Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą osobiste

miasto za 20 pln

zaczęło się od próby wytłumaczenia sobie obecności wszelkiej maści osób ciemnoskórych w warszawie. trudno sobie wyobrazić, że coś z naszej kultury i obyczajów mogłoby wzbudzać zainteresowanie. wyobrazić sobie może i można, ale przenieść na rzeczywistość już chyba gorzej. poza oczywiście małymi wyjątkami, których oczywiście nie obejmują język i asymilacja. to rzeczy chyba całkowicie nie do przejęcia przez przyjezdnych. co prawda z krajobrazu znikają co bardziej zakompleksione dziewczyny, ale przecież nie taki jest chyba cel tej migracji. czy nie lepiej byłoby kupić sobie nieco droższy bilet i wylądować w shannon lub manchesterze? lub wybrać maltę na erasmusie? nie może przecież chodzić o harlem na kolejowej, nawet jeżeli wyobrazić sobie to miejsce jako bezpieczne slumsy blisko centrum, to ciekawsze rzeczy dzieją się już chyba na piętnastolecie żabki (powiększone o 15 % piwa marki leżajsk, okocim i żubr za około 1.70 pln) lub dla odmiany w staromiejskim ośrodku kultury na starówce… ...

happy end na dolince szwajcarskiej

w parkach kolorowe ulotki z pierwszymi jesiennymi kolekcjami. jestem na dolince szwajcarskiej. latarnie stoją w zenicie. flora przewraca się na bok jak kwiaciarnia drzemie. przenoszę się na dalszą ławkę - trzeci rząd od proscenium z wodą. czas odlicza fontanna i przejeżdżające samochody. na okrągłej tarczy wodnego oczka, pluskanie kropel to sekundnik, cienie pojazdów to wskazówki minutowe… w głowie mam chór krewnych na czele z moją matką. kończą stasimon: seans o słabej pracy i niewyraźnych planach zawodowych. konflikt wartości, z którym raczej nie poradzi sobie pawełek toffi, ale przynajmniej pozwala zachować względną równowagę myśli. to wszystko razem wzięte sprawia, że zastanawiam się, czy do tej pory nie uprawiałem raczej wycofania zamiast dążenia po laur lub nagrodę. towarzysko i w pracy. bo może w momentach problematycznych zbyt często wchodziłem ukradkiem do tajemniczego sklepu, by dobrać sobie specjalne siedmiomilowe buty. później następowało czekanie z odległości kilku dzieln...

otwórz oczy w sierpniu

zabrakło mi dwóch złotych piwo kosztowało dziewięć pln za dwa musiałem zapłacić prawie 2 dychy w dodatku czterech miłych młodych ludzi postawiło sobie kolejkę bez kolejki w mojej kolejce próbowała nie dać po sobie znać nawet podeszła żeby spytać jak mi idzie powiedziałem że nieźle, choć nie zdobyłem się na subtelną zwięzłość wobec tych czterech miłych panów w dodatku zabrakło mi dwóch złotych szukając drobnych w torebce stwierdziła z dyplomatycznym uśmiechem, że przyzwyczaiła się już po zajściach z pawilonów sprzed pół roku przy stoliku leżało kilka ulotek devil driver zapytałem czy umie zrobić piekło niebo koniec końców robiliśmy je na raty bo oboje nauczyła nas mama ja byłem niebo, a ją coś piekło i nasze sylwetki jak planety z atmosferą których przyciąganie wystarczyło zaledwie na plastikowy kubeczek na stole za dziewięć złotych światło naciągnęło nam na twarze plastikową folię, światy odrealniły się powiedziała że zajmie miejsce na balkonie zapytała czy znajdę ją w okolicach sceny...

mokotowska st

miesiąc temu szedłem ciemną klatką do swojego starego mieszkania. było to kilka dni po przeprowadzce. w pionie została już tylko jedna para. w nieco wyizolowanym świecie między pustymi ścianami, do których prowadzi pusta klatka... idąc nie zapaliłem światła, choć na zewnątrz było już całkiem ciemno. dotarło do mnie wspomnienie z dzieciństwa, gdy szedłem nią jak teraz, a w kamienicy nie było prądu. rodzice wysłali mnie po coś do domu. byliśmy wtedy chyba u dziadków. było tak cicho, że spod butów dochodziły skrzypnięcia starych drewnianych schodów i dźwięczenie metalowego pęku kluczy, przypominającego kraba, którego bałem się uciszyć włożeniem ręki do gniazda kurtki. bałem się wtedy tak bardzo, że nie otworzyłem nawet drzwi do domu. w głównej mierze dlatego, że będąc na wysokości mieszkania przyszło mi do głowy, że odgłos przekręcanego w zamku klucza może zagłuszyć kroki kogoś nadchodzącego ze strychu. górną partię mojej kamienicy zajmowała stara, zardzewiała skrzynia pochłaniająca całe ...

lucid dream

zastanawiam się czy wolałbym przenieść rzeczywistość senną do rzeczywistości realnej, czy może realizm do snu. jakie miałbym korzyści z takiej zamiany, i która byłaby dla mnie lepsza? przenosząc umiejętność, którą nabyłem, a właściwie otrzymałem we śnie, wprost do jawy, byłaby to na pewno umiejętność latania (niestety blisko okien). taka początkowa jej faza. nieukończona, bowiem moment wyjścia za próg okna nigdy nie stał się dla mnie tak prosty, jak przejście między pokojem a kuchnią, czy chodnikiem a klatką. tego etapu sen nie ukazuje. jestem albo ciągle wewnątrz, dosłownie na chwilę przed wyjściem, albo ni stąd, ni zowąd już na zewnątrz. ten niewiadomy czas przejścia jest jak rozciągnięty na czarno kadr. zatem jaką miałbym korzyść z przeniesienia tej wybrakowanej umiejętności w realną rzeczywistość. chcąc wyjść za okno musiałbym przejść przez czarny pasaż. a to zawsze przypomina chwilowy zanik świadomości. po czym znajdowałbym się już na dworze w okolicach trzeciego piętra. zawieszon...

sobota nieogrzewana

już po godzinie wilka. moja biologiczna aktywność znów się rozstraja. teraz mógłbym żyć, gdy wszyscy śpią. w kamienicy mróz. chyba byłem nieuważny, bo do środka weszła zima. fundamenty mebli w całości pokryły kry. mam ochotę coś zjeść, ale przed pójściem do kuchni zatrzymuje mnie gruba kołdra zimna, która przykrywa mi twarz. upiekłbym sobie chleb na patelni, a do tego jajecznicę. zastanawiam się czy jest jeszcze trochę soku wiśniowego, ale barek jest pod ścianą z drugiej strony pokoju. ściany, która jest już chyba na dworzu. wstając utraciłbym sporo nagromadzonego pod kołdrą ciepła. w nieogrzewanej kamienicy najbardziej ekstremalnie wypadają różnice temperatur. są strefy ciepłe, wokół, których bardzo staromodnie organizuje się życie, a także strefy zimne w okolicach okien, ścian sąsiadujących z klatką i wszelkiego rodzaju drzwi wyjściowych. to rozstraja samopoczucie, które zamiast do bieżących spraw przywiązuje się bardziej do obserwowania powiększających się sfer zimna z obrzeży pok...

free homes for free birds

remontowane piętro mojej kamienicy obsiadły ptaki. jeszcze w połowie listopada widziałem jak parzyły się. używając do tego poręczy balkonu. teraz w tym miejscu sporadycznie się myją. zadomowiły się na czwartym piętrze, niemniej jednak nie na tyle, by nie bać się odgłosów otwieranych okien lub drzwi. co sprawia szamotaninę obijających się w kierunku niedomkniętego lufcika skrzydeł. brzmi to trochę jak tarcie papieru o chodnik. byłe mieszkanie mojego kolegi. teraz wielki betonowy karmnik. muszę mu o tym powiedzieć. o tym free homes for free birds . dobrze, że nie wszystkie ptaki wiedzą o pustych lokalach pewnie zmieniłyby politykę odlotów. wystarczy, że parki uległy transformacji w masowe noclegownie z toaletami usytuowanymi w nieprzygotowanych do tego korytarzach alej. należałoby może położyć jakieś gazety, a tak wszędzie zalega biała rdza osnuta zapachową pleśnią. ogród iluminujących fekaliów. mylne drogowskazy dla reprezentantów gatunku dwunożnych. od niedawna wrzask kraaa , kraa...

mikropoczta

mój pokój pracuje jak mała poczta. ciągle przychodzą tu jakieś listy, a ja przesyłam je dalej. niedługo będę musiał odnowić najbliższą okolicę, tzn. od krzesła do drzwi, bo sprzęty pokrywają się kurzem, koc pokazuje pluszowe zęby, fotele coraz wygodniej rozkładają poręcze, a żyrandol już dawno powiesił się, inicjując degradację meblowej flory. w takich warunkach muszę wyjść. na zewnątrz monstrualne kieszenie bram. nie ma w nich ciepła, za to jest smród z warg klatek. z góry zwisają żarówki z kolcami - pożółkłe kaktusy na żelbetowym niebie. miejski czyściec. od kilku tygodni mam bulimię osobowości. zwracam słowa. nieważne - mówione, pisane, czytane, wszystkie wypływają szarą strugą. czasem zostaje obgryziony wers lub dłuższa fraza na potrzeby zakupów w sklepie spożywczym. reszta to śmietnik zwrotów, które nie trafiły do adresata. w nim muszę znaleźć czasownik obsługujący dłonie tak, aby wzięły jej talie w garść, bo ona bardzo tego chce, ale sama nie umie. wymienić paczkordy imiesłowów, ...

phantoms der nacht

o the fanthoms wielokrotnie słyszałem w radioaktywnej aktywacji, a także w autorskiej sunday at devil dirt . jednak, że rzadko zapuszczam się w rejony rockowe, trochę pominąłem ten zespół. funkcjonował on w mojej głowie, jak sama nazwa wskazuje, trochę jak fantom. duch z odciętą materią. popsuta pocztówka grająca z widocznym na okładce tytułem, który mówi wszystko i nic zarazem. o the vinyl stitches usłyszałem przy okazji sobotniego koncertu, oczywiście ze strony sunday... gdybym jednak nie został zaproszony na występ przez martę (czerwony kubraczek i biało-niebieska pilotka cud miód) to bym zapewne zapomniał o tym wydarzeniu. nie ukrywam występ był dla mnie raczej okazją do spotkania znajomych niż poznawania nowych dźwięków. zatem z pragi, gdzie byłem udaję się w kierunku obiektu znalezionego, – bo tam ten koncert ma się odbyć. wcześniej udaje mi się ominąć kontrolerów, którzy nie wiedzieć, czemu wchodzą tylko do przedniego przedziału tramwaju nr 4. uf, dzisiaj chyba szczęście mi sp...

linia nr 175

mam sen. jestem w autobusie linii 175 na rogu ulic bonifraterskiej i miodowej. jest przed południem, a więc jest jeszcze jasno. kierowca robi niespodziewany manewr. zamiast jechać prosto i później okrążyć stadion polonii w kierunku ulicy konwiktorskiej, skręca przy pomniku ofiar holocaustu. zawraca na trasę, z której właśnie przyjechał. niesamowitości sytuacji dodaje fakt, że moje rzeczy osobiste znajdują się na kilku tylnych fotelach. autobus poza mną i kierowcą jest pusty. dodatkowo wycieram się, stojąc z ręcznikiem w przejściu. zatem wcześniej musiałem wziąć kąpiel lub prysznic. tego jednak nie pamiętam. ani dokąd jadę lub skąd wracam. niemniej jednak coraz bardziej staję się świadomy zaistniałej sytuacji. zaczynam przebierać się coraz bardziej nerwowo. moje ruchy są jednak spowolnione, nie proporcjonalne do stanu podenerwowania, który motywuje do szybkich działań. na następnym przystanku na pewno już czekają ludzie. dlaczego znalazłem się na muranowie? być może, dlatego, że wczoraj...

produkt sary brutto

czekałem. we wtorek, środę i czwartek mijał termin... przydatności do bycia razem. jestem produktem zalegającym w swoim pokoju. mam już nieaktualną etykietę. mogę zostać jeszcze podgrzany lub ewentualnie przeznaczony na pokarm dla psów. przyjaciele, w tym monika i michał mówili mi, że zasługuję na lepszą dystrybucję, chcieli włożyć mnie do troskliwszych rąk. i wcale nie musiałbym potanieć, wręcz przeciwnie. dlatego postanowiłem, jak przystało na towar w miarę dobry, że napiszę notę do potencjalnego nabywcy, iż wybrałem eksport na wyspy lub do krajów skandynawskich . uważam się za wyrób o podobnym standardzie przez wzgląd na fakturę i kolor opakowania. jakością przestanę odstawać, gdy dostanę etykietę (może certyfikat) w tamtejszym języku. albo nie, napiszę, że zostałem wypożyczony za lepszą cenę. ona mówiła, że nie miałaby, nic przeciwko, gdyby ktoś mnie napoczął. ona nie musi mieć całego produktu, dlatego ktoś, kto obcowałby z czymś w miarę niezłym (w domyśle ze mną) nie zabrałby ...