poniedziałek, 22 listopada 2010

daniel agust w nowym wspaniałym świecie

o 21 z minutami mija mnie niski gość ubrany na czarno. wchodzi na małą scenę. ma na sobie kowbojki, spodnie od garnituru, które zwężają się u dołu (lol), marynarkę z piórami przy kołnierzu i białą koszulę. na stoliku przy jego mikrofonie stoi club mate i woda mineralna. daniel agust. inny od tego z teledysku „lady shave” gus gus w którym podglądał earth, która w ciemnej peruce wyglądała jak bjork. jego kameralny koncert to jeden z występów w ramach kulturalnych oblicz islandii zorganizowanych przez nowy wspaniały świat. (19 – 23 listopada 2010) to co obecnie robi zostało nazwane „kolekcją błogich mini-symfonii, pieszczotliwie wplatającą pop. to bogata orkiestracja, niesamowite, porywające soulowe wokale…” jeżeli ktoś pamięta utwór bambi z płyty „this is normal” gus gus to wie o co chodzi. chociaż na jego solowej płycie i podczas występu nie było tylu disnejowskich przesłodzeń, co właśnie tam. pierwsze wrażenie: na koncercie głos daniela jest mocniejszy, bardziej chrypiący niż na „swallowed a star” z 2006 roku (jedynego jak na razie własnego wydawnictwa) i to mi całkowicie nie przeszkadzało, bo konwencja w której jest utrzymany album i tak jest wystarczająco… że tak powiem delikatna, subtelna. może zostańmy przy tych określeniach. zaraz jeszcze do nich wrócę. a teraz kilka słów o chwilowo zamkniętym barze w nowym świecie: jeszcze przed występem wokalista poprosił właścicieli klubu, aby na czas śpiewania nie sprzedawać żadnych trunków, gdyż całe to zamieszanie z przechodzeniem między sceną i barem na pewno popsuje kameralność występu. no i jak dla mnie w ten nieco wymuszony sposób lokal zamienił się w całkiem klimatyczną mikrofilharmonię. ponad 40 minut solowego aktu minęło bardzo szybko i zostawiło miłe wrażenie. daniel pozwalał sobie na drobny ruch sceniczny, coś ala zetknięcie tradycyjnego tańca z disco (jakkolwiek to brzmi) już w gus gus można było zauważyć indywidualne podejście do tematu choreografii. po prostu zamienił się w skromnego arystokratę zamkniętego w obrębie parkietu. tutaj powrócę do omawianej delikatności. na początku jego rozłożone ręce ala jezus na tle wizualizacji przedstawiających spowolnione morskie fale zaczęły wywoływać u mnie, delikatne mówiąc, subtelne właśnie, poczucie wstydu. pomyślałem nawet: jeżeli tak ma wyglądać to artystyczne ofiarowanie to za chwilę opuszczam to miejsce. do tego jeszcze ta subtelna rzewność… ale gdzieś tak po trzecim utworze koncert w odróżnieniu od płyty zaproponował bardziej różnorodne rzeczy. kabaretowe „the stingray” odtańczone z przytupem, wyważonym rzecz jasna i śpiewane mniej melancholijnie. a w „intersection” wokalizy agusta inspirowane motywami trąbki współbrzmiały naprawdę interesująco. na sam koniec jeszcze „the moss” (przearanżowany w 2007 na płytę „forever” gus gus) i chyba największy aplauz tego wieczoru.

na koniec o wizualizacjach za plecami wokalisty. na jednym z filmików gospodyni domowa zasypia z głową na kopcu naleśników, który wcześniej usmażyła (niestety nie pamiętam do jakiego utworu). wcześniejszy przedstawiał agusta na tle żywiołu wody w podwiewanym przez wiatr płaszczu i ze zbliżającymi się do niego morskimi falami w spowolnionym tempie. po występie zauważyłem, że daniel zamówił do stolika flaszkę polskiej wódki i cztery małe cole.

wtorek, 16 listopada 2010

agf/delay - explode


uwielbiam ich. mam fetysz par. w muzyce byli to do tej pory brendan perry i lisa gerrard (przed emocjonalnym wypadkiem). agf & delay są dla mnie trochę jak zakochani, którzy widzą słonie. tylko stojący na pewniejszych nogach i chyba bardziej dojrzali od bohaterów filmu pod tym samym tytułem. chociaż te dwie cechy plus inteligencja (którą przypisuję duetowi) nie muszą się wcale przekładać na poziom szczęścia. tak przynajmniej twierdzi tadeusz dąbrowski, który był w zoo i widział zarówno słonie jak i ludzi. ponoć pieściły się i tamci też się pieścili. i wypadało to podobnie. bo nie o wielkość tu przecież chodzi. oczywiście w sensie mentalnym a nie gabarytowym. i ja kiedyś myślałem identycznie, a później zmieniłem zdanie na zgoła odmienne. i już nie wiem czy ufać poecie, czy światu odbitemu we mnie, ale bez niego. najbezpieczniej chyba stanąć gdzieś pośrodku i poszukać summy wszystkich tych cech. jeżeli chodzi o duet agf/delay to ścierają się tu być może nie do końca przystające konwencje: okołopopowa twórczość antye greye fuchs (agf) i poszukiwania spod znaku ambient/techno sasu ripatti’ego. w przypadku tego spotkania można było przewidywać, że skończy się ono co najwyżej artystyczną symbiozą. w której współczesna kobieca liryka wybrzmi na tle elektronicznych wypięć i sprzężeń, uduchowiając nieco szkieletowe tętno. a z drugiej strony w pustym, dronicznym wnętrzu zamieszka żywa istota… jak na mój gust mało tu nieporozumień, co znaczy, że w tej symbiotycznej relacji jest spory magnetyzm.

o co tu właściwie chodzi? o rytm i głos. a za tym wszystkim o bardzo wyważoną elektronikę. momentami dźwiękowy „strumień” świadomości. zacznijmy może od tekstów. o czym one traktują? najprościej powiedzieć, że o prozie życia. pełno jest w nich codziennych spostrzeżeń, przytoczeń cudzych wypowiedzi, a także odniesień do innych tekstów, np. „he said pussy and paper/is poety power” - to wplecione w wiersz, słowa sasu, melodeklamowane przez antye w utworze “all eyes on us”. w nim to i zresztą nie tylko w tym charakterystyczny jest zapętlony, i taki „przewalający” się powolny rytm. puls jest w ogóle istotnym czynnikiem tego projektu. dość powiedzieć, że część męska duetu w młodości poświęcała swój czas „barwnemu” liczeniu w szkole muzycznej, co zaowocowało przyzwyczajeniem do (wszech)miar w muzyce. nie ma tu oczywiście miejsca na instrumentalne popisy czy soniczną nachalność. wręcz przeciwnie. każdy utwór charakteryzuję się trochę inaczej organizowanym tempem i brzmieniem. bywa, że zwykłe dudnienia tom florów, zostają wyparte przez dźwięki cong, które zdają się też być uderzane stopami. pojawiają się liczne przeszkadzajki „suche” tąpnięcia, urywane i wydłużane tony, preparowany szelest szczoteczek. w tym miejscu raz jeszcze chcę napisać, że ta muzyka jest wolna od solowych popisów. ma być urozmaicona w obrębie programowego minimalizmu. zarazem zimna i tłusta. dajmy na to: w „explode baby” bit przypomina prasę hydrauliczną nastawioną zgodnie ze wskazówkami zegarka. podobne do tego mechanizmu są poczynania bohaterki tego utworu, która nie myśli, nie czuje – jest zdeterminowana, by wyjść na spotkanie...
płyta zawiera kilka ukrytych inspiracji. np.: „break doors” to cichy ukłon w stronę „the doors”… „slow living” wieńczy szeptane „smooth operator”. natomiast „useless” trochę przypomina mi dokonania ursuli rucker w nieco bardziej minimalistycznym wydaniu. wszystkie te nawiązania, może prócz skojarzenia z ursulą rucker, są oczywiste jednak o kopiowaniu nie może być tutaj mowy. chodzi bardziej o subtelny hołd. ciekawi mnie tylko czy to przemyślany zabieg czy może te tekstowe nawiązania pojawiły się spontanicznie, w momencie nagrywania materiału. dalej jest krótkie „recorded”, które wybija trochę z sennego rytmu. głos antye stapia się z tanecznym pulsem, choć cały czas bliżej tu do downtempo niż disco. we wspomnianym „slow living” następuje powrót do standardowego, wolnego i nieco rozmarzonego (na zimno) grania, ale wcześniejsze kompozycje już to proponowały, dlatego w tym miejscu ciśnienie nieco spada. w „distributor” jest już więcej melodii, tzn: maszynerii produkującej dźwięk. naniesiono też więcej industrialnych faktur, dodano ruchu w podkładach i krzyżówki wokalne. antye śpiewa o pożywce dla dusz - są drzewa, gazety, poranki, dni, wieczory i cisza. co z tego należy oferować? co z tego zatrzymać dla siebie? a co po prostu dostrzec i iść dalej? na zakończenie „from morning on” pięciominutowa senna wełna. i przyznam się, że trochę trudno jest mi dotrzeć do tego miejsca, jeżeli muzyki tej nie wykorzystuję jako tła do innych czynności. i wcale nie chodzi mi o zawartą na płycie przebojowość czy jej brak, albo o większą dynamikę kompozycji, bo tych nie oczekuję po muzyce takiej jak ta. chodzi raczej o momenty bardziej plastyczne, bardziej zapadające w pamięć. w przypadku „explode” przy ósmej lub dziewiątej kompozycji mam ochotę włączyć płytę od początku. początkowe utwory są dla mnie zdecydowanie bardziej niepowtarzalne, świeże. i dlatego uważam, że ten album powinien trwać krócej. z dwunastu utworów zostawiłbym dziewięć, góra dziesięć kompozycji. wiem, że „from morning on, czy „slow living” mają ciekawe koncepty ale już w środku tracą one swoją moc. gdyby utwory te były bardziej skondensowane to uwypukliłby motywy w nich zawarte, a tak mam wrażenie, że nie wszystko zostało poddane starannej obróbce, tak jakby razem z miąższem do tego muzycznego przetworu dostało się też parę kwaśnych skórek. minimalizm, oszczędność w środki wyrazu – szkoda tylko, że nie objęły one większej części materiału, a przynajmniej utworów wieńczących album. co do reszty, to od dłuższego czasu nie mogę się oderwać.

czwartek, 11 listopada 2010

"ale jesteś poprogramowany"

miałem dziwny sen. wydarzył się między dwudziestą drugą z minutami a północą. było mi zimno i czułem się zmęczony, więc postanowiłem się położyć (to jeszcze na chwilę przed zaśnięciem). przykryłem się kołdrą choć byłem w ubraniu i zasnąłem. byłem w pokoju innym od mojego. miał wielkie, widne okna zasłonięte żaluzjami. to był chyba parter. tak sądzę po gwarze od ulicy. moja przyjaciółka przebierała się chodząc między nim a kuchnią, której nie widziałem, bo oddzielała ja ściana. wydawało mi się, że gdzieś się śpieszy. rozmawialiśmy jakby w przejściu (np. z dworca na ulicę), ale nie dało się odczuć tego dziwnego napięcia, że ktoś chce przejść, czy tego że musimy szybko skończyć, bo ona gdzieś się śpieszy. nie pamiętam o czym rozmawialiśmy. ona często pyta się o sprawy sercowe, więc może o tym. po jednej z takich wymian zdań podeszła do mnie... i rozpięła mój rozporek. zrobiła to tak naturalnie, że nawet gdybym chciał zaoponować, to już na samym wstępie utraciłem wszystkie mniej lub bardziej istotne argumenty. dodam tylko, że to ona była stroną czynną w tej sytuacji. coś na zasadzie części do całości. zastanawiam się tylko, które z nas było bardziej częścią a które całością? bo całość z tej sytuacji nie powinna wyjść obronną ręką, chociaż na pewno z nieukrywaną satysfakcją... już po fakcie (artefakcie bardziej) zapytałem ją, czy to zmieni stosunki między nami. kładąc się na łóżku odpowiedziała tylko: "ale jesteś poprogramowany". zrozumiałem, że nie. również się położyłem, kładąc swoją głowę obok jej głowy. na kolanach miała laptopa i zdawała się nie przejmować tym co się przed chwilą wydarzyło. "ale jestem poprogramowany" obudziłem się i zapisałem ten wniosek.