czwartek, 31 grudnia 2015

podsumowanie muzyczne 2014


archspire - the lucid collective

czysta kalkulacja i technika. bez epickiej ckliwości i nowomodnych ściem w stylu deafheaven. nie jest to ekstremalnie szybki iron maiden z growlem, charakterystyczny dla "tetris" metalu. koncept na muzę inspirowany polskim yattering i sceptic, momentami death i cynic. w sam raz jako ładunek na podróż autobusem w godzinach szczytu.



big ups - eighteen hours of static

post-hardcore i właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. ciekawe, nieśpieszne melodie mieszają się z melodiami bardziej wartkimi i równie ciekawymi. głos od melo do krzyku. niby emo, ale facet na froncie bardziej godny zaufania. zwłaszcza, że już pod koniec pierwszego tracku śpiewa: "open yourself, before it's too late"




gazelle twist - unflesh

"this is like cannibal corpse for housewives and cute classy women" to jeden z komentarzy pod utworem "anti body". jedna z tych młodych niepokornych dam, ukrywających wdzięki i robiąca z elektroniki awangardę mijając po drodze trip-hop. ale całość to nie konkretny gatunek/gatunki ale bagaż skojarzeniowo-kulturalny, dla którego ujścia posłużył akurat ten środek wyrazu jakim jest muzyka.



jungle - jungle

muzyka ta początkowo służyła mi do czytania i krzątania się po domu. wraz z upływającym czasem nie tylko. to powściągliwy w środkach wyrazu i z dużym wyczuciem zrealizowany dancehall, a na dokładkę leniwie taneczny chillout.





merkabah - moloch

moim zdaniem ten album na żywo wypada dużo lepiej. nie widząc działań muzyków na scenie trudno wychwycić wszystkie instrumentalne zaczepienia. ogólnie to dźwiękowy rumor w akompaniamencie z saksofonem. mankamenty: podobnie grane blasty, przedłużane momenty suspensu.




shellac - dude incredible

cały czas jest to manifestowany z dużym zacięciem rock z domieszką indie i post-punka. cieszą wychwytywane przez ucho riffy i stale obecna instrumentalna czytelność. senny wokal i przyczajony wrzask, który potrafi wysunąć się na szpicę.





the cutthroat 9 - dissent

jeżeli uznać, że jest to noise rock i punk to wykorzystany do końca i na grubo. a jeżeli już hard core to bardziej przypomina sterowanie hipopotamem niż konkurs szybkości angielskich chartów. basowe przestery, kładzione obficie na każdą sekundę dają w efekcie kilkutonowe dzieło.





todd terje - it's album time

"skromny młodzieniec wychowany na kultowych imprezach w oslo". ponoć podążył za erudycyjną odmianą muzyki disco. dla mnie taneczno-romantyczny kicz and pop. gdzieniegdzie wysunięte pianinko, charakterystyczne podbicia basowe niczym w elektro do tego wiatr we wąsach i rozbudowane trasy wyścigów jak z need for speed... zeszłoroczna płyta kavinsky „outrun” jest dobrym tropem, żeby wiedzieć z czym ma się przyjemność.


we will fail - verstörung

jak pisze autorka jest to "projekt skupiający się na przyjemności błądzenia". po pierwsze: płeć piękna powiła te dźwięki. po drugie: programowo odcięła się od wszelkiej prostoty i oczywistości. i właśnie dlatego warto na kilkadziesiąt minut zrezygnować z muzycznych przyzwyczajeń.




sting nie zagra w kazachstanie - sting nie zagra w kazachstanie

eksperymentalny powiew jazzu, ambientu i noisu. na co dzień członkowie wielu kapel takich jak merkabah, the spouds, evvolves, kiev office połączyli swe siły czym zwrócili uwagę słuchaczy i krytyków. jedna z wielu sesji improwizowanych, które muzycy grali w różnych konfiguracjach personalnych tutaj została skonkretyzowana, podrasowana sporym dystansem i wydana przez fuck you hipster records. 


chet faker - built on glass
piszącemu te słowa swoim nieśpiesznym soulowo-elektroniczno-akustycznym repertuarem ten lumberseksualny facet z australii na kilka miesięcy podmienił nucącego rachityczne pieśni niewinności jamesa blake'a. do teledysku dorzucił wrotkarki, na które łypie mętnym i melancholijnym wzrokiem. ilość lat na karku wskazuje, że to właśnie ten czas, gdy już wypada opowiadać o znudzeniu i rozczarowaniu światem doczesnym zwłaszcza, że rysy twarzy właśnie nabyły umiejętność wyglądania na znudzonego i rozczarowanego.

dean blunt - black metal

przypuśćmy, że jest to zgaszony black soul. przypuśćmy, że lider potrafi śpiewać, ale raczej rezygnuje z tego przywileju. i że całość nie zasadza się na wystudiowanym artyzmie rodem z performersko-muzycznych projektów z muzeum sztuki współczesnej. a nawet jeżeli to wszystko tam jest, to można polubić za to, że muzyka bardzo nie lubi podążać w wytyczonym przez jeden muzyczny gatunek kierunku. i przeważnie jej to wychodzi.


odraza - esperalem tkane

odraza gra black metal. od intra do końca. niemniej w ciągu kilkudziesięciu minut niczym czarna dziura między screamy, gitary i bębny wchłonie także inne muzyczne elementy. w zespole udział bierze dwóch muzyków. obaj mają zajawki spoza podwórka. na swoim podwórku też się dobrze znają. kilka rzewnych fragmentów mógłby zastąpić choćby blues, który się tutaj pojawia i wyszłaby z tego jeszcze lepsza płyta.



pablopavo & ludziki - polor

„cudze piosenki odprowadzały mnie do domu”, a piszącego te słowa nierzadko właśnie ten album. listę początkowych faworytów w postaci utworów: „krzysiek”, „patrz jak stara się wiatr”, i „koty” poszerzyły kolejne piosenki takie jak „pablo i pavo” oraz „eleganccy pesymiści” słowem są tu utwory, które odkrywa się wraz z czasem, a także z przyjemnością wraca do starych.


st. vincent - st. vincent

zdobyła mnie sesją nagraniową dla 4ad records. dwa lata temu kolaborowała z davidem byrnem. ma wiele uroku osobistego i sporo pomysłów jak na multiinstrumentalistkę przystało. bez problemu odnalazłaby się w różnych konfiguracjach duetowych. aranżuje skoczny, romantyczny i zadumany indie pop. gdy trzeba korzysta z manifestu songwriterskiego oraz delikatnej awangardy. tylko w „prince johny” za bardzo przeraża mnie to połączenie madonny z laną del rey.