logika tego stanu jest prosta i boleśnie konsekwentna: nie nałożyłem kapeluszy dżemów i ryb; nie odłożyłem ich do lodówki – tym samym zaczęły gnić. tą kuchenną metaforykę łatwo przenieść na sprawy duchowe, w zapachu równie intensywne jak rozbef czy tatar po terminie spożycia. żeby to naprawić trzeba naprawdę się wysilić, uruchamiając szereg skomplikowanych zabiegów – łącznie z braniem w ręce niegdyś świeżych emocji, przepakowywaniem i wyrzucaniem prześwietlonych myśli. najgorsze jest to, że cały czas ma się poczucie, że to wszystko mogłoby się jeszcze przydać i wyrzucać szkoda. nie wiadomo tak naprawdę, co kiedyś może stać się znów użyteczne. zabieram się do tego trochę jak do białej magii i dialektyki spożywczej zarazem. i kompletnie się gubię. nie pomaga nawet, gdy powtarzam sobie, że trud z tym związany przyniesie mi poczucie wynagrodzonego wysiłku. coś ze środka na przekór mi mówi cały czas: „stracisz tylko siły, a mógłbyś spożytkować je na inne cele.” i dalej, że nawet bez specjalnie włożonych starań i tak będę umiał wyciągnąć pozytywne wnioski. więc po co się starać? z drugiej strony, czy wystarczy „przechodzić” złe samopoczucie, bo i tak kiedyś uda się go pozbyć jak  zapachu pierdnięcia? niech samo się zrobi. a dlaczego nie? może i tak, ale jest jeszcze spory kawałek ducha (w maszynie), który dość często trzeba wyciągać w towarzystwie innych. dzielić się nim, w temperaturze niższej niż ta panująca w klatce piersiowej? gdy wyciągam coś z siebie niematerialnego na zewnątrz, to wówczas jestem wstydliwszy i definiuje się powściągliwiej. nie daje się prowadzić przez emocje. w ciele panuje złe środowisko dla ducha, za dużo się iskrzy, zbyt wiele przelewa się substancji a poza tym jest tam prawie zawsze niezmienne 36,6 stopni celsjusza. (209, 8 kelvina, 98,2 fahrenheita) w tych warunkach łatwiej o rozkład.  

odkryłem coś, tylko nie wiem czy jest to odkrycie obiektywnie prawdziwe. otóż wydaje mi się, że nieporównywalnie więcej pracy wkładam w skomponowanie siebie do kupy niż moi znajomi. to oczywiście przeczucie i być może tak wcale nie jest. bo może wszyscy jesteśmy w podobnym położeniu, tylko, że niektórzy potrafią to lepiej maskować. mimo wszystko i tak zdziwiłbym się, wchodząc w myśli osób mi bliskich, że od samego rana zaczynają szereg czynności, które przypominają te, które wykonuje ja. czyżby wszyscy mogli myśleć, że bez uporządkowania spraw odśrodkowych (znaczy się duchowych) nie wyjdą z domu? bo ja na przykład po przebudzeniu się wczoraj, prawie automatycznie zostałem cofnięty do niedawnego snu i paru jeszcze innych czynności z 18.30 minionego dnia. i próbowałem sobie przypomnieć kim byłem przed opadnięciem powiek, tzn. na jakim momencie siebie stanąłem poprzedniego dnia i czy ja wczorajsze jest bliskie ja porannemu. i nie chodziło o konfrontacje przed łazienkowym lustrem tylko o żywą autopolemikę z alter ego na tle wczoraj. uczciwy wywiad z samym sobą. wyglądało to tak, że po kilkudziesięciu minutach przekonywania osiągnąłem coś na zasadzie naciąganego kompromisu. okazało się, że ja wczorajsze nie chce powrotu do rutynowych działań związanych ze śniadaniem i pracą. dysponując większym wigorem z wczoraj zaczęło dominować nad ja bieżącym. na szczęście odwrotnie było z potencjałem fizycznym dlatego, w rezultacie wszystkie pretensje zostały stłumione i zepchnięte, gdzieś w okolice czyśćca podświadomości. teraz mają niewiadomą datę aktywacji. no może nie do końca niewiadomą, bo pewnie przypomną się następnego dnia z rana. a ja do tego czasu będę wmawiał sobie, że zaktualizuję narzędzia autokorekty i wreszcie zrobię coś z większą kompatybilnością wieczorów i dni.

to nie wszystko. podczas pół godzinnej jazdy autobusem w drodze do pracy doszło do niezaplanowanego wybuchu euforii. zaczęło się od kącików ust. jakiś wewnętrzny grymas zaczął je podważać. z sekundy na sekundę czułem jak szczera radość nadmuchuje mi skórę policzków. bezwolnie zaczynam się uśmiechać. domyślam się, że to moje ja z wczoraj, nie pozwala na zachowanie powagi. gubię dystans. czuję, że nie ustoję na twardej podłodze autobusu, bo ta zamienia się w cienką linię w tym obwoźnym  cyrku o numerze 117. skręcamy w madalińskiego, a poręcze, które mam na wyciągniecie ręki nagle się oddalają. rozsiewam emocje w tłum i wszystko co było w środku zaczyna wychodzić na zewnątrz. schizofrenicy chodzą ze snami na wierzchu. ja mam emocje. a było tak blisko. już wyrobiłem w sobie poranną równowagę, a tu niespodzianka – radość. wiem, że dzięki powadze mogę mieć więcej. dlatego tak długo dbam o nią przed wyjściem. a teraz pod palcami wyczuwam ciepło i miękkość twarzy. zupełnie jak u dziecka. bez powagi będzie mi nieporównanie trudniej w pracy, a wieczorem jeszcze spotkanie w męskim gronie. później klub. tam może będzie koleżanka wojtka. cel: utrzymanie relacji wzrokowej na podobnym poziomie co w planie be. w takich momentach jak na dłoni widać co z kobietami potrafi zdziałać pewność siebie. to dziwne, bo nie rozsiewasz nic a i tak przyciągasz. a ja dzisiaj emanuję i rozsiewam. pokazuję, że jestem otwarty. to niedobrze wróży. muszę się powstrzymywać. w dodatku wiem, że radość będzie potrzebowała więcej kalorii, co wiąże się z tym, że będę musiał jej dostarczyć więcej emocjonalnej pożywki. to z kolei pociągnie za sobą sytuację, że nie skupię się na jednej rzeczy, bo wszystko dookoła będzie mogło okazać się dla niej wartościową karmą. a co zrobić jeśli radość nie pójdzie w parze z jasnością i klarownością myśli? wolę o tym nawet nie myśleć. nawet najlepsze ściemnianie, że posiadam większą od przeciętnej inteligencję i tak wysiądzie przy częstym uśmiechaniu się. wzbudzi podejrzliwość. a większość ludzi widząc osobę radosną ulega efektowi zbytniego uproszczenia, które w efekcie prowadzi do bagatelizacji. i trudno zdobyć atencję, gdy rozmówca dostrzega po drugiej stronie uśmiech. poza tym być radosnym to przyzwalać na rozchwytywanie w towarzystwie, na zawracanie głowy… niezwykle trudno wówczas poświęcić się tylko jednej rzeczy. i co zrobić, gdy mimikra nie słucha się? jednocześnie nie oddając jej na dłuższą chwilę w depozyt pesymizmu.

ergo: radość potrafi być zła. przynosi długofalowe, negatywne zmiany. dostarcza kolorów, tym samym daje fałszywie znać, że jest ci dobrze. wysyła sygnały, aż inni zaczynają przeceniać twoją samowystarczalność. a jeżeli już ktoś podejdzie, to po to tylko, żeby coś od ciebie wziąć. i nie wiem co gorsze, czy ta przecena czy myślenie, że śmiejesz się jak głupi do sera?

niedziela, 5 grudnia 2010

the cult of dom keller - ep 1


napisałbym, że to mieszanka dusznego, kabalistycznego grania, ale nie o rejony azji zachodniej tu chodzi. a może właśnie tak, tylko nie do końca jestem tego świadom. przede mną dosłownie i w przenośni „the cult of dom keller” - eksperyment muzyczny z wielkiej brytanii. od razu napiszę, że każdy kawałek tego albumu rozpoczyna zabójczy wstęp i nie ukrywam, że to zachęca do zanurzenia się w ten projekt coraz dalej… i dalej. do tego stopnia, że gdy w winampie po spindrift (słuchałem songs from a ancient age z 2007 roku) rozpoczęły się dźwięki otwierającego płytę intro for the sun, pomyślałem, że muzyka przybrała wreszcie taką formę jakiej czekałem od dłuższego czasu. zupełnie wyleciało mi z głowy, że tuż po wspomnianym spindrift, chyba bezwarunkowo, dodałem do playlisty „the cult of dom keller”. już w pierwszym utworze słychać wokalne echolalie - mroczne pozdrowienia wyrzucane bardziej do księżyca niż do słońca (na co wskazywałby tytuł). wszystko to nieśpieszne, podbijane przez jeden gitarowy akord, zdradzający symptom muzycznego nawiedzenia.

w tym miejscu powinienem napisać coś w tym stylu, że im dalej słucham tych dźwięków tym ciekawiej się robi. po trosze będzie to prawdą, bo każdy kolejny ton jest łapczywie wychwytywany przez moje ucho, chociaż nie zaciera on wrażenia tego co było przed chwilą. wszystko toczy się niby w podobnym klimacie, choć cały czas jest nieco inaczej. w goat skin dream następuje ciekawa zmiana nastroju, stworzona przez wyizolowany od świata kabaret, którego słucha garstka osób. wokalista po zażyciu sporej ilości psychodelicji, gdzieś tak od połowy utworu, potrafi już tylko iść po śladach świdrującej gitary. pod stopami ma piasek i wijące się węże. mam wrażenie, że ta mroczna groteska rozgrywa się w kościele. albo jest to misterium na przystanku autobusowym w środku kukurydzianego pola. w ogóle płyta ta ma coś z rockowego szabasu. świetny doomfoot – marszowy, trochę za krótki. genialne wejście w into the sky volcano, muliste harmonie; jakby przesterowany sitar i na to nałożony brudny dźwięk garażowej gitary. jakieś tonalne i wokalne wygibasy. a to zaledwie wstęp do ostatniego na płycie beyond burning skies. po raz drugi mam niewyraźne skojarzenia z pewną surfową kapelą, której nazwa tu nie padnie… po pierwsze dlatego, że to tylko pojedyncze motywy, po drugie „the cult…” ciągnie bardziej w rejony psychodeliczne. na koniec zostawiłem czwarty w kolejności godshaker. jest głośniejszy, nieco drapieżniejszy i dłuższy od pozostałych utworów. przede wszystkim jest pozbawiony wokalu. nic poza bębny, shoegazowe gitary i gdzieniegdzie klawisze (czy dobrze nadstawiam słuch?). dynamika prowadzi do przyjemnych konwulsji – ten utwór komasuje trans z całej płyty, ukazując najbardziej rockowy pazur zespołu… tak minęło mi blisko 20 min. z ep 1 tego kwartetu. wszystkie pozytywne wrażenia powyżej. minusy – długość trwania materiału, aż się prosi, by utwory trwające nieco powyżej minuty (jest ich trzy) zostały rozwinięte jako pełnowymiarowe kompozycje. jeżeli czegoś im brakuje, to właśnie odpowiedniej do podtrzymania nastroju długości.   

  
ep1 można nabyć tutaj
poniżej dwa utwory do ściągnięcia: