piątek, 31 grudnia 2010

pukajcie ze mną w niepomalowane drewno. podsumowanie obyczajne.

jutro o tej godzinie pewnie niewiele będę pamiętał, dlatego postanowiłem wykorzystać, że jest jeszcze dzisiaj i napisać kilka słów. rok kończę syndromem narzekającej kobiety. narzekaniem może mniej jaskrawym, ale wymierzonym w kierunku drugiej płci. mój punkt widzenia: bycie w związku u schyłku 2010 roku jest irracjonalne. nie wiem czy to za sprawą zbyt wygórowanych oczekiwań. czasami wydaje mi się, że gdyby nie chęć seksualnego napoczęcia odmiennej płci, nie byłoby wzajemnego zainteresowania między kobietami i mężczyznami. bo gdy już jesteś zainteresowany w ten inny sposób, to możesz stać się np. przyjacielem – kimś w rodzaju koordynatora ds. kulturalnych, tzn. zabierać ją na ambitne filmy, bo jej znajomi wolą te bardziej popularne lub pisać do trzeciej w nocy na fb, bo nie może spać albo pisze pracę na zaliczenie. trzeba przy tym pamiętać, że kontakt zawsze powinien być czujny na wszystkie aktualne aspekty obyczajowe, więc jeżeli wyślesz smsa z zapytaniem „czy lepiłaś już bałwana tej zimy?” to nie odpowie na niego, bo nie wszedłeś na jej profil i nie przeczytałeś, że od wczoraj nie lubi śniegu, bo przez nawałnicę ledwo dotarła na uczelnię. i ma prawo nie odpisać, bo ona tak jak 10% populacji na ziemi używa fb i wie, że tam są jedyne prawdziwe i niepodważalne dane i dlatego powinienem wiedzieć, że ona napisała o tym śniegu na poważnie i zanim wyślę smsa to mam obowiązek wejść na fb i przeczytać jej aktualny status. a ona tam jest naprawdę zła. natomiast ja pochwalam niekonsekwencję informacyjną, półtora metrowy dystans między autobusami, bezbolesną apostazję i kokainę w boże narodzenie. poza tym koncerty i imprezy elektro w powiększeniu. a propos związków, to jest dziewczyna, za, którą nie tęsknię, ale łatwo przychodzi mi wyobrażenie, że jesteśmy razem. i nie ma w tym myśleniu seksualnego podtekstu czy chęci jednostronnego polizania płci. zbliżenie jest dla mnie autentyczną tajemnicą, której nie mam zamiaru rozwiązać sam na sam ze swoim ciałem, choć już dawno m. in.: od w. allena dostałem w tym względzie zielone światło. ponoć praktykujący w samotności są najlepszymi kochankami. swoją drogą ciekawe ile to może trwać… mimo wszystko doszedłem do wniosku, że ufam kobietom. jestem przekonany, że one tak naprawdę chronią mężczyzn przed swoją naturą i bolesną konsekwencją. mają wyczucie i większe rozeznanie w sprawach ducha i ciała. bo wiedzą, że jeżeli mężczyzna chce czegoś więcej w aspekcie duchowym to nie należy dzielić się swoim ciałem. albo jedno albo drugie. przyznam się, że ja tego nie rozumiem, bo jak spotykam kogoś wrażliwego i inteligentnego to w głębi duszy sprawia mi radość, że mógłbym mieć wszystko, a nie tylko ciało. i ktoś tu chyba nie potrafi praktykować w samotności, a jednocześnie w faktycznych okolicznościach nie umie się dzielić wspomnianymi cechami. ja wierzę, że to ciekawszy sposób dzielenia się swoja płcią. najśmieszniejszy tekst od pe „to ja powinnam wykazywać się wrażliwością i spostrzegawczością, a ty powinieneś być twardy i zdecydowany…” no tak, tajemniczość dziejów nie obdarzyła nas możliwością łączenia tych cech. wrażliwość w połączeniu ze zdecydowaniem, twardość wespół ze spostrzegawczością nie zdarzają się a już na pewno nie istnieją na miarę obojga płci. to niemożliwe. odnajdowanie ich w sobie też. kropka.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

od kuchni strony


doświadczyłem niedawno na własnej skórze, że wystarczy nie zamknąć czegoś z przeszłości, nie załatać. a nawet przymknąć oko na swoją wrażliwość – nie aktualizowanie doświadczenia ulegają przeterminowaniu. logika tego stanu jest prosta i boleśnie konsekwentna: nie nałożyłem kapeluszy dżemów i ryb; nie odłożyłem ich do lodówki – tym samym zaczęły gnić. tą kuchenną metaforykę łatwo przenieść na sprawy duchowe, w zapachu równie intensywne jak rozbef czy tatar po terminie spożycia. żeby to naprawić trzeba naprawdę się wysilić, uruchamiając szereg skomplikowanych zabiegów – łącznie z braniem w ręce niegdyś świeżych emocji, przepakowywaniem i wyrzucaniem prześwietlonych myśli. najgorsze jest to, że cały czas ma się poczucie, że to wszystko mogłoby się jeszcze przydać i wyrzucać szkoda. nie wiadomo tak naprawdę, co kiedyś może stać się znów użyteczne. zabieram się do tego trochę jak do białej magii i dialektyki spożywczej zarazem. i kompletnie się gubię. nie pomaga nawet, gdy powtarzam sobie, że trud z tym związany przyniesie mi poczucie wynagrodzonego wysiłku. coś ze środka na przekór mi mówi cały czas: „stracisz tylko siły, a mógłbyś spożytkować je na inne cele.” i dalej, że nawet bez specjalnie włożonych starań i tak będę umiał wyciągnąć pozytywne wnioski. więc po co się starać? z drugiej strony, czy wystarczy „przechodzić” złe samopoczucie, bo i tak kiedyś uda się go pozbyć jak  zapachu pierdnięcia? niech samo się zrobi. a dlaczego nie? może i tak, ale jest jeszcze spory kawałek ducha (w maszynie), który dość często trzeba wyciągać w towarzystwie innych. dzielić się nim, w temperaturze niższej niż ta panująca w klatce piersiowej? gdy wyciągam coś z siebie niematerialnego na zewnątrz, to wówczas jestem wstydliwszy i definiuje się powściągliwiej. nie daje się prowadzić przez emocje. w ciele panuje złe środowisko dla ducha, za dużo się iskrzy, zbyt wiele przelewa się substancji a poza tym jest tam prawie zawsze niezmienne 36,6 stopni celsjusza. (209, 8 kelvina, 98,2 fahrenheita) w tych warunkach łatwiej o rozkład.  

odkryłem coś, tylko nie wiem czy jest to odkrycie obiektywnie prawdziwe. otóż wydaje mi się, że nieporównywalnie więcej pracy wkładam w skomponowanie siebie do kupy niż moi znajomi. to oczywiście przeczucie i być może tak wcale nie jest. bo może wszyscy jesteśmy w podobnym położeniu, tylko, że niektórzy potrafią to lepiej maskować. mimo wszystko i tak zdziwiłbym się, wchodząc w myśli osób mi bliskich, że od samego rana zaczynają szereg czynności, które przypominają te, które wykonuje ja. czyżby wszyscy mogli myśleć, że bez uporządkowania spraw odśrodkowych (znaczy się duchowych) nie wyjdą z domu? bo ja na przykład po przebudzeniu się wczoraj, prawie automatycznie zostałem cofnięty do niedawnego snu i paru jeszcze innych czynności z 18.30 minionego dnia. i próbowałem sobie przypomnieć kim byłem przed opadnięciem powiek, tzn. na jakim momencie siebie stanąłem poprzedniego dnia i czy ja wczorajsze jest bliskie ja porannemu. i nie chodziło o konfrontacje przed łazienkowym lustrem tylko o żywą autopolemikę z alter ego na tle wczoraj. uczciwy wywiad z samym sobą. wyglądało to tak, że po kilkudziesięciu minutach przekonywania osiągnąłem coś na zasadzie naciąganego kompromisu. okazało się, że ja wczorajsze nie chce powrotu do rutynowych działań związanych ze śniadaniem i pracą. dysponując większym wigorem z wczoraj zaczęło dominować nad ja bieżącym. na szczęście odwrotnie było z potencjałem fizycznym dlatego, w rezultacie wszystkie pretensje zostały stłumione i zepchnięte, gdzieś w okolice czyśćca podświadomości. teraz mają niewiadomą datę aktywacji. no może nie do końca niewiadomą, bo pewnie przypomną się następnego dnia z rana. a ja do tego czasu będę wmawiał sobie, że zaktualizuję narzędzia autokorekty i wreszcie zrobię coś z większą kompatybilnością wieczorów i dni.

to nie wszystko. podczas pół godzinnej jazdy autobusem w drodze do pracy doszło do niezaplanowanego wybuchu euforii. zaczęło się od kącików ust. jakiś wewnętrzny grymas zaczął je podważać. z sekundy na sekundę czułem jak szczera radość nadmuchuje mi skórę policzków. bezwolnie zaczynam się uśmiechać. domyślam się, że to moje ja z wczoraj, nie pozwala na zachowanie powagi. gubię dystans. czuję, że nie ustoję na twardej podłodze autobusu, bo ta zamienia się w cienką linię w tym obwoźnym  cyrku o numerze 117. skręcamy w madalińskiego, a poręcze, które mam na wyciągniecie ręki nagle się oddalają. rozsiewam emocje w tłum i wszystko co było w środku zaczyna wychodzić na zewnątrz. schizofrenicy chodzą ze snami na wierzchu. ja mam emocje. a było tak blisko. już wyrobiłem w sobie poranną równowagę, a tu niespodzianka – radość. wiem, że dzięki powadze mogę mieć więcej. dlatego tak długo dbam o nią przed wyjściem. a teraz pod palcami wyczuwam ciepło i miękkość twarzy. zupełnie jak u dziecka. bez powagi będzie mi nieporównanie trudniej w pracy, a wieczorem jeszcze spotkanie w męskim gronie. później klub. tam może będzie koleżanka wojtka. cel: utrzymanie relacji wzrokowej na podobnym poziomie co w planie be. w takich momentach jak na dłoni widać co z kobietami potrafi zdziałać pewność siebie. to dziwne, bo nie rozsiewasz nic a i tak przyciągasz. a ja dzisiaj emanuję i rozsiewam. pokazuję, że jestem otwarty. to niedobrze wróży. muszę się powstrzymywać. w dodatku wiem, że radość będzie potrzebowała więcej kalorii, co wiąże się z tym, że będę musiał jej dostarczyć więcej emocjonalnej pożywki. to z kolei pociągnie za sobą sytuację, że nie skupię się na jednej rzeczy, bo wszystko dookoła będzie mogło okazać się dla niej wartościową karmą. a co zrobić jeśli radość nie pójdzie w parze z jasnością i klarownością myśli? wolę o tym nawet nie myśleć. nawet najlepsze ściemnianie, że posiadam większą od przeciętnej inteligencję i tak wysiądzie przy częstym uśmiechaniu się. wzbudzi podejrzliwość. a większość ludzi widząc osobę radosną ulega efektowi zbytniego uproszczenia, które w efekcie prowadzi do bagatelizacji. i trudno zdobyć atencję, gdy rozmówca dostrzega po drugiej stronie uśmiech. poza tym być radosnym to przyzwalać na rozchwytywanie w towarzystwie, na zawracanie głowy… niezwykle trudno wówczas poświęcić się tylko jednej rzeczy. i co zrobić, gdy mimikra nie słucha się? jednocześnie nie oddając jej na dłuższą chwilę w depozyt pesymizmu.

ergo: radość potrafi być zła. przynosi długofalowe, negatywne zmiany. dostarcza kolorów, tym samym daje fałszywie znać, że jest ci dobrze. wysyła sygnały, aż inni zaczynają przeceniać twoją samowystarczalność. a jeżeli już ktoś podejdzie, to po to tylko, żeby coś od ciebie wziąć. i nie wiem co gorsze, czy ta przecena czy myślenie, że śmiejesz się jak głupi do sera?

niedziela, 5 grudnia 2010

the cult of dom keller - ep 1


napisałbym, że to mieszanka dusznego, kabalistycznego grania, ale nie o rejony azji zachodniej tu chodzi. a może właśnie tak, tylko nie do końca jestem tego świadom. przede mną dosłownie i w przenośni „the cult of dom keller” - eksperyment muzyczny z wielkiej brytanii. od razu napiszę, że każdy kawałek tego albumu rozpoczyna zabójczy wstęp i nie ukrywam, że to zachęca do zanurzenia się w ten projekt coraz dalej… i dalej. do tego stopnia, że gdy w winampie po spindrift (słuchałem songs from a ancient age z 2007 roku) rozpoczęły się dźwięki otwierającego płytę intro for the sun, pomyślałem, że muzyka przybrała wreszcie taką formę jakiej czekałem od dłuższego czasu. zupełnie wyleciało mi z głowy, że tuż po wspomnianym spindrift, chyba bezwarunkowo, dodałem do playlisty „the cult of dom keller”. już w pierwszym utworze słychać wokalne echolalie - mroczne pozdrowienia wyrzucane bardziej do księżyca niż do słońca (na co wskazywałby tytuł). wszystko to nieśpieszne, podbijane przez jeden gitarowy akord, zdradzający symptom muzycznego nawiedzenia.

w tym miejscu powinienem napisać coś w tym stylu, że im dalej słucham tych dźwięków tym ciekawiej się robi. po trosze będzie to prawdą, bo każdy kolejny ton jest łapczywie wychwytywany przez moje ucho, chociaż nie zaciera on wrażenia tego co było przed chwilą. wszystko toczy się niby w podobnym klimacie, choć cały czas jest nieco inaczej. w goat skin dream następuje ciekawa zmiana nastroju, stworzona przez wyizolowany od świata kabaret, którego słucha garstka osób. wokalista po zażyciu sporej ilości psychodelicji, gdzieś tak od połowy utworu, potrafi już tylko iść po śladach świdrującej gitary. pod stopami ma piasek i wijące się węże. mam wrażenie, że ta mroczna groteska rozgrywa się w kościele. albo jest to misterium na przystanku autobusowym w środku kukurydzianego pola. w ogóle płyta ta ma coś z rockowego szabasu. świetny doomfoot – marszowy, trochę za krótki. genialne wejście w into the sky volcano, muliste harmonie; jakby przesterowany sitar i na to nałożony brudny dźwięk garażowej gitary. jakieś tonalne i wokalne wygibasy. a to zaledwie wstęp do ostatniego na płycie beyond burning skies. po raz drugi mam niewyraźne skojarzenia z pewną surfową kapelą, której nazwa tu nie padnie… po pierwsze dlatego, że to tylko pojedyncze motywy, po drugie „the cult…” ciągnie bardziej w rejony psychodeliczne. na koniec zostawiłem czwarty w kolejności godshaker. jest głośniejszy, nieco drapieżniejszy i dłuższy od pozostałych utworów. przede wszystkim jest pozbawiony wokalu. nic poza bębny, shoegazowe gitary i gdzieniegdzie klawisze (czy dobrze nadstawiam słuch?). dynamika prowadzi do przyjemnych konwulsji – ten utwór komasuje trans z całej płyty, ukazując najbardziej rockowy pazur zespołu… tak minęło mi blisko 20 min. z ep 1 tego kwartetu. wszystkie pozytywne wrażenia powyżej. minusy – długość trwania materiału, aż się prosi, by utwory trwające nieco powyżej minuty (jest ich trzy) zostały rozwinięte jako pełnowymiarowe kompozycje. jeżeli czegoś im brakuje, to właśnie odpowiedniej do podtrzymania nastroju długości.   

  
ep1 można nabyć tutaj
poniżej dwa utwory do ściągnięcia:

poniedziałek, 22 listopada 2010

daniel agust w nowym wspaniałym świecie

o 21 z minutami mija mnie niski gość ubrany na czarno. wchodzi na małą scenę. ma na sobie kowbojki, spodnie od garnituru, które zwężają się u dołu (lol), marynarkę z piórami przy kołnierzu i białą koszulę. na stoliku przy jego mikrofonie stoi club mate i woda mineralna. daniel agust. inny od tego z teledysku „lady shave” gus gus w którym podglądał earth, która w ciemnej peruce wyglądała jak bjork. jego kameralny koncert to jeden z występów w ramach kulturalnych oblicz islandii zorganizowanych przez nowy wspaniały świat. (19 – 23 listopada 2010) to co obecnie robi zostało nazwane „kolekcją błogich mini-symfonii, pieszczotliwie wplatającą pop. to bogata orkiestracja, niesamowite, porywające soulowe wokale…” jeżeli ktoś pamięta utwór bambi z płyty „this is normal” gus gus to wie o co chodzi. chociaż na jego solowej płycie i podczas występu nie było tylu disnejowskich przesłodzeń, co właśnie tam. pierwsze wrażenie: na koncercie głos daniela jest mocniejszy, bardziej chrypiący niż na „swallowed a star” z 2006 roku (jedynego jak na razie własnego wydawnictwa) i to mi całkowicie nie przeszkadzało, bo konwencja w której jest utrzymany album i tak jest wystarczająco… że tak powiem delikatna, subtelna. może zostańmy przy tych określeniach. zaraz jeszcze do nich wrócę. a teraz kilka słów o chwilowo zamkniętym barze w nowym świecie: jeszcze przed występem wokalista poprosił właścicieli klubu, aby na czas śpiewania nie sprzedawać żadnych trunków, gdyż całe to zamieszanie z przechodzeniem między sceną i barem na pewno popsuje kameralność występu. no i jak dla mnie w ten nieco wymuszony sposób lokal zamienił się w całkiem klimatyczną mikrofilharmonię. ponad 40 minut solowego aktu minęło bardzo szybko i zostawiło miłe wrażenie. daniel pozwalał sobie na drobny ruch sceniczny, coś ala zetknięcie tradycyjnego tańca z disco (jakkolwiek to brzmi) już w gus gus można było zauważyć indywidualne podejście do tematu choreografii. po prostu zamienił się w skromnego arystokratę zamkniętego w obrębie parkietu. tutaj powrócę do omawianej delikatności. na początku jego rozłożone ręce ala jezus na tle wizualizacji przedstawiających spowolnione morskie fale zaczęły wywoływać u mnie, delikatne mówiąc, subtelne właśnie, poczucie wstydu. pomyślałem nawet: jeżeli tak ma wyglądać to artystyczne ofiarowanie to za chwilę opuszczam to miejsce. do tego jeszcze ta subtelna rzewność… ale gdzieś tak po trzecim utworze koncert w odróżnieniu od płyty zaproponował bardziej różnorodne rzeczy. kabaretowe „the stingray” odtańczone z przytupem, wyważonym rzecz jasna i śpiewane mniej melancholijnie. a w „intersection” wokalizy agusta inspirowane motywami trąbki współbrzmiały naprawdę interesująco. na sam koniec jeszcze „the moss” (przearanżowany w 2007 na płytę „forever” gus gus) i chyba największy aplauz tego wieczoru.

na koniec o wizualizacjach za plecami wokalisty. na jednym z filmików gospodyni domowa zasypia z głową na kopcu naleśników, który wcześniej usmażyła (niestety nie pamiętam do jakiego utworu). wcześniejszy przedstawiał agusta na tle żywiołu wody w podwiewanym przez wiatr płaszczu i ze zbliżającymi się do niego morskimi falami w spowolnionym tempie. po występie zauważyłem, że daniel zamówił do stolika flaszkę polskiej wódki i cztery małe cole.

wtorek, 16 listopada 2010

agf/delay - explode


uwielbiam ich. mam fetysz par. w muzyce byli to do tej pory brendan perry i lisa gerrard (przed emocjonalnym wypadkiem). agf & delay są dla mnie trochę jak zakochani, którzy widzą słonie. tylko stojący na pewniejszych nogach i chyba bardziej dojrzali od bohaterów filmu pod tym samym tytułem. chociaż te dwie cechy plus inteligencja (którą przypisuję duetowi) nie muszą się wcale przekładać na poziom szczęścia. tak przynajmniej twierdzi tadeusz dąbrowski, który był w zoo i widział zarówno słonie jak i ludzi. ponoć pieściły się i tamci też się pieścili. i wypadało to podobnie. bo nie o wielkość tu przecież chodzi. oczywiście w sensie mentalnym a nie gabarytowym. i ja kiedyś myślałem identycznie, a później zmieniłem zdanie na zgoła odmienne. i już nie wiem czy ufać poecie, czy światu odbitemu we mnie, ale bez niego. najbezpieczniej chyba stanąć gdzieś pośrodku i poszukać summy wszystkich tych cech. jeżeli chodzi o duet agf/delay to ścierają się tu być może nie do końca przystające konwencje: okołopopowa twórczość antye greye fuchs (agf) i poszukiwania spod znaku ambient/techno sasu ripatti’ego. w przypadku tego spotkania można było przewidywać, że skończy się ono co najwyżej artystyczną symbiozą. w której współczesna kobieca liryka wybrzmi na tle elektronicznych wypięć i sprzężeń, uduchowiając nieco szkieletowe tętno. a z drugiej strony w pustym, dronicznym wnętrzu zamieszka żywa istota… jak na mój gust mało tu nieporozumień, co znaczy, że w tej symbiotycznej relacji jest spory magnetyzm.

o co tu właściwie chodzi? o rytm i głos. a za tym wszystkim o bardzo wyważoną elektronikę. momentami dźwiękowy „strumień” świadomości. zacznijmy może od tekstów. o czym one traktują? najprościej powiedzieć, że o prozie życia. pełno jest w nich codziennych spostrzeżeń, przytoczeń cudzych wypowiedzi, a także odniesień do innych tekstów, np. „he said pussy and paper/is poety power” - to wplecione w wiersz, słowa sasu, melodeklamowane przez antye w utworze “all eyes on us”. w nim to i zresztą nie tylko w tym charakterystyczny jest zapętlony, i taki „przewalający” się powolny rytm. puls jest w ogóle istotnym czynnikiem tego projektu. dość powiedzieć, że część męska duetu w młodości poświęcała swój czas „barwnemu” liczeniu w szkole muzycznej, co zaowocowało przyzwyczajeniem do (wszech)miar w muzyce. nie ma tu oczywiście miejsca na instrumentalne popisy czy soniczną nachalność. wręcz przeciwnie. każdy utwór charakteryzuję się trochę inaczej organizowanym tempem i brzmieniem. bywa, że zwykłe dudnienia tom florów, zostają wyparte przez dźwięki cong, które zdają się też być uderzane stopami. pojawiają się liczne przeszkadzajki „suche” tąpnięcia, urywane i wydłużane tony, preparowany szelest szczoteczek. w tym miejscu raz jeszcze chcę napisać, że ta muzyka jest wolna od solowych popisów. ma być urozmaicona w obrębie programowego minimalizmu. zarazem zimna i tłusta. dajmy na to: w „explode baby” bit przypomina prasę hydrauliczną nastawioną zgodnie ze wskazówkami zegarka. podobne do tego mechanizmu są poczynania bohaterki tego utworu, która nie myśli, nie czuje – jest zdeterminowana, by wyjść na spotkanie...
płyta zawiera kilka ukrytych inspiracji. np.: „break doors” to cichy ukłon w stronę „the doors”… „slow living” wieńczy szeptane „smooth operator”. natomiast „useless” trochę przypomina mi dokonania ursuli rucker w nieco bardziej minimalistycznym wydaniu. wszystkie te nawiązania, może prócz skojarzenia z ursulą rucker, są oczywiste jednak o kopiowaniu nie może być tutaj mowy. chodzi bardziej o subtelny hołd. ciekawi mnie tylko czy to przemyślany zabieg czy może te tekstowe nawiązania pojawiły się spontanicznie, w momencie nagrywania materiału. dalej jest krótkie „recorded”, które wybija trochę z sennego rytmu. głos antye stapia się z tanecznym pulsem, choć cały czas bliżej tu do downtempo niż disco. we wspomnianym „slow living” następuje powrót do standardowego, wolnego i nieco rozmarzonego (na zimno) grania, ale wcześniejsze kompozycje już to proponowały, dlatego w tym miejscu ciśnienie nieco spada. w „distributor” jest już więcej melodii, tzn: maszynerii produkującej dźwięk. naniesiono też więcej industrialnych faktur, dodano ruchu w podkładach i krzyżówki wokalne. antye śpiewa o pożywce dla dusz - są drzewa, gazety, poranki, dni, wieczory i cisza. co z tego należy oferować? co z tego zatrzymać dla siebie? a co po prostu dostrzec i iść dalej? na zakończenie „from morning on” pięciominutowa senna wełna. i przyznam się, że trochę trudno jest mi dotrzeć do tego miejsca, jeżeli muzyki tej nie wykorzystuję jako tła do innych czynności. i wcale nie chodzi mi o zawartą na płycie przebojowość czy jej brak, albo o większą dynamikę kompozycji, bo tych nie oczekuję po muzyce takiej jak ta. chodzi raczej o momenty bardziej plastyczne, bardziej zapadające w pamięć. w przypadku „explode” przy ósmej lub dziewiątej kompozycji mam ochotę włączyć płytę od początku. początkowe utwory są dla mnie zdecydowanie bardziej niepowtarzalne, świeże. i dlatego uważam, że ten album powinien trwać krócej. z dwunastu utworów zostawiłbym dziewięć, góra dziesięć kompozycji. wiem, że „from morning on, czy „slow living” mają ciekawe koncepty ale już w środku tracą one swoją moc. gdyby utwory te były bardziej skondensowane to uwypukliłby motywy w nich zawarte, a tak mam wrażenie, że nie wszystko zostało poddane starannej obróbce, tak jakby razem z miąższem do tego muzycznego przetworu dostało się też parę kwaśnych skórek. minimalizm, oszczędność w środki wyrazu – szkoda tylko, że nie objęły one większej części materiału, a przynajmniej utworów wieńczących album. co do reszty, to od dłuższego czasu nie mogę się oderwać.

czwartek, 11 listopada 2010

"ale jesteś poprogramowany"

miałem dziwny sen. wydarzył się między dwudziestą drugą z minutami a północą. było mi zimno i czułem się zmęczony, więc postanowiłem się położyć (to jeszcze na chwilę przed zaśnięciem). przykryłem się kołdrą choć byłem w ubraniu i zasnąłem. byłem w pokoju innym od mojego. miał wielkie, widne okna zasłonięte żaluzjami. to był chyba parter. tak sądzę po gwarze od ulicy. moja przyjaciółka przebierała się chodząc między nim a kuchnią, której nie widziałem, bo oddzielała ja ściana. wydawało mi się, że gdzieś się śpieszy. rozmawialiśmy jakby w przejściu (np. z dworca na ulicę), ale nie dało się odczuć tego dziwnego napięcia, że ktoś chce przejść, czy tego że musimy szybko skończyć, bo ona gdzieś się śpieszy. nie pamiętam o czym rozmawialiśmy. ona często pyta się o sprawy sercowe, więc może o tym. po jednej z takich wymian zdań podeszła do mnie... i rozpięła mój rozporek. zrobiła to tak naturalnie, że nawet gdybym chciał zaoponować, to już na samym wstępie utraciłem wszystkie mniej lub bardziej istotne argumenty. dodam tylko, że to ona była stroną czynną w tej sytuacji. coś na zasadzie części do całości. zastanawiam się tylko, które z nas było bardziej częścią a które całością? bo całość z tej sytuacji nie powinna wyjść obronną ręką, chociaż na pewno z nieukrywaną satysfakcją... już po fakcie (artefakcie bardziej) zapytałem ją, czy to zmieni stosunki między nami. kładąc się na łóżku odpowiedziała tylko: "ale jesteś poprogramowany". zrozumiałem, że nie. również się położyłem, kładąc swoją głowę obok jej głowy. na kolanach miała laptopa i zdawała się nie przejmować tym co się przed chwilą wydarzyło. "ale jestem poprogramowany" obudziłem się i zapisałem ten wniosek.

sobota, 30 października 2010

aurora w ramach wff

21.00 początek aurory. 40 min. później na ekranie dzwoni telefon. półgłosem odzywam się: „odbierz proszę dla dobra fabuły” - bohater nie odbiera. łukasz zasypia na ramieniu gosi. przed tym wymyka mu się kilka niecenzuralnych, mniej lub bardziej adekwatnych do tła filmu określeń. po raz pierwszy przepraszam znajomych za zaproszenie. 22.20 pada pierwszy strzał… do poduszki. łukasz wyraża swoją ekspresję opadnięciem policzka na podramiennik i wyrzuceniem rąk w górę. o 22.25 za pozwoleniem gosi kończę piwo łukasza. wyjść jest kilka. o 22.40 okazuje się, że ja i moi znajomi jesteśmy widzami kultowymi. tzn. ja i gosia, bo łukasz śpi. zostajemy. postanawiam na głos przewidzieć rozwiązanie. w pamięci mam, że jest to czarna komedia. typuje około 14 ofiar. gosia jest mniejszą optymistką. dziewczyna na prawo od ekranu wraca z toalety… po kurtkę. i wychodzi. z gosią dostajemy głupawki. łukasz budzi się na chwilę i pyta czy ktoś jest jeszcze na sali. na szczęście dopiero w drugim pytaniu porusza temat piwa. pytam gosię o gumę – ma. bohater się ożywia: jest w tym ekspresja detektywa poirot i wymowność stellanna skarsgarda z przełamując fale. w dole zielony napis nad drzwiami. waham się. ale ciekawi mnie co będzie dalej. jak kobietę to czy bohaterowie filmu pornograficznego zostaną razem. łukasz przewraca się na drugi bok. bohater pakuje płyty. przypominam sobie, że w pubie nr 7 są moi znajomi. urodziny wojtka. ale jednocześnie nie chce mi się już nic. czekam na coś jak uderzenie młota w vi symfonii mahlera. dobra nie ściemniam, że się znam. wystarczy, że ktoś mi przypierdoli, aż wreszcie zaskoczę. przynajmniej podłożę sobie kurtkę pod kręgosłup. dobrze, że dzieci zapomniały już o ojcu tzn. bohaterze, bo jest szansa że się zdenerwuje. tak. jest. pierwsza krew. teściowa. wyraz twarzy jak u dżona rambo. ale trochę więcej psychologii. jak odruch pawłowa włącza się myślenie bohatera. i chyba na chwilę zmienia się jego mniemanie o sobie. moje mniemanie o sobie zresztą też. w poukładany świat wkracza zbrodnia. fo pa wobec poukładanych koszul. to musi budzić autorefleksję. szkoda, że dopiero o 23 z minutami. mam atak ziewania. chcę powtórzyć na głos, że bardzo mi przykro, że zaprosiłem tu moich przyjaciół. ale gosia się nie poddaje. tory kolejowe. trochę oniryzmu jest w tym błądzeniu z jednej szyny na drugą. coś się dzieje z błędnikiem bohatera, bo krzywo prowadzi samochów… tzn. samochód. zresztą i jedno i drugie. aha przypominam sobie, że jest śmiertelnie chory, więc wcześniej sobie ulży. a później i policji, bo sam się zgłosi na komisariat. zdziwo komendanta bezcenne. po raz 4 lub 5 rozluźniamy mięśnie twarzy. projekcja dobiega końca. 180 minut grozy za nami. jeszcze kupon z filmem na który oddamy głos. aurora idzie na dno.

sobota, 9 października 2010

kodeks użycia metafor

nie sprzedawać złudzeń
od tak sobie, znać odbiorcę
stan zadłużenia, mandaty
w ztm i za spożywanie alkoholu

ostrożnie używać ładnych słów
takich jak niebo, pogoda czy serce
nie narażać się na śmieszność
pamiętać, że pierwszeństwo ma
zadowolenie w łóżku, praca i ciało

nie pisać, że ładny krajobraz
ani, że rozkładają się płaty chmur
na amarantowych hakach grudnia
nie uśnieżać też wzroku apiryną metafory

za niewygurowaną cenę, ale też nie za niską
sprzedawać poręczne drzwi z każdej sytuacji
za którymi rozciąga się widnokrąg zwierząt
i karawany szkoleń dla uchodźców realności

czwartek, 23 września 2010

miasto za 20 pln


zaczęło się od próby wytłumaczenia sobie obecności wszelkiej maści osób ciemnoskórych w warszawie. trudno sobie wyobrazić, że coś z naszej kultury i obyczajów mogłoby wzbudzać zainteresowanie. wyobrazić sobie może i można, ale przenieść na rzeczywistość już chyba gorzej. poza oczywiście małymi wyjątkami, których oczywiście nie obejmują język i asymilacja. to rzeczy chyba całkowicie nie do przejęcia przez przyjezdnych. co prawda z krajobrazu znikają co bardziej zakompleksione dziewczyny, ale przecież nie taki jest chyba cel tej migracji. czy nie lepiej byłoby kupić sobie nieco droższy bilet i wylądować w shannon lub manchesterze? lub wybrać maltę na erasmusie? nie może przecież chodzić o harlem na kolejowej, nawet jeżeli wyobrazić sobie to miejsce jako bezpieczne slumsy blisko centrum, to ciekawsze rzeczy dzieją się już chyba na piętnastolecie żabki (powiększone o 15 % piwa marki leżajsk, okocim i żubr za około 1.70 pln) lub dla odmiany w staromiejskim ośrodku kultury na starówce…

inna rzecz: wewnętrzni emigranci. uroczy element napływowy poszerzający swoje horyzonty w firmach i klubach warszawskich. niechętnie oddający się kilka razy w miesiącu turystyce spożywczej i tekstylnej po centrach handlowych. rekompensacie odkładanych od kilku lat wakacji. wiadomo odejdziesz od biurka lub od samochodu to firma je przejmie lub zabierze na rzecz innego podmiotu. słowem znajdzie innych chętnych. element napływowy wymienia inny element napływowy. te nikczemne roszady spod ciemnej gwiazdy, właściwie spod biurka i lady. robione polakom przez polaków. raszynianom przez raszynian, tarczynianom przez tarczynian, słupczynianom przez słupczynian…  bo już chyba coraz rzadziej warszawianom przez warszawian. wszyscy chcący żyć uczciwie a pod nogami zawsze kłody z etykietą made in warsaw. i ten ogrom wszelkich wyborów. chociaż w „pani domu”, reklamach na reżimowej i serialach stamtąd wiadomym jest, że życie to sztuka ich dokonywania. konkretnie jakich wyborów – to już bardziej skomplikowane, bo zaczyna się od sznurowadeł a kończy na stacji radiowej… i jak tu wybrać rzeczy istotne od mniej istotnych? zagubieni, przeoczający swoją zdolność do zrobienia prawie wszystkiego na każde skinienie pracodawcy, (na pierdnięcie umiejący zrobić salową kaczkę z nozdrzy), bo z domu rodzinnego wynieśli zaufanie do ludzi… i umiejętność nie do końca szczerego choć całkowitego podporządkowania się rodzicom. zatem i tak zrobią wszystko co trzeba. a później dziwią się, że spektrum wymagań na rynku pracy się powiększa. w tym wymagań nie zawsze związanych z wykonywaną pracą choć oczywiście w miejscu pracy... ale to oczywiście kwestia wychowania. wszyscy jesteśmy męczennikami pracy. a po pracy męczymy innych opowieściami o pracy. bo tylko oni - warszawscy pracodawcy to najgorsze mendy pod tym coraz bladszym stołecznym słońcem. relacja powszednia: praca - mieszkanie. relacja świąteczna: mieszaknie -  klub. najczęściej riwiera, stodoła lub medyk. sporadycznie siedemdziesiątka. bo można się napić za dwie dychy, do dwunastej a czasami nawet do drugiej. jamal i bajer ful to tzw. tolerancja muzyczna. lady agnieszka spotyka się z lady gagą i wymieniają się pokoleniowym doświadczeniem, i okazuje się, że nie oddaliło się ono od siebie za bardzo. jest dobrze, ale i tak mogłoby być lepiej. co z tego, że prócz klubów nie ma żadnego ciekawego miejsca w mieście. jest sobota i to wystarczy. weekend święty święcić. po co więcej? przecież przy takich miastach jak żyrardów, otwock, łazy, zawiercie, maków, ostrołęka, cieszyn, pułtusk warszawa nie ma niczego do zaoferowania. tutaj zarabia się tylko pieniądze…

no i wyrzuciłem z siebie, bo zmierżony byłem. ale ilość zasłyszanych rozmów w tym stylu zaczęła doprowadzać mnie do niepotrzebnych drgań w ośrodkach mowy. i jednocześnie przyczyniła się do degradacji ośrodków odpowiedzialnych za współodczuwanie. z tej strony wypada mi chyba tylko przeprosić wszystkie jeszcze nie poznane osoby miedzy przylądkiem białym a igielnym, które poznały język polski a swój wolny czas spędzają nie koniecznie w okolicach dworca głównego. no i uroczy element napływowy, który klika mały kciuk pod hasłem: nie podoba się w wawie? to won do siebie, a nie pracujesz tu i narzekasz.

niedziela, 12 września 2010

happy end na dolince szwajcarskiej

w parkach kolorowe ulotki z pierwszymi jesiennymi kolekcjami. jestem na dolince szwajcarskiej. latarnie stoją w zenicie. flora przewraca się na bok jak kwiaciarnia drzemie. przenoszę się na dalszą ławkę - trzeci rząd od proscenium z wodą. czas odlicza fontanna i przejeżdżające samochody. na okrągłej tarczy wodnego oczka, pluskanie kropel to sekundnik, cienie pojazdów to wskazówki minutowe…

w głowie mam chór krewnych na czele z moją matką. kończą stasimon: seans o słabej pracy i niewyraźnych planach zawodowych. konflikt wartości, z którym raczej nie poradzi sobie pawełek toffi, ale przynajmniej pozwala zachować względną równowagę myśli. to wszystko razem wzięte sprawia, że zastanawiam się, czy do tej pory nie uprawiałem raczej wycofania zamiast dążenia po laur lub nagrodę. towarzysko i w pracy. bo może w momentach problematycznych zbyt często wchodziłem ukradkiem do tajemniczego sklepu, by dobrać sobie specjalne siedmiomilowe buty. później następowało czekanie z odległości kilku dzielnic, wynajdowanie radosnych kryjówek od punktów i stanów zapalnych. bojaźń i latawce. piłka z kolegami i drżenie. myślę sobie, że siedmiomilowe szczudła byłyby lepsze. odległość równie duża, ale jakaś podręczna luneta pozwoliłaby mi na obserwowanie konfliktu z wysokości. i do słońca trochę bliżej - człowiek wracałby ogrzany. łatwiej zmartwić się, widząc biegających w dole ludzi, zestroić się z ich rozdrażnieniem niż powracać z marginesu milczenia. być może myślę o tym bez potrzeby, bo problem bliskości i oddalenia został nam zakodowany przez jakiś program biologiczny, metafizyczny, rodzinny lub jakiś inny jeszcze. i np. tęsknimy, bo mamy w sobie więcej plików tęsknoty, ekscytujemy się, przez niewyczerpane złoża dopaminy w korze mózgowej. 

piszę o tym, bo znów wróciło do mnie przeświadczenie, że jestem zaczęty w zbyt wielu kierunkach i nie skończony w żadnym. może to azyl bezpieczeństwa przejęty od witkacego, który pisał, że niektórzy ludzie nie kończą myśli z obawy przed samymi sobą. jeżeli oczywiście ograniczyć ten stan tylko do myśli. ogólnie konkluzja ta dotyczyła raczej artystów ale skoro w jego twórczości, także robotników stać na filozoficzne wywody, to chyba nic się nie stanie jak uogólnię kwestię niemocy na większość społeczeństwa. jeżeli bowiem przyjąć, że na końcu naszych wyborów pan bóg albo pan szatan dziękują nam za współpracę, a przypuśćmy, że bardziej zależy nam na kooperacji ze służbami dobra, z tym, że możemy okazać się słabi i nie dotrzymać jej kroku, to może lepiej nie kończyć czynności, którą się zaczęło. jest jeszcze kwestia hierarchii rzeczy, które wydaje nam się, że możemy popełnić, by nie spotkać na końcu drogi niepożądanej osobistości. obie z tendencji mają swe dekalogi, z tym, że w tym pierwotnym chyba za dużo inspiracji co robić z wolnym czasem i łatwo zapomnieć, że gro zdań rozpoczyna się w nim od partykuły „nie”. a umysł ponoć ową partykułę lekce sobie waży. co zaś się tyczy zapominani manier, superego to w ogóle najlepszym wyjściem byłoby, gdyby tuż przed finałem czekała nas rozmowa z dobrze usposobionym odźwiernym, pediatrą lub lekarzem od dusz, którzy braliby pod uwagę tylko te aspekty, które chociaż minimalnie świadczyłyby na naszą korzyść. zwolnienia z naszych nie zawsze jasnych poczynań. kultura śródziemnomorska zdecydowanie bardziej podsuwa mi katharsis niż reinkarnację. bo całe to błąkanie się - i tak wiadomo, że jest bez celu. ale te kwestie dotyczą osób raczej wierzących. a co z niewierzącymi, którzy mają poczucie nie skończenia myśli? wydaje się, że nic nie powinno ich ograniczać.

właśnie słucham the point between heaven and hell - helicon i zdaję sobie sprawę ze świetnego samopoczucia. ale tylko dlatego, że podzieliłem się dzisiaj z przyjacielem dwoma niezbyt optymistycznymi aspektami mojego chwilowego położenia.

przede wszystkim zaczęcie i nie skończenie związane jest z nową, interesującą znajomością, która w tej chwili zamiera albo już zakończyła swój żywot. śmiercią nienaturalną – zadaną znienacka. wystarczyło w postmodernistycznym stylu odwrócić się od tła akcji, a kontrolę nad rzeczywistością znów przejął barok i romantyzm. przypomniałem sobie bachtinowską koncepcję dialogowości i z całą zgrozą przeniosłem ją na niedawne relacje. ludzie naprawdę żyją i rozmawiają poza moimi plecami. są uwolnieni od narracyjnej smyczy. moja koncepcja zakładała obecność najwyżej dwóch narratorów, obojga płci prowadzącą w efekcie do przejścia z poziomu facebooka na poziom bardziej namacalny. ale właśnie tam, tzn. levelu fizycznym okazało się, że jest i trzeci narrator. w dodatku niezależny… a moja relacja była już bardzo udana i w dodatku zdawała się dobrze rokować na przyszłość. będąc ścisłym to oczywiście pojawiło się co prawda trochę kłopotów, zawiodła nieco swoboda komunikacji, zawartość portfela i pewność siebie, choć nadal pozostawały widoki na wygraną. ale jak to niestety bywa z niezręcznie prowadzonymi narracjami, zakończenie najprawdopodobniej poprowadzi już ktoś inny. a było i zdjęcie z tortowym wozem i opowieść o namolnej kuzynce… to pierwszy powód nie skończenia wątku albo nie skończenia go z korzyścią dla mojej osoby. drugi dotyczy znajomości zgoła odmiennej. jak nietrudno się domyślić tym razem chodzi o mężczyznę. okazuje się, że tylko trochę znam pe. znajomość ze zbyt małą lub zbyt dużą odpowiedzialnością: mało osobistych wynurzeń za to dużo dat produkcji, ciekawostek. a po środku tego wszystkiego artystka, która zrzyna z madonny.  

wracam chopina. wiatr drzewa spienia. bloki kołyszą się jak betonowe malwy. pąki balkonów a w środku jak pręciki miękko poruszające się meble. jestem pogodzony i napełniony entuzjazmem jak cabiria wracająca ulicami rzymu. no dobra, teraz go mam a na dolince szwajcarskiej było chujowo, że nawet obojętność nie chciała się uruchomić. wolałbym już z dziećmi z bulerbyn dojrzewać we wnętrzach bez kantów, tyć na prozie bukowskiego, zamiast w towarzystwie kogoś jemu podobnego np.: ze śródmieścia płd., myśląc o arkadii ukrytej pod spódnicą astrid lindgren. na „dołach” ta druga opcja jest częstsza. i może jest zabawniej. nie wiem. ja idę szukać ludzi spuszczonych z łańcucha. i jeszcze dystansu, który nie przemienia się w obojętność. bo wszystko wokół za szybko staje się obojętne. i za łatwo zamykać ludzi w wielopiętrowe kapsuły i wysłać na księżyce acheronu. a z tą obojętnością i w ogóle z wyrazami o obojętnym lub negatywnym ładunku to jest tak, że jak tylko wypowiesz to już stają na skraju ulicy, domu, pokoju. może to dlatego niektórzy ludzie boją się kończyć swoje myśli. do tego ta niechęć umysłu do partykuły „nie”. więc skoro mówię, że szukam dystansu, który nie przemienia się w obojętność to i tak przemieni się w obojętność. czego by nie zrobić umysł i tak po drodze odetnie „nie”. dlatego, być może większość rzeczy zaczyna się w nas od „nie”: nie przejmuj się, nie przeginaj, nie rób tego, nie podglądaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie interesuj się… wszystkim ludziom i instytucjom nadużywającym nie dziękuję zatem za inspirację.

piątek, 3 września 2010

helicon - take a ride (ep)


pochodzą ze szkocji. założeni przez braci hughesów (obaj gitary i wokale) i laurę o’brien (syntezatory i klawisze). od razu napiszę, że ich muzyka przemyca coś z krajobrazu wysp. debiutancką epkę wypełniają trzy długie i nieśpieszne kompozycje (dwie pierwsze trwają 17 min, a trzecia 5!) ta muzyka ciągnie się trochę jak droga, którą trzeba przebyć od domostwa do domostwa spacerując wrzosowymi łąkami. wtedy to najlepszym sposobem na wypełnienie czasu jest snucie wyobrażeń. wszystkie te dźwięki zdają się być bardzo swojskie, zasłyszane już gdzieś wcześniej a zarazem malowane własnymi barwami. takie dziwne podwórko, które wtopiło się w krajobraz, mimo iż nad nim unoszą się skrzydlate koty. w the point between heaven and hell - pierwszym utworze na epce, w którym sam wstęp trwa blisko 5 minut, wyprawa z ziemskiej zamienia się w metafizyczną. nie tylko za sprawą tekstu, ale przede wszystkim za sprawą instrumentarium. przesterowane gitary zahaczają tu o delikatną psychodelię, a liryczny i zarazem melancholijny głos gary’ego hugheusa uzupełniają dziewczęce zaśpiewy laury o’brien. warto dodać, że płeć żeńska to też partie skrzypiec i harmonijki. właśnie dociera do mnie, że ten spacer w chmurach wypełnia jakaś dziwna troska i specyficzne natężenie, które znika dopiero wraz z pierwszymi linijkami tekstu. ulotność tego utworu sprawia, że 10 min. the point between… mija prawie niepostrzeżenie. prawie, bo zostawia ciepłe, optymistyczne wrażenia.
w drugim utworze: truth or consequence moją uwagę zwraca śpiew i przede wszystkim śpiew. kołyszący i folkowy. nie brak tu także bardzo wyważonej, epickiej i emocjonalnej rockowej jazdy, dzięki pojawiającym się tu i ówdzie charakterystycznym, ślizgającym i wibrującym partiom gitar.   
w hiding in the shadows miejsce basu zajmuje didgeridoo, albo gra tuż obok a gitary oddają pole sitarom. wszystko do czasu, bo i tu jest miejsce na przestrzenne i wydłużone pociągnięcia pięciostrunowych instrumentów. właśnie: przestrzenne, to dobre słowo, by określić zawartość take the ride. przestrzenne sesje i rockowa psychodelia uzupełniana przez delikatny folk. taka właśnie jest debiutancka epka tego zespołu. zapętlam dźwięki helicon w winampie. dzisiaj i sądzę, że nie tylko dzisiaj szykuje się długi wieczór z tą muzyką... 

dzięki uprzejmości muzyków helicon przez najbliższy tydzień możecie zapoznać się z ich muzyką klikając na take a ride free ep
i jeszcze oko laury o'brien

wtorek, 24 sierpnia 2010

otwórz oczy w sierpniu

zabrakło mi dwóch złotych
piwo kosztowało dziewięć pln
za dwa musiałem zapłacić prawie 2 dychy
w dodatku czterech miłych
młodych ludzi postawiło sobie
kolejkę bez kolejki w mojej kolejce

próbowała nie dać po sobie znać
nawet podeszła żeby spytać jak mi idzie
powiedziałem że nieźle,
choć nie zdobyłem się na subtelną zwięzłość
wobec tych czterech miłych panów
w dodatku zabrakło mi dwóch złotych
szukając drobnych w torebce
stwierdziła z dyplomatycznym uśmiechem,
że przyzwyczaiła się już
po zajściach z pawilonów sprzed pół roku

przy stoliku leżało kilka ulotek devil driver
zapytałem czy umie zrobić piekło niebo
koniec końców robiliśmy je na raty
bo oboje nauczyła nas mama
ja byłem niebo, a ją coś piekło
i nasze sylwetki jak planety z atmosferą
których przyciąganie wystarczyło
zaledwie na plastikowy kubeczek
na stole za dziewięć złotych
światło naciągnęło nam na twarze
plastikową folię, światy odrealniły się

powiedziała że zajmie miejsce na balkonie
zapytała czy znajdę ją w okolicach sceny
powiedziałem, że może nie mam pieniędzy,
ale nie jestem ciapą, uśmiechnęła się
zostawiła zapalniczkę - nić ariadny z ognia

po lewej mokra ściana pleców
po prawej nad każdym z krzeseł wentylator
trochę jak w mrocznym zakładzie fryzjerskim
konwicki przełożony na klimat rpg
zaraz jasność nastanie i wyjdziemy na dach
będziemy jak gołębie albo anioły
miękko próbować swoich sił

czwartek, 22 lipca 2010

arcturus - sham mirrors


ci, którzy liczyli na kontynuacje karnawałowego szaleństwa niech wiedzą, że cyrk zwinął swe powoje. nie ma karłów i kramów o zapachu kadzidła i pieczonego mięsa, nie ma też cyrkowców i połykaczy ognia. od akrobacji na linie bliżej było artystom do gwiazd niż zebranej na ziemi gawiedzi. nic dziwnego zatem, że ich wzrok utkwił na tajemnicy nieba. chyba wtedy właśnie muzycy na nowo odkryli gwiazdę w konstelacji wolarza. owe ciało niebieskie, kryjąc w sobie odpowiedzi na pytania o czas, absolut i bezkres, iluminuje intensywną, choć niespełna 43-minutową kaskadą gitarowo-klawiszowych emisji zbliżających się do tajemnic kosmosu. forma utworów, jak już sobie powiedzieliśmy, snuje się gdzieś w korytarzach nieba, a sposób aranżacji materii lśnienia przywodzi na myśl kompozycje progresywno-rockowe lat 70-tych. „arcturus” nadaje jednak swym utworom cięższy wydźwięk, posiłkując się przy tym audionowinkami ze świata brzmień ekstremalnych, ale nie tylko… bo sam proces zatopienia partytur we wszechogarniający chłód sfer muzycy osiągnęli poprzez odważne odwołania do muzyki elektronicznej. warto dodać również, że ta opowieść nosi znamiona groteski. za ten stan rzeczy odpowiedzialny jest trickster g, którego wokalizy, o czym sam mówi, przypominają akrobacje na małpich strunach głosowych.

zapiski z podróży do gwiazd wprowadzają nas bezpośrednio na trajektoria nieba. wyprawa dokonuje się w eskorcie gitar i klawiszy. bez zbędnego wstępu, w miarowym tempie odnajdujemy się, gdzieś w okolicach stratosfery. wskazuje na to puls ukryty wewnątrz utworu otwierającego, którego drgania na tej wysokości przybierają krytyczny poziom. od razu napiszę, że początek drogi mógłby być zarazem jej końcem, bo „sham…” to album spójny i intensywny, poza oczywiście kilkoma przystankami, na sprawdzenie sprzętu i uzupełnienie płynów…

płyta, choć chłodniejsza od poprzedniczki, w sferze muzycznej i wokalnej nie rozszerza eksperymentalnego spektrum możliwości zespołu. także groteskowe inklinacje wokalne nie są czymś zupełnie nowym. ale fakt faktem, na płycie nie czuć braku gościnnego udziału vortexa, który wtórował garmowi (tricksterowi g) na „la masquerade infernalne”. słowem wokalista stanął na wysokości zadania - sprawnie interpretując własne abstrakcyjno-kosmiczne wizje oraz teksty napisane przez hellhammera – perkusistę grupy.

a jak wyglądają struktury muzyczne na „sham mirrors”: następujący po pierwszym utworze „nightmare heaven” ma formę sinusoidalną. wycisza się po dwuminutowym pulsie transowo-ambientowym oddechem, by unieść się za pomocą gitar i znów opaść w elektronowy lej. końcówka tego utworu należy do trickstera g, którego wysoki głos w kulminacyjnym momencie, poprzez wielokrotne powtórzenie ostatniego wersu, zwielokrotnia uczucie abstrakcyjnego niepokoju. utwory, cały czas jakby bez wstępu, kontynuują relację, której ulotna materia za chwilę może rozpłynąć się w kaprysach hebanowej sfery. w „radical cut” kunsztowne partie fortepianu, są jakby zawłaszczane przez gitarowy chaos, co zdaje się być idealnym tłem dla narratora tej opowieści - ishana. (gitarzystę i wokalistę emperor)

„sham mirrors” to płyta nietuzinkowa, jednak w porównaniu z oryginalnością tworzywa poprzedniczki – sytuuje się nieco w tyle. co ciekawe w ostatnim utworze recenzowanego albumu ożywa duch wspomnianej „la masquerade infernale”. niezaprzeczalnie, „for to end yet again” odwołuje się do dokonań grupy anno domini 1997. i na tym porównania się kończą. o „la masquerade infernale” swego czasu pisano, że jest arcydziełem gatunku (i moja osoba podpisywała się pod tym - choć cały czas trudno było mi określić co to za gatunek. miałem kilka propozycji na jego określenie: neo dark metal, sympho progressive metal, metalopera, free metal z elementami folku i symfoniki) to „sham mirrors” prócz wyżej wymienionego podobieństwa, stylistycznie osiąga odmienny, indywidualny pułap.

czwartek, 15 lipca 2010

lustmord - purifying fire (selected works 1995-98)

ta muzyka jest niczym wszechobecny dotyk zła wyrażony poprzez ambientową pożogę.
im głębiej zapuszczam się w te dźwięki, tym przykrzejsze wywołują one doświadczenia. po drodze tracę pewność czy odczucia, których doznaję są jeszcze wytworzone czy już moje. a do najbardziej pożądanych one nie należą. tak... często słuchając tej muzyki tracę dystans. to jedna z nielicznych płyt, gdzie materia dźwiękowa mówi tak wymownie jak najekstremalniejsze doświadczenie. muzyka ta „żywi się” wyłącznie negatywnymi emocjami. jest zakażona i napromieniowana. berkuje trądem i obdarza trójnogim potomstwem. zaprasza pod skórę, zostawiając wewnątrz pokrzywkę. imploduje w sferach obwarowanych zasadą teodycei. w „black star” miałem wrażenie zapisu agonii, cudem ocalałego przed rybackim kutrem, wieloryba. wszyscy znają miłosne zawodzenia tych ssaków, w „black star” zamieniają się one w przerażający skowyt.
struktura większości utworów ma charakter dźwiękowego oksymoronu, ogień krzepnie, zamienia się w lód i na odwrót ziąb przechodzi w żar. muzyczny grunt udaje stałość, w rzeczywistości jest czymś w rodzaju wielkiego dzbanecznika, w którym powolnemu gniciu ulega to, co niegdyś miało jakąś wartość. tak, słuchając propozycji lustmord mam nieodparte przeświadczenie, że wszystkie zdarzenia, które miały miejsce w przeszłości pulsują i rozkładają się w głęboko ukrytym akwarium jaźni. ta muzyka wywraca do góry nogami wszelkie ludzkie (mentalne) przyzwyczajenia w tym wygodę pamięci. ma ona jakby za zadanie wyrzucić z siodła każdą stałość, dostojność czy pewność siebie. odtwarza chybione wybory, przypomina porażki, wszystko co trafiło na grząskie pole podświadomości. później potrząsa tym wszystkim, by wypadły ociężałe węże lęków i pokąsały spokojną duszę. jeżeli tak jest, muzyka ta, choć posługuje się psychotycznymi narzędziami ma szlachetne pobudki. odwołuje się bowiem do świadomości, chce zadbać o całokształt pamięci, a nie tylko o jej wybiórcze aspekty…
muzyka „lustmord” zdaje się nie posługiwać wyabstrahowanymi uczuciami, ale przestrzeń w której daje dojść do głosu emocjom jest jałowa, użyźnia ją wyłącznie lęk. na madach strachu stoi się absolutnie gołym. kalekie widmo światła, w rejony w których znaleźliśmy się, nie dochodzi. wszystko, co robimy jest kolejnym krokiem w nicość... mówiłem o szlachetnych pobudkach tej muzyki, choć rozbitkom rzeczywistości nie podaje ona pomocnej ręki, czy innego niż pesymistyczny obrazu.
głos „lustmord” ma coś z psychicznego terroru, który żeruje na wszelakiej niedoskonałości… zakładając, że każdy nasz wybór kryje w sobie jakiś niedosyt, łatwo domyślić się, że dźwięki „lustmord” znajdą te właśnie osłabione miejsca. penetrując złoża pamięci drażnią podskórnego potwora stworzonego przez nas samych. dźwięki „black star” wywołują go ostatecznie. utwór epatuje niemalże namacalnym złem. chrzęst łamanych pragnień, lawirujące odpady osobowości, okaleczone chóry spadające w sedno nicości.
stoję nagi wobec tej muzyki, nieuzbrojony w jakikolwiek ekwiwalent piękna czy wspomnianej pewności. choć dźwięki te ilustrują pustkę, czuję wszechogarniający strach. jakby wszystko co zrobię mogłoby być tylko krzywdzeniem… mając w ręce wszelkie niezbędne narzędzia, by zinwentaryzować pułap tego ubóstwa, czuję jednocześnie, że gdybym to zrobił, straciłbym jednocześnie większość sił niezbędnych, by wydobyć się z tego miejsca...

środa, 14 lipca 2010

morbid angel - gateways to annihilation

siódmy studyjny album w dorobku tego zespołu kontynuuje podróż po świecie starożytnych, których duch ożywa w tekstach prawie w całości napisanych przez stevena tuckera z wyjątkiem „secured limitation” autorstwa treya azagtotha.

muzycznie album odbiega nieco od wcześniejszych dokonań grupy, pokazując nieco inne oblicze zespołu. zmianie uległy struktury rytmiczne, a co za tym idzie i kompozycyjne utworów. większość materiału rozgrywa się w wolnych i średnich tempach, choć są momenty, w których mamy do czynienia z ekstremą znaną m.in. z „formulas fatal to the flash”. tempa z poprzednika „gataways…” zdają się być już nie do przekroczenia. odniosłem wrażenie, że wraz ze zwolnieniem szybkości utworów, także brzmienie gitar uległo zniżeniu, co nadało im bardziej monumentalnego rysu. co do głosu tuckera, to bezsprzecznie stał się bardziej klarowny. choć płyta kryje w sobie wiele smaczków, które po kolei postaram się odsłonić, chciałbym jednak zacząć od kilku słów krytyki. dotyczy ona plastyki kompozycji. po pierwsze: wycyzelowane, solowe popisy treya zostały oprawione w grubo ciosane gitarowe obwoluty, oscylujące na granicy monotonii. wiele z nich wciąga zwłaszcza po kilku przesłuchaniach jednak struktura utworów, moim zdaniem, została pozbawiona subtelnej finezji zawsze wyróżniającej tę kapelę na tle innych zespołów. nie mogę wyzbyć się wrażenia, że w partie solowe trey włożył więcej pracy niż w partie gitary rytmicznej. w ogóle mniej tu riffów ciekawie przygotowujących solówki, jak miało to miejsce np.: na „blessed are the sick”, czy „domination”. ale, gdy partie solowe pojawiają się – konwencja utworów ulega odświeżeniu i w skostniałe zagrywki wpompowane zostaje nieco życia. ma to miejsce m.in.: w otwierającym „kawazu/summoning redemption” poprzez „he who sleeps”, gdzie utwór nabiera drugiego oddechu spadając przez klawiszowy pasaż w wir strunowego szaleństwa. podobnie jest z zimną, krystaliczną przestrzenią wytworzoną przez chaotyczną solówkę treya w ostatnich frazach „secured limitation”. muzyka zdaje się albo zamarzać albo ożywać, balansując na krawędzi obłędu. album zawiera dwie kompozycje, w których szybkość wysuwa się na pierwszy plan, są to: „to the victor of spoils” , „god of the forsaken”. ciekawy zwrot w sferze rytmicznej zachodzi w „he who sleeps”, gdzie monotonny puls perkusyjny przeradza się w nieoczekiwaną erupcję blastów. utwór ten zbudowany jest na zasadzie bardzo wolno - bardzo szybko i stanowi dość spore zaskoczenie muzyczne.

reasumując siódmy album w dyskografii „ morbid angel” nie rozczarowuje, nie przynosi jednak nic odkrywczego w porównaniu chociażby z płytą „domination”, a tym samym nie przenosi standardów deathmetalowego grania w nowe obszary. po odejściu vincenta i nagraniu dwóch płyt cały czas czuć brak tożsamości i charakteru potrzebnego, by przestrzeń muzyczna, była czymś więcej niż kontrolowaną ekspresją wyrażoną przez deathmetalową konwencję.

zamiast grafiki dana seagrave'a do tego wydawnictwa, które kompletnie do mnie nie przemawia, wybrałem to zdjęcie.


wtorek, 13 lipca 2010

in the woods - strange in stereo

zaczyna się tajemniczo. elektroniczne pasaże na tle zamaszystych i gęsto kładzionych pociągnięć gitary. otwierający płytę „closing in” z czystym, wyciszonym głosem wokalisty to zaledwie wstęp do „cell” jednego z najciekawszych momentów na płycie. gęsta gitarowa sieć wyławia lament zawodzących wiolonczel. tu po raz pierwszy pojawia się głos wokalistki. opada i unosi się. finał jest nieoczywisty ale pozytywny. i dobrze. pierwiastek męski i żeński łączą się w kolejnym utworze. głosy chowają się w siebie, tam łapią oddech. dialogi wokalistów to kolejna charakterystyczna cecha „in the woods”. zadają pytania i dopełniają się w odpowiedziach. są zanurzone w przeszłości. przyznają się do fascynacji starymi czarno-białymi filmami. chwilami są niepewne. to nadaje całości bardzo emocjonalny i zarazem intymny charakter. spotykają się głównie na tle wiolonczel i w oparach klawiszowych fraz.
już pierwsze kompozycje ukazują ciekawe wykorzystanie efektów gitarowych, bliskich eksperymentom „pink floyd” co nadaje muzyce ponad gotycki wymiar.
dlatego też „in the woods” dalekie jest od gatunkowego schematu. muzyka ta nie podąża utartą ścieżką mrocznej bajki. chociaż jej rodowód jest oczywisty, to kontynuacja już niekoniecznie. bo np.: zamiast growlingu i niebiańsko zabarwionego, kobiecego wokalu mamy dwa czyste, nierzadko eksperymentujące głosy. muzyce tej mimo zanurzenia w gotyckiej stylistyce udaje się być na wskroś współczesną. i to właśnie współczesność jest jej głównym budulcem. inaczej niż w większości zespołów tego nurtu rozgrywają się partie gitar, są zdecydowanie bardziej chropowate i brudne. bardzo często przechodzą w wyższe, często udziwnione, rejestry. ciekawie robi się przy zbliżaniu tychże z klawiszowymi tłami. te momenty wydobywają eksperymentatorskie oblicze in the woods. wówczas muzyka jeszcze bardziej wychodzi poza swoją tożsamość. „strange in stereo”, jak jego poprzednik, jest stosunkowo długim i złożonym albumem, przez co wymaga od odbiorcy czasu na zapoznanie się ze swą specyfiką. nie jest to muzyka przebojowa, a skłonność do eksperymentowania może nieco zniechęcić fanów standardowych gotyckich brzmień. miast wpadającej w ucho melodii, przygniata wrażenie, jakie niesie ze sobą ta muzyka – w „cell” stłumione partie basu, wchodzą w rejestry cięższe od gitar, które tu opierają się na powtarzanych dźwięcznych akcentach. lekkości nie przynoszą też wiolonczele – to może przytłaczać.
skondensowana, schowana za ścianą dźwięku, znajdująca pożywkę gdzieś w swym wnętrzu, by podzielić się jego nie przewidywalnością, taka właśnie jest ta muzyka. najlepiej słucha się jej w samotności, gdy odgłosy miasta układają się w jeden monotonny szum.

piątek, 9 lipca 2010

muzyczne obrazki; ulver - perdition city


od pewnego czasu, ta norweska grupa, konsekwentnie zaczęła przyzwyczajać nas do śmiałych eksperymentów, przesuwając granicę muzycznego stylu. „perdition city” był kolejnym krokiem w ewolucji tego zespołu. i od razu napiszę, że dla mnie najważniejszym.

warstwa kompozycyjna tej płyty opiera się na głębokiej instrumentalnej metaforyce i nie mam tu na myśli wyłącznie rozwiązań czysto polifonicznych. ta muzyka cieszy się każdą najdrobniejszą nutą - pojedynczy dźwięk dla muzyków to forma pierwotna, kształt, w którym widzą już zalążek nowego tworu. czy wiedzieliście, że sprzężenie lub zgrzyt posiada własną tożsamość, że może ożywić się jako linia melodyczna, równie atrakcyjna co fortepianowe czy saksofonowe harmonie. nie mam wątpliwości, że muzyka ta jest czułym negatywem, na którego rozedrganej powierzchni powstają żywo nasączone kolory. jeżeli nie wiedzieliście tego, to posłuchajcie barwnych realizacji „porn piece or the scars of cold kisses” czy „the future sound of music”.

jako że „perdition city” jest opowieścią o mieście, pojawiają się tu momenty nawiązujące do muzyki konkretnej, w której do głosu dochodzą czyste, nie spreparowane odgłosy betonowej flory. charakterystyczny gwar, na czele z warkotem przejeżdżającego samochodu i rozmowami ludzi. ulice mają swój rodzaj, przypadek i nieskończone liczby, a także powiązania ontyczne z pogranicza mechaniki, organiczności i ciał stałych. samochody przypominają owadzie pancerze, znoszące do ukrytych gniazd refleksy neonów. kwant po kwancie. nuta po nucie. stają się dobrym łącznikiem między przestrzeniami dźwięku. o bogactwie środowiska dźwiękowego „perdition city” niech świadczy chociażby to, że są tu miejsca w których da się wyróżnić co najmniej kilka nakładających się na siebie źródeł głosów i szmerów: odgłos silnika, dźwięk samochodowego radia, sekwencje brzmieniowe instrumentów żywych i elektronicznych, które dodatkowo jeszcze ulegają preparacjom. podobno dla artysty wszystko jest tworzywem. słuchając ulver mam wrażenie, że tak właśnie jest z tą muzyką, począwszy od pojedynczego dźwięku, na skondensowanych elektronicznych poszumach bliżej nieokreślonego pochodzenia kończąc.

piętrzące się frazy elektronicznych instalacji przyprawiają o zawrót głowy. miasto mechanicznych mgławic i ludzkich fantomów. komunikacyjny i konsumpcyjny tygiel. metropolie otwartych oczu, żerujących na szybkich informacjach. pospieszne przenikanie się kultur w subway’ach. ukradkowe spojrzenia wymijających się grup. gestykulujący turyści idący po nastroje lub rozdający je i muzyka jako wykrzyknik ulicy! deliryczne zabawy saksofonu, który próbuje zagłuszyć monotonię fortepianu. są tu momenty, w których dźwięki zaczynają żywić się światłem. robi się ciemno i duszno. cała instrumentalna garmażeria chce wybrzmieć w jednym czasie zabraną otoczeniu energią. o tym właśnie zdaje się być ta muzyka, w której echo metalowych dokonań już dawno przebrzmiało. nie zginęła jednak chęć eksperymentowania, a także poszukiwań u rdzenia muzyki. bowiem jest to także muzyka, która mówi o sobie samej. wykorzystuje swój język, by przedstawić się na wiele różnych sposobów, przy tym odsłania wiele nowych walorów dźwiękotwórczych.

a wszystko za sprawą jazzowo-elektronicznych poszukiwań przewlekanych gdzieniegdzie delikatnym, niemalże popowym śpiewem garma. kadr po kadrze spływa na nas wyrafinowana, nie zawsze prosta i ujednolicona, relacja człowieka pozostawionego na niespełna godzinę w miejskim inkubatorze. muzyka "ulver" owe niuanse próbuje uchwycić, nie pomijając zdarzeń na pierwszy rzut ucha marginalnych i małych jak kołysanki z wnętrz transformatorów na elektronicznych chórach kończąc.

środa, 7 lipca 2010

poetic noir justyny bargielskiej

w dodatku literackim do gazety przeczytałem "czy to bargielska otacza się rzeczami, czy ktoś inny ustanawia wokół niej kolejne kręgi przedmiotów; jest jednak w wierszach z "dwóch fiatów wrażenie bycia "niemal oblężonym", przebywania w dziwnym świecie tuż przed zamknięciem" - ten opis pawła kaczmarskiego plus fragment zamieszczonego wiersza: "irysowe drzewo" zachęcił mnie do zapoznania się z twórczością poetki. od razu napiszę, że tomiku nie udało mi się jeszcze nabyć, ale część utworów znalazłem na poezja.exe.pl. było to chwilę po tym jak bargielska otrzymała nagrodę główną w dziedzinie poezji w ramach nagrody literackiej w gdynii. po przejrzeniu strony zreflektowałem się, że znam już "traumę o piesku" i kilka innych utworów m.in.: za sprawą bardzo zacnej osoby, która prezentowała wspomniany wiersz szerszemu gronu w ramach wrocławskiego portu. oczywiście wtedy nie zapamiętałem nazwiska autorki mając w głowie niezwykle ciekawe wiersze marty podgórnik (m.in.: sacrum bulimiczne) i występ agnieszki wolny-hamkało w nieistniejącej już jadłodajni. ale jest. ale są. w klimacie: "po jajecznicę i nożyczki" (z taką kobietą to kaloryfer opowiada bajki z nią to mógłbym mieć nawet wspólny czajnik - to z poezji piotrka macierzyńskiego). nie ma tu nic w stylu "w twoich doskonałych palcach/jestem tylko drżeniem...". jest dosadniej i kreatywniej, n.p.: we wspomnianej "traumie o piesku" następuje abordaż życia i śmierci. pojawia się motyw podpatrywania przez "dziurawe oko", które czeka na przejście z jednego pokładu na drugi. (w domyśle szuka sposobności, by zaatakować życie z poziomu śmierci) a wszystko to w momencie porannego mycia zębów, na którą to czynność nakładają się flashbacki m.in.: z zauważonym niegdyś obrazem wnętrza psa rozjechanego przez tramwaj. sytuacje i słowa nie wymykają się jednak spod kontroli - emocje tonuje wyobraźnia i dystans. ostatni motyw jest ciekawym rojeniem na temat śmierci - widzę tu taśmowość myśli, która dzięki nadczynności wyobraźni opakowuje śmierć w folię, a na nią przykleja wielką naklejkę z księdzem, nagimi drzewami i miastem usypanym z piasku.
"egipska bawełna" to liryczne śledztwo na granicy sennych i realnych poszlak. obraz retrospektywny i antycypacyjny zarazem, płynnie zacierający negatywne zdarzenia. justyna bargielska uprawia swoją poezję w klimacie "poetic noir". do wiersza "ciemne wody" można by było z powodzeniem nakręcić poetycki klip. taki liryczno-filozoficzny dreszczowiec w skali mikro. jest tu ciekawa parafraza motywu "panta rei" - tak przynajmniej odbieram dryfowanie "przyczółka teraz" w stronę krawędzi mapy. ciekawa jest śmierć gronostajów w lusterku - zwieńczenie zimowego romansu w samochodzie na plaży. jest coś niedomkniętego w fascynacji baśniowością i tematach podań ludowych. na pewno duży wpływ na taki sposób widzenia świata wywarło na autorce macierzyństwo i umiejętność pisania w trakcie karmienia piersią. w "swatach" jest spotkanie topczyka z rudą brzoskwinią i chłopca z topolą wariatką. trudno wyobrazić sobie inne miejsce powstania tego wiersza jak podczas snucia dziecięcych opowieści. w "pasmach" natomiast mamy do czynienia z nieco odmienioną wizualnie rodziną adamsów, ubraną jakby na pastelowo: "pozszywani kuzyni, migdałowe prababcie". zresztą ten wiersz używa bajkowej konwencji jako podłoża damsko-męskich działań, z tym, że kobieca perspektywa wg bohaterki lirycznej jest szersza: "gdybyś tam był ze mną i płakał krzyczał/ale ty wolisz spiskować w starym forcie/grać z borsukami o tę resztkę o tron/gdy tu otwiera się morze". w wierszu "tornerai" podoba mi się motyw ucieczki przed inkubami miastem żółtych świateł - płeć liryczna wierszy często staje się jakby bohaterką swego prywatnego filmu. zresztą kryje to w sobie głębszy sens. jej projekcje są poniekąd odpowiedzią na niemożność skomunikowania się z bliską osobą, stąd wzmożona chęć powoływania alternatywnych światów. na uwagę zasługuje też specyficzne podejście do boga i bliskiego sercu - mężczyzny, uwidocznione w wierszu "czy powinnam być niemieckim chłopcem?": "bo ja jestem pociągową szkapą,/mam dużo przepastnych snów,/a pan bóg mnie nie lubi,/opowiada mi sprośne żarty/i straszy mnie filozofią./babcia go przekonuje,/że powinnam być niemieckim chłopcem,/albo niech przynajmniej nie piszę./wtedy on wkłada mi rękę w majtki/albo dźga starym parasolem./
dobrze że ten drugi dzwoni czasem/i mówi aksamitnym głosem:/śpij dobrze,/pisz wiersze,/śpij dobrze". część wierszy justyny bargielskiej z tomików "dating sessions" i "dwa fiaty" można znaleźć również na stronie biura literackiego, a także w nowej antologii romana honeta "poeci na nowy wiek"

środa, 12 maja 2010

23 godzina

z rzeczy porządkowych. onodyseja została wyparta przez 23 godzinę. jest szerzej o kulturze. jest swobodniej, co nie oznacza, że bardziej frywolnie... chociaż jest frywolnie. więcej mimkry i strojenia piór. a z drugiej strony nie uciekanie od tematów związanych z globalną wioską czy niedawnymi wydarzeniami spod smoleńska. to wszystko w związku z pojawieniem się nowej twarzy lub nowych ust za mikrofonem radioaktywnego w czwartek o 23 godzinie. tak jak w jazzie pojawia się double bass, tak w wieczornym studiu pojawi się double phone. dwa różne światopoglądy, odwrotnie proporcjonalnie podatne na kulturę wysoką, czasem zgoła proporcjonalnie. strona audycji tutaj http://23godzina.blogspot.com/ i to właściwie wszystko w temacie radia. onodyseja zostaje blogiem wolnym od tematów z nim związanych. choć nie wyklucza nepotyzmu, transgresji lub atrakcyjnego z punktu widzenia estetyki mezaliansu. współautorem 23 godziny jest mój przyjaciel wojtek górewicz, więcej o jego osobie tutaj http://sokoleoko1987.blogspot.com/.
ostatnim razem nie dotrzymałem słowa. miałem pisać, gdzie popadnie: u znajomych, w bibliotekach, na uczelniach, salonach orange goblin i innych. to jednak nie wyszło. ale w tym ostatnim miejscu trochę pisania na formularzu podaniowym przyczyniło się do uruchomienia procedury przeniesienia linii. tak przynajmniej sądzę. dzisiaj bowiem dostałem potwierdzenie od automatycznego sekretarza tpsa, który pozwolił mi wybrać jeden z trzech wolnych terminów na instalację nowej sieci. w piątek między 12 a 14 okaże się czy rozmawiałem z człowiekiem, czy eksponatem śniącym o dna elektrycznych owiec. chociaż w przypadku tej największej i najprężniej zawłaszczającej prywatne działki w europie wschodniej z pretensjami do bycia środkową, pół korporacji pół familii, nie wiem która z opcji byłaby dla mnie lepsza. aha, tym razem niczego ani sobie, ani wam nie obiecuję w kwestii pisania. w głowie słyszę: niczego nie musisz - to głos przekonywający, ciepły, wypowiedziany z bliska, a przede wszystkim żeński. o ile mnie pamięć nie myli. a pamięć mam jak fred madison... wtedy najbardziej się che.

czwartek, 25 lutego 2010

mokotowska st

miesiąc temu szedłem ciemną klatką do swojego starego mieszkania. było to kilka dni po przeprowadzce. w pionie została już tylko jedna para. w nieco wyizolowanym świecie między pustymi ścianami, do których prowadzi pusta klatka... idąc nie zapaliłem światła, choć na zewnątrz było już całkiem ciemno. dotarło do mnie wspomnienie z dzieciństwa, gdy szedłem nią jak teraz, a w kamienicy nie było prądu. rodzice wysłali mnie po coś do domu. byliśmy wtedy chyba u dziadków. było tak cicho, że spod butów dochodziły skrzypnięcia starych drewnianych schodów i dźwięczenie metalowego pęku kluczy, przypominającego kraba, którego bałem się uciszyć włożeniem ręki do gniazda kurtki. bałem się wtedy tak bardzo, że nie otworzyłem nawet drzwi do domu. w głównej mierze dlatego, że będąc na wysokości mieszkania przyszło mi do głowy, że odgłos przekręcanego w zamku klucza może zagłuszyć kroki kogoś nadchodzącego ze strychu. górną partię mojej kamienicy zajmowała stara, zardzewiała skrzynia pochłaniająca całe światło małego okienka, obciągniętego brudnym szkłem niczym rybimi oskrzelami. wewnątrz niej, pod pęcherzami symetrycznych szklanych słoików znajdowały się zwierzęce skóry oraz klejące się i słodkawo pachnące reklamówki. po wejściu na strych widziało się odsłoniętą podłogę z wilgotnymi żebrami stropu legarowo-listwowego po architektonicznej resekcji. trochę amalgamatu betonowego w dziurach. krokiew nad głową przypominała rybie ości. dlatego całość sprawiała wrażenie skorodowanego, wielorybiego wnętrza z protezami i klamrami spajającymi drewniany kościec. niczym brzuch gnijącej ryby. nie trudno zatem o wyobrażenia tym bardziej, że było tu jak makiem zasiał, zupełnie jak niegdyś, gdy zabrakło światła. czułem się trochę jak jonasz i pinokio zarazem, chociaż zamiast drewnianego nosa miałem drewniane nogi, i nie byłem dobrowolnym kamienicznym wychodźcą, tylko wychodźcą z polecenia urzędu miasta. a dokładnie, z tytułu renowacji stropów w zabytkowych powojennych budynkach, by zamienić je w postwojenne. stojąc na klatce uświadomiłem sobie, że z mieszanki wspomnień i strachu zostały już tylko wspomnienia. tak jakby emocje ktoś obłożył czuciodpornym materiałem, zupełnie jak owija się kabel taśmą izolacyjną. wyładowania elektronowe, które mogłyby pobudzić ciało zrogowaciałe uderzają głucho o niewidzialną barierę przed skórą. rozszczepienie ustroju miękkiego i twardego. mięsa i skóry. taki wchodziłem przez drzwi do starego mieszkania. wcześniej zatrzymałem się na wysokości pierwszego piętra. zdało mi się, że widzę przemykający cień w kuchni wiecznego światła u sąsiadów z naprzeciwka. uwypuklił on część ściany pod obrazem. obraz przedstawiał jezusa. teraz wyglądało to tak jakby wychodził on z jej białej połaci. scenerię dopełniał regałek ze szklankami i stolik z lampką. wyglądały jakby przygotowane specjalnie na jego przyjście. jego wzrok nie był pokorny, sprawiał wrażenie jakby stopił się w nim wizerunek wszystkich twarzy z kamienicy. zmęczonych taksówkarzy i handlarzy z przyczepionymi do nich cieniami żon, i cieniami tych cieni w postaci dzieci. odkrycie metafizyczne i pożyteczne zarazem. absolut na smyczy. jezus, którego rok wcześniej zastałem w kuchni mojego wakacyjnego domu w irlandii był bardziej przewidywalny. patrzył spuszczonym wzrokiem, jakby tylko tym gestem chciał odwieźć od grzechu i zła wszelkiego. a teraz w głowie miałem nowego chrystusa. ten aktualny nie mógł obronić swego zeświecczenia. stojąc pod drzwiami czułem, że stare uczucia okryła mocniejsza skóra. za oknem złuszczała się noc, a tak naprawdę to księżyc ktoś pocierał czarnym pumeksem nieba. wszedłem do środka. puste pokoje sprawiały wrażenie wnętrza olbrzymiego panoptikonu. kamienica jak czynszowe koloseum, z której środka patrzę na podwórkowe igrzyska. zamiast chrześcijan czarnoskórzy, azjaci i dzieci najprawdopodobniej pochodzenia syjonistycznego. przed spuszczeniem chordy psów ratuje je zapewne system domofonowy na klatkach. śnieg jest na gzymsach, daszkach i nielegalnie zwisających kablach telewizji - up(iję) cię. wszystko przykryte futrem, jakby o estetyczne ciepło na ziemi dbali synesteci o ekscentrycznych skłonnościach. a w mojej ogołoconej ze sprzętów kuchni znalazłem pustą szklankę w zlewie, na której dnie spoczywała jednogroszówka. byłem zdziwiony tym na równi z wyobrażeniem wychodzącego ze ściany jezusa, z obrazem zamiast głowy. chociaż gdyby oderwał swe plecy od ściany pewnie nie pamiętałbym ani szklanki, ani wspomnień z brakiem prądu. to pewnie przyćmiłoby wszystko inne. do tego jeszcze te złe taksówkarskie maniery nabyte podczas nocy sparaliżowanych przez bejowskie komanda "na dołach". na szczęście ucieleśnił się skutecznie w obrębie ściany na drugim piętrze. chociaż coraz bardziej profesjonalnie i po ludzku wygląda ze ściany.