czwartek, 22 lipca 2010

arcturus - sham mirrors


ci, którzy liczyli na kontynuacje karnawałowego szaleństwa niech wiedzą, że cyrk zwinął swe powoje. nie ma karłów i kramów o zapachu kadzidła i pieczonego mięsa, nie ma też cyrkowców i połykaczy ognia. od akrobacji na linie bliżej było artystom do gwiazd niż zebranej na ziemi gawiedzi. nic dziwnego zatem, że ich wzrok utkwił na tajemnicy nieba. chyba wtedy właśnie muzycy na nowo odkryli gwiazdę w konstelacji wolarza. owe ciało niebieskie, kryjąc w sobie odpowiedzi na pytania o czas, absolut i bezkres, iluminuje intensywną, choć niespełna 43-minutową kaskadą gitarowo-klawiszowych emisji zbliżających się do tajemnic kosmosu. forma utworów, jak już sobie powiedzieliśmy, snuje się gdzieś w korytarzach nieba, a sposób aranżacji materii lśnienia przywodzi na myśl kompozycje progresywno-rockowe lat 70-tych. „arcturus” nadaje jednak swym utworom cięższy wydźwięk, posiłkując się przy tym audionowinkami ze świata brzmień ekstremalnych, ale nie tylko… bo sam proces zatopienia partytur we wszechogarniający chłód sfer muzycy osiągnęli poprzez odważne odwołania do muzyki elektronicznej. warto dodać również, że ta opowieść nosi znamiona groteski. za ten stan rzeczy odpowiedzialny jest trickster g, którego wokalizy, o czym sam mówi, przypominają akrobacje na małpich strunach głosowych.

zapiski z podróży do gwiazd wprowadzają nas bezpośrednio na trajektoria nieba. wyprawa dokonuje się w eskorcie gitar i klawiszy. bez zbędnego wstępu, w miarowym tempie odnajdujemy się, gdzieś w okolicach stratosfery. wskazuje na to puls ukryty wewnątrz utworu otwierającego, którego drgania na tej wysokości przybierają krytyczny poziom. od razu napiszę, że początek drogi mógłby być zarazem jej końcem, bo „sham…” to album spójny i intensywny, poza oczywiście kilkoma przystankami, na sprawdzenie sprzętu i uzupełnienie płynów…

płyta, choć chłodniejsza od poprzedniczki, w sferze muzycznej i wokalnej nie rozszerza eksperymentalnego spektrum możliwości zespołu. także groteskowe inklinacje wokalne nie są czymś zupełnie nowym. ale fakt faktem, na płycie nie czuć braku gościnnego udziału vortexa, który wtórował garmowi (tricksterowi g) na „la masquerade infernalne”. słowem wokalista stanął na wysokości zadania - sprawnie interpretując własne abstrakcyjno-kosmiczne wizje oraz teksty napisane przez hellhammera – perkusistę grupy.

a jak wyglądają struktury muzyczne na „sham mirrors”: następujący po pierwszym utworze „nightmare heaven” ma formę sinusoidalną. wycisza się po dwuminutowym pulsie transowo-ambientowym oddechem, by unieść się za pomocą gitar i znów opaść w elektronowy lej. końcówka tego utworu należy do trickstera g, którego wysoki głos w kulminacyjnym momencie, poprzez wielokrotne powtórzenie ostatniego wersu, zwielokrotnia uczucie abstrakcyjnego niepokoju. utwory, cały czas jakby bez wstępu, kontynuują relację, której ulotna materia za chwilę może rozpłynąć się w kaprysach hebanowej sfery. w „radical cut” kunsztowne partie fortepianu, są jakby zawłaszczane przez gitarowy chaos, co zdaje się być idealnym tłem dla narratora tej opowieści - ishana. (gitarzystę i wokalistę emperor)

„sham mirrors” to płyta nietuzinkowa, jednak w porównaniu z oryginalnością tworzywa poprzedniczki – sytuuje się nieco w tyle. co ciekawe w ostatnim utworze recenzowanego albumu ożywa duch wspomnianej „la masquerade infernale”. niezaprzeczalnie, „for to end yet again” odwołuje się do dokonań grupy anno domini 1997. i na tym porównania się kończą. o „la masquerade infernale” swego czasu pisano, że jest arcydziełem gatunku (i moja osoba podpisywała się pod tym - choć cały czas trudno było mi określić co to za gatunek. miałem kilka propozycji na jego określenie: neo dark metal, sympho progressive metal, metalopera, free metal z elementami folku i symfoniki) to „sham mirrors” prócz wyżej wymienionego podobieństwa, stylistycznie osiąga odmienny, indywidualny pułap.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz