poniedziałek, 30 listopada 2009

leśni ludzie w progresji

weekend obfitował w koncerty. sobota upłynęła pod znakiem energetycznego rocka, niedziela pod znakiem żywiołowego metalu.

w progresji jesteśmy o 19.40. na szczęście było opóźnienie. troll gnet el (trol gnie świerk) zaczął jakiś kwadrans przed naszym przyjściem. bierzemy piwo i wchodzimy na salę. przed nami piątka muzyków. żywiołowy folk metal w spódnicach w kratę. tempo umpa, umpa, ale gdzie trzeba zwolnienia. skład z st. petersburga daje niezły pokaz. w szeregach prócz gitar i bębnów, fujarka i skrzypce. flecistka gra i śpiewa na przemian. gdy używa głosu chowa instrument za plisę rękawa. ma pogańską suknię i mocny wokal. śmiesznie wypadają utwory śpiewane w ojczystym języku. jak przystało na kapelę tego typu tzn.: z folkowo-piwnym przechyłem, prócz muzyki, nie mogło zabraknąć chmielowego trunku na scenie. muzycy popijali go w dużych drewnianych antałkach. wokalista (i gitarzysta zarazem) – poganin pełną gębą, z zakolami i o słusznej tuszy ma dobry kontakt z publiką. czytaj: po kilku haustach bursztynowego napoju i pozdrowieniach w języku polskim zyskuje sympatię publiczności. kapela gra krótki bis. w końcowym utworze pamiętam rozświetlony kaganek w ręce wokalistki i jej ciepły głos.

wymiana instrumentów. za chwile na scenie pojawią się przedstawiciele melodyjnego death. pierwsza próba triggerów robi wrażenie. piotr (red. kolega – przyp. autora) mówi, że nie ma jak podwójna stopa w końcówce „deliverance” opeth. ale to płyta, a ja pamiętam jak element ten zagłuszał nieco występ tychże, podczas marcowego koncertu w innym miejscu. zresztą za chwilę będziemy mogli się przekonać jak wypadnie to w progresji. norther zaczyna od klawiszowej preparacji motywu wziętego niczym z jeziora łabędziego, później już tylko ściana dźwięku, ekstrema i przedzierający się przez to gardłowy wokal. wszyscy muzycy mają przed sobą statywy. będą tworzyć chóry, a w przypadku drugiego gitarzysty dość regularnie będzie on zaznaczał swoją obecność w utworach czystym głosem. wykonanie całości bez zarzutu przy minimalnej oryginalności muzyki. dla mnie w tym gatunku bardzo wiele już na samym początku powiedziała grupa dark tranquillity wraz z genialnym albumem „the gallery”. niemniej jednak cieszyłem się, że folk metal nie zdominował w całości niedzielnego koncertu. zawsze to urozmaicenie. muzyka zespołu często wędrowała w kierunku heavy metalu i hardcore’u. niemniej jednak zabawę przy norther traktuję trochę jak skok do muzycznego świata, w którym nic mnie nie zaskoczyło, a już na pewno nic z tego występu nie zostanie mi w pamięci… chyba, że za głośne stopy. zagrywki ginęły w ich tumulcie. ja wiem, że to standard w metalu. ale wypadałoby się zastanowić czy kapele nie zaczynają przez to brzmieć identycznie.

teraz o koncercie gwiazdy wieczoru. nie miałem określonych oczekiwań prócz żywiołowości i… materiału z mojego ulubionego „tervaskanto” (ha, ha!). od razu napiszę, że grupa zagrała trzy utwory z tego albumu, w tym jeden na bis. występowi korpiklaani przysłuchiwałem się z małej sceny. wygodne miejsce, dobra widoczność, natomiast jeżeli chodzi o nagłośnienie: miałem wrażenie, że jestem w innym pomieszczeniu. widziałem, ale nie rejestrowałem występu finów. może to oszołomienie głośnością norther. a może było za cicho. nie wiem. to nie ten akordeon i nie te skrzypce. zatem przenoszę się na środek. wsłuchuje się. jest lepiej. wokalista zagaduje i pozdrawia publiczność. przyjęcie jest gorące. zresztą jak muzyka. humppy jak powiedzieliby finowie. skrzypek gra od ucha do ucha mimo dość specyficznej mimiki twarzy. łamaną angielszczyzną, która jest dla mnie kompletnie niezrozumiała, wokalista zaprasza na scenę trzy całkiem wygimnastykowane dziewczyny (jedna naśladuje jazdę niczym na rodeo, zainteresowanie wzrasta). tempo utrzymuje się na tym samym poziomie, jest szybko i melodyjnie. instrumenty ciekawie się uzupełniają. niemniej jednak akordeon jest dla mnie cały czas za cicho. gdzieś tak w połowie setu basista musi wyjść do toalety… wiadomo to przecież beer metal. zaraz potem główny krzykacz przewraca się w kałuży piwa, które rozlał. wstaje, robi koziołka i decyduje się wskoczyć w publiczność…

na koniec muzycy korpiklaani zapraszają do wspólnego grania muzyków trolla. skrzypek tego drugiego intonuje „kalinkę” i zaczyna się kilkuminutowa jazda. korci mnie żeby się jeszcze pobawić, ale odeszły mnie siły. stoję, a i tak cieknie ze mnie pot. wychodząc, odwracam się jeszcze czy coś mnie nie omija. chyba nie. o 0:36 mam nocny.

phantoms der nacht

o the fanthoms wielokrotnie słyszałem w radioaktywnej aktywacji, a także w autorskiej sunday at devil dirt. jednak, że rzadko zapuszczam się w rejony rockowe, trochę pominąłem ten zespół. funkcjonował on w mojej głowie, jak sama nazwa wskazuje, trochę jak fantom. duch z odciętą materią. popsuta pocztówka grająca z widocznym na okładce tytułem, który mówi wszystko i nic zarazem. o the vinyl stitches usłyszałem przy okazji sobotniego koncertu, oczywiście ze strony sunday... gdybym jednak nie został zaproszony na występ przez martę (czerwony kubraczek i biało-niebieska pilotka cud miód) to bym zapewne zapomniał o tym wydarzeniu. nie ukrywam występ był dla mnie raczej okazją do spotkania znajomych niż poznawania nowych dźwięków. zatem z pragi, gdzie byłem udaję się w kierunku obiektu znalezionego, – bo tam ten koncert ma się odbyć. wcześniej udaje mi się ominąć kontrolerów, którzy nie wiedzieć, czemu wchodzą tylko do przedniego przedziału tramwaju nr 4. uf, dzisiaj chyba szczęście mi sprzyja. w obiekcie jestem za kwadrans dziesiąta. widzę jak mike rozmawia z kimś nieznajomym. witamy się. to vinn-sinister basista vinyli. salka koncertowa jest jeszcze pusta. patrzę na filary i scenę z rozstawioną perkusją, za nimi tapeta do videoprojekcji. klub ma jeden korytarz komunikacyjny z barem na początku i końcu. po drodze kilka sal we wnękach. miło. wystrój bez przepychu. architektura szarości, ale czuję się w niej dobrze. około 22 na scenie pojawia się support. phantomsi są posągowi i bezemocjonalni. no może prócz gitarzysty, na którego licu czasem gości uśmiech. przypominają mi niewinnych czarodziei wajdy. basista i klawiszowiec w jednej osobie ma ciemne bryle (gościnny udział szymona małeckiego z rotofobii) to taki rockenrollowy marek hłasko. oldskulowy był też bębniarz, który grał na stojąco. ubrany w jasną, wyjściową koszulę i mega wielkie szyby (albo reflektory, jak kto woli). jego zestaw perkusyjny ograniczony był do minimum, dwa talerze, przejście, werbel i stopa. ta ostatnia nie śpieszna pam… pam… pam pam. osom. wokalista zapięty pod szyję, stonowany z mocnym gardłowym głosem. ale ważne, że emocje pojawiają się po drugiej stronie sceny. i tak też się dzieje. phantomsi grają hipnotycznie i krótko (świetna uwaga piotrka). ma to swój urok, bo cały czas czeka się na coś jeszcze bardziej elektryzującego. jestem pod dużym wrażeniem. a już całkowicie nie mogę wyjść z podziwu, nie będę tu oryginalny, z wykonania utworu tytułowego. był wciągający, mimo, że kończył się już dwa razu. powrót do przewodniego motywu za każdym razem był trochę inny, oszałamiający, aż musieliśmy wymienić się wrażeniami, podczas gdy jeszcze trwał. z tyłu za muzykami wizualizacje. warszawa nocą. prosty pomysł. dla marty kadry mogłyby być jeszcze bardziej nieostre. a sceny ukazują po kolei plac bankowy, ukryty pomnik papieża, rozmyte światła, pusty park i ławki, muzyka phantomsów, który na ulicy zapala papierosa, schodzi w dół do metra. absolutny strzał w dziesiątkę. po phantomsach przyszła kolej na the vinal stitches. wydaje mi się, że będzie im trudno konkurować z poprzednikiem. zaczynają bardzo energetycznie. cięższe brzmieniowo, nieodrodne dzieci velvet underground i brudnych lat siedemdziesiątych. za bębnami sam-bam kobitka o jasnych włosach i zapewne ciemnej duszy. podobno perkusiści grają całym ciałem. w sobotę było to widać jak na dłoni. prosty rytm, ale jaka energia i te podrygujące włosy… żywioł tak wielki, że kilka razy musiała ona poprawiać ułożenie swojego instrumentu. gitarzyści o obowiązkowych bokobrodach wyobrazili sobie, że nieźle byłoby tworzyć muzykę nie tylko dla dziewczyn i ten zamiar udał im się w pełni. a ja minionej soboty miałem się tylko spotkać ze znajomymi, a na parkiecie znowu zostawiłem nie małą cześć zdrowia. after party skrojone wybornie poza kilkoma odchyłami w kierunkach brzmień bardziej dyskotekowych. co do całości, powtórzę to, co powiedziałem nad wisłą, gdy po koncercie udaliśmy się tam z częścią znajomych: jeżeli kapela umie wciągnąć grając zarówno wolno jak i szybko, to mnie przekonuje. w sobotę obie kapele grały wciągająco, ale phantoms zaprezentowali szersze spektrum możliwości. nie nużąc przy tym. dla mnie numer jeden.

środa, 25 listopada 2009

onodyseja 26 listopada

w czwartek będzie o poezji pawła sarny. po tekst znowu zajrzę do biura literackiego. „biały ojczeNasz” autora to zbiór wierszy enigmatycznych i wymagających skupienia. podobno są biegunowe w odbiorze – albo jest się za, albo przeciw. nic po środku. wg romana honeta „poeta odsunął się od rówieśników. gdyby nie ta decyzja czy przypadek, niepojęte zrządzenie losu, mógłby zostać kolejnym poetą miasta – zblazowany, niczemu, by się wtedy nie dziwił, może czasem narzekałby, że trzeba chodzić po chodniku zamiast pod chodnikiem.” źródłami podziemnymi jak myślę wprost do ukrytych sadów, w których czasem odstraszam niewidome ptaki. bo prawdziwe słońce i przyroda kompletnie mnie już nie obchodzą. zatem moja osoba posiada cechy zblazowania. może gdybym unosił się 30 cm ponad omawianą powierzchnią, to bym nie był. to zawsze bliżej jedni. zastanawiam się jednak czy paweł sarna jest poetą z miasta, bo drogi, którymi chadza są miększe…

„jest zmierzch czerwony pory suchej. noc będzie chłodna.
widziałaś? chwasty
uwiły swe gniazda. coraz więcej kamieni -
kamień na kamieniu powija.” z utworu „czerwony, czerwony”

co do muzyki postaram się znaleźć jakieś tereny zielone wśród bzyczenia miejskiej sygnalizacji i wyładowań elektryczności. może kings of caramel, sigur ros…




powyżej pierwszy utwór sigur ros jaki słyszałem.
mój brat nazywa go ziewaniem i wyciąganiem się.

wtorek, 24 listopada 2009

fabryka dźwięku z muz

na dniach wytwórnia fabryka dźwięku z muz rozda swoje płyty na koncertach lub po wysłaniu maila z prośbą o konkretną pozycję z ich katalogu. całkowicie za darmo. koszt przesyłki to 4 zł. manifest antykomercyjny. na facebooku przeczytałem, że ta sama wytwórnia rozda płyty za darmo, ale „jeśli czujemy, że powinno być inaczej, możemy zapłacić dowolną kwotę”. moje oko dziecka podpowiada mi, że manifest traci na wyrazistości. wchodzę na fb i czytam jeszcze raz, czy się nie pomyliłem. otóż nie. po chwili zastanowienia pytam sam siebie, kto myśli o samobójstwie, mając nadzieję, że może jednak uda mu się robić to co lubi? robert lotyń z, fdm, który wypowiada się za tą ideą, pisze, że każdy z nas, jako dzieckomiał umysł, świeży, otwarty i chłonny, a nie wyrafinowany i zepsuty” i dalej byśmy pamiętali o tym, że „takich ludzi jest nadal wielu i to im należy się szansa”. pisząc szansa ma na myśli obcowanie z dobrą muzyką. Nie wiem jak wyglądałaby moja edukacja muzyczna, gdybym w dzieciństwie otaczał się dźwiękami pokroju zerovy czy new century classics, ale wiem, że chłonność dziecka zaprowadzała mnie w rejony bardzo grząskie… przyjęcie świata młodymi oczami i słuchem rzeczywiście było czyste, ale pozbawione umiejętności rozpoznania tego, co jest istotne, a co nie. (led zeppelin przeczekało w sklepie prawie dekadę w kolejce za technotronic) inna sprawa, że dźwięki kapel z fdm są karmelowe, ładnie rozprowadzają się po powierzchni ducha, a co, z painkiller lub coil, jako black light district? te chyba już nie. gdybym słuchał ich, jako dziecko stałbym się najprawdopodobniej najmłodszym podróżnikiem do stolicy dla nerwowo chorych. a i to jest przecież muzyka alternatywna(no może bardziej awangardowa), dlatego zgadzam się, z tym, co pobrzmiewa pod rozgoryczeniem artystów (z fdm i nie tylko), że wszystko rozbija się o edukację i właściwe komponowanie muzycznego świata. mainstream wybiera jaskrawość, prostotę (żeby nie powiedzieć prostactwo) i jawne kalki wszystkiego. jak pisze qba popo (jeden z artystów fdm): „wypychają do przodu gwiazdy jednego sezonu, cukierkowe śpiewające pochwy, piosenkę o dymaniu w samochodzie czy vasyla i tygrysa, szerząc tępotę.” tak sobie myślę, że mainstream to chyba jedyna gałąź biznesu, w której za słabe produkty płacimy (być może) drożej niż za wyroby dobre. to tak jakby za słabej marki wino płacić więcej niż za wino leżakujące kilkadziesiąt lat. jednak utopią byłaby sytuacja, w której każda produkcja alternatywna miałaby być dostępna w wydaniu płytowym. nie każda, bowiem ma wartość. przyjmuje jednak, że te z w/w labelu tak. mimo wszystko fajnie byłoby przebierać tylko w alternatywie, rezygnując z obśmiewania kombi i culture beat (o ile jeszcze istnieją) chyba tak? nie? kończąc pisanie, fajny gest dokonany przez fabrykę muz. po co płyty mają się zmarnować, wobec braku zainteresowania ich dystrybucją ze strony wielkich firm. ale też ostatnie wołanie o bycie zauważonym. desperackie. znów odwołujące się do sumień odbiorców.

sobota, 21 listopada 2009

linia nr 175

mam sen. jestem w autobusie linii 175 na rogu ulic bonifraterskiej i miodowej. jest przed południem, a więc jest jeszcze jasno. kierowca robi niespodziewany manewr. zamiast jechać prosto i później okrążyć stadion polonii w kierunku ulicy konwiktorskiej, skręca przy pomniku ofiar holocaustu. zawraca na trasę, z której właśnie przyjechał. niesamowitości sytuacji dodaje fakt, że moje rzeczy osobiste znajdują się na kilku tylnych fotelach. autobus poza mną i kierowcą jest pusty. dodatkowo wycieram się, stojąc z ręcznikiem w przejściu. zatem wcześniej musiałem wziąć kąpiel lub prysznic. tego jednak nie pamiętam. ani dokąd jadę lub skąd wracam. niemniej jednak coraz bardziej staję się świadomy zaistniałej sytuacji. zaczynam przebierać się coraz bardziej nerwowo. moje ruchy są jednak spowolnione, nie proporcjonalne do stanu podenerwowania, który motywuje do szybkich działań. na następnym przystanku na pewno już czekają ludzie. dlaczego znalazłem się na muranowie? być może, dlatego, że wczoraj postanowiłem sprawdzić wynik meczu stołecznych derbów. po tym jak zobaczyłem opis kolegi na gg: „polonia kaaaa, polonia esssss, polonia zawsze kurwą jest” ale dlaczego jestem na muranowie, a nie na powiślu? to nie mogło być, zatem bezpośrednią przyczyną podróży w te rejony. a jedynie jedną z jej części składowych. a co z dominantą? gdyby autobus trzymał się standardowej trasy, miałbym na przebranie się jeszcze dwa przystanki przed pętlą. wiaty widma, które przeważnie stoją puste. a tak naprzeciwko kościoła bonifratrów na pewno stoją już rozlokowani ludzie. ewidentnie sfera id wystawia mnie na próbę. ale jaki może mieć w tym cel? właśnie zdaje sobie sprawę, że na przystanku ktoś na mnie czeka. od tego czy zdążę się przebrać będą najprawdopodobniej zależały nasze przyszłe relacje. za bardziej złożoną topografią snu kryje się impuls wysłany z podświadomości, że ta osoba cały czas na mnie patrzy. mimo, iż fizycznie (pseudofizycznie) znajduje się cały czas na przystanku. zatem to pewnie kierowca. on wie o wszystkim. zmienił trasę, by skonfrontować mnie z tą niezręczną sytuacją. chce zobaczyć jak z niej wybrnę, bowiem w międzyczasie odczytał moje myśli z całego życia, które dość buńczucznie opowiadały się za nie skrępowaniem ciała. powtarzanymi w wyobraźni manifestami powrotu do natury. zapisanymi w pamięci performanceami pawła altamera, który opuszcza inny środek lokomocji blisko lasu, a idąc ścieżką w jego głąb zdejmuje z siebie całą garderobę. zatem we śnie jestem jeszcze większym ekshibicjonistą niż on. poza tym mam już drugą cześć składową sennej etymologii. przez chwilę zastanawiam się czy kierowca nie jest sterowany przez osobę, która mnie oczekuje. co wyklucza jego emocjonalny udział. próbuje sobie przypomnieć czy widziałem wyraz jego twarzy. ale zlała się ona idealnie z wnętrzem autobusu. mogłaby być lusterkiem lub proporczykiem powieszonym na tle szyby. a jednak pamiętam, że raz odwróciła się. na chwilę przed skrętem rysował się na niej śmiech, ale nie zastanawiałem się nad nim. zresztą nie było czasu. w krótkich migawkach miałem przeświadczenie, że jego twarz, a także twarze innych ludzi przetasowują się jak talie kart. działo się to w momencie, gdy na nie, nie patrzyłem. gdy odwracałem się do nich zatrzymywały się, były już niezmienne. to nie była jednak stabilność, w każdej z nich widziałem tłum. zmieniały się tak, jakby ukryty w ich szyjach mechanizm światowida, na każdą z pór roku zepsuł się, kręcąc się w szybszym tempie.
tuż przed przystankiem muranowska zaczęło się robić coraz jaśniej. projekcja zaczęła blaknąć, aż zobaczyłem intensywną biel. pętla jak pokój. kadry powiesiły się. podsumowanie. nie wiem, kim była osoba czekająca na przystanku. najprawdopodobniej sferę id reprezentował kierowca, pozwalając mi na kąpiel w autobusie. w tym celu wyłączył superego, aż do momentu skonfrontowania intymności z okiem innych ludzi. chciał wystawić moje ego na agorze przystanku. wniosek. tłum zadziałał jak budzik. udało mu się przerwać sen przed godziną dwunastą w sobotę. wybudzenie, które przerwało cykl może świadczyć na niekorzyść mojej koncepcji nagości. a być może obroniło ją przed koniecznością bezowocnego odpierania zarzutów, które w tej chwili przychodzą mi do głowy, gdy pociągam mój sen dalej.

white rainbow - new clouds

skupiam się na najprostszych czynnościach. mam dużo czasu i przeczucie, że za oknem stanęła całkiem udana makieta sawanny. przecieram ze zdumienia uszy i widzę afrykański pejzaż. pojedyncze drzewa przypominają pogarbione żyrafy z głowami utkwionymi w sadzawce zachodzącego słońca. dodam, że powietrze ma kolor czerwony. temperatura, choć zbliża się wieczór jest stabilna. czuję się jak w wannie z letnią wodą. w tym kolorze, co niebo. słychać świerszcze. pod jednym z drzew grupa ludzi rozpaliła ognisko i zaczęła grać na bębnach. to tylko wydobycie rytmu przyrody w ich sprawnych rękach. na tle tego wszystkiego pojawiają się męskie wokalizy, wzięte jakby z innego świata. staje się jasne, że w pobliżu jest jakieś źródło. to ono niesie echo. komasuje je. nagle odkrywam, że jestem świadkiem obrzędu jednego z koczowniczych plemion afryki, oglądając je z wnętrza jakiejś groty. a może to ukryte miejsce nowego kultu, którego pole siłowe jakimś dziwnym trafem udało mi się przejść. tak te dźwięki jakoś nie chcą do końca zdradzić swojego pochodzenia. lecz jeżeli będę cicho mam szansę doświadczyć objawień świetlistych istot o kształcie motyli. żywych fajerwerków. słuchając tej muzyki mam wrażenie, że jestem narratorem uczestniczącym, ale zachowującym status nietykalności i emocjonalny immunitet. na moich oczach zachodzą dziwne przemiany, chociaż forma tej muzyki jest bardzo powtarzalna, to jest dziwnie inna. rozwija się w sensie niemalże biologicznym. niczym dźwiękowe „genesis z ducha” ku przejawom bardziej doskonałym. samoszlifujący się dźwięk. no może nie samo, ale dyrygowany czarodziejską różdżką w studiu wyobraźni adama forknera. spędzam kolejny wieczór z tą muzyką. dochodzę do wniosku, że „white rainbow” opowiada się za zharmonizowanym porządkiem świata w duchu jakiejś wyższej obrzędowości. natura i wewnętrzna morficzność. powszedniość metafizyczna? łakomy kąsek dla szukających inspiracji w monotonii i powtarzalności świata. niczym duchowa dobudówka, dodatkowe pomieszczenie dla wyobraźni. mantrowość utrzymująca odpowiedni poziom endorfin we krwi. homeostaza molekuł emocji. white rainbow jest trochę jak terapia za pomocą sztuki. przypomina, że powtarzalność też może być inspirująca. jestem w trakcie zaludniania tej przestrzeni sobą. robię to z powodzeniem od kilku dni. właśnie zaczynam rozmowy na temat importu nowych chmur prosto z oryginalnej biblijnej oferty przekazanej mi przez wysłanników izajasza.

czwartek, 19 listopada 2009

onodyseja 19 listopada

dzisiejsza onodyseja będzie wydłużona o dodatkową godzinę i zacznie się o 22.00. wszystko w związku z niespodziewanym wyjściem tadka staniszewskiego, którego uszy wyobraźni poprowadzą na tajemniczy koncert... zaczniemy od długiej eterycznej kąpieli. będzie to "white rainbow". nieśpieszny i nieinwazyjny ambient. babie lato przesunięte na okres zimowy, listopadowa inkubacja latawcy-dmuchawcy. prócz tego trzy utwory darkwavewowego efemer z najnowszego albumu, w całości do ściągnięcia stąd. dwa tygodnie temu byłem świadkiem ich legionowskiego koncertu na białych krzesłach. na scenie też było biało i enigmatycznie. poza tym chciałbym przekonać was do robienia tego, co najbardziej mnie wciąga, tzn.: obserwowania zawekowanego zimowego koncentratu przez ciepłe okno pokoju, studia czy pociągu... w towarzystwie muzyki helios. ponadto w audycji będzie do wygrania jedno podwójne zaproszenie na przegląd filmów dokumentalnych członka loży szyderców oscarowej akademii czyli marcela łozińskiego. to przy okazji festiwalu grand off - światowych nagród dla filmów niezależnych, który odbędzie sie w kinie luna między 19 a 21 listopada. a ja postaram się sporządzić jeszcze prywatny spacerownik po miejscach w warszawie, które są animowane przez anonimowych ludzi jak i grupy bardziej zorganizowane.

po stronie negatywnej października

type o’ negative publikuje się po raz kolejny wraz z albumem „october rust”. czasem zdarza mi się, że dawno niesłyszana płyta ożywa, łapie drugi oddech. pamiętam „summer breeze” i to, z jaką łatwością otwierała ona przede mną wszelkie pokoje rozkoszy ziemskich, pełne niezbędnych rekwizytów jak poruszające się zasłony, ukryte w każdym zakamarku świece (to już z „love you to death” otwierającego omawiany album) no i oczywiście to, za czym do owego pokoju przybyli skuszeni mężczyźni – zapachu kobiecego ciała. „devil music next door” tym wersem peter steel umiał mnie przekonać, że jego apartament, dzielnica, a nawet miasto żyje w całości mroczną muzyką. pamiętam recepcję perfumowanych, ciężkich brzmień w połowie lat dziewięćdziesiątych. setki klimatycznych kapel wyrastały jak grzyby po deszczu kopiując tiamat z kolejną odsłoną „clouds”. anathema sięgała po gitary akustyczne przyznając się do fascynacji pink floyd, aaron stainthorpe był na etapie porzucania staroangielskiej poezji, ale zanim się to stało powstał dla mnie jeden z najlepszych doom metalowych albumów tzn.: „like gods of the sun”. mrok i konfuzje erotyczne w tekstach. peter steel na tle wspomnianych wokalistów wypadał najmniej przekonująco. nie mam tu na myśli predyspozycji czysto fizycznych – wybrany mężczyzną sierpnia w żeńskim wydaniu playboya mógł stawać w szranki z niejednym samcem w kategoriach urody i potencji (tego drugiego zwłaszcza). posiadał inną wrażliwość – czytaj samczą. a emblematy jak i ubiór, jego, a także pozostałych członków zespołu odstawały nieco od gotycko-romantycznego wizerunku wymienionych wcześniej. zresztą type to kapela ze stanów, a mierzyła się przecież z przedstawicielami starego kontynentu. a w dwóch przypadkach ze spadkobiercami teatru elżbietańskiego. to, co jednak udało im się wcześniej przemycić do muzyki, to nieskrępowanie i doza luzu, którego wtedy brakowało w muzyce europejczyków. nie od razu było to jednak takie oczywiste. patrząc chociażby na teledysk „christian woman”, gdzie instrumenty muzyków uczepione były łańcuchów, a maniera wokalna i emfaza, z jaką do swych erotycznych wizji bardziej, niż do wizji bohaterki utworu przekonywał steel budziły nieskrępowany śmiech. oczywiście na początku wszystko było poważne. w tym reakcje młodych adeptów stawiających pierwsze romantyczne kroki. ciekawostką i zarazem rzeczą nierzadką w twórczości type o’ negative jet to, że końcówka utworu, w której steel śpiewa „jesus christ looks like me” ma swoje odzwierciedlenie w autentycznym epizodzie z ulicy. któregoś dnia zagadnięty przez przypadkową kobietę, że wygląda jak jesus chrystus odpowiedział z przekorą, że to jesus chrystus wygląda jak on. to tyle na temat skromności petera steela. pozostaje jeszcze kwestia głosu. umiejętnościami bezsprzecznie góruje on nad wyżej wymienionymi wokalistami. nie wiem czy nie przesadzę, ale jest on chyba jednym z najlepszych wokalistów w tym gatunku. miało być o „october rust” a większość kwestii muzycznych dotyczyła albumu „bloody kisses”. na swoje usprawiedliwienie napiszę tylko, że dla mnie te płyty są niemalże nierozerwalne ze względu na poruszaną tematykę jak i koncepcję artystyczną. jednak krążkiem, który nie opuszcza mojego odtwarzacza od kilku dni, tuż po supremacji karpat magicznych jest właśnie „october rust”. tylko do „my girlfriend’s girlfriend” pożyczam sobie okładkę z poprzedniej płyty. dlaczego? ten aspekt pozostawiam do samoistnego odkrycia…

czwartek, 12 listopada 2009

onodyseja goes indie 12 listopada

pozwoliłem sobie zacytować w nieco zmienionej formie moich przyjaciół z sunday at devil dirt, którzy pod tym szyldem poprowadzą dzisiejszą audycję w moim zastępstwie (a dokładnie sunday goes indie). a wszystko to przez niedyspozycję, związana z chorobą, która trwa już od tygodnia. zatem sunday urodzi się dzisiaj wieczorem, po raz kolejny, tym razem w łonie onodysei. z rozmów prenatalnych wiem, że będzie to twór wyrodny i perwersyjny. więcej informacji znajdziecie na stronie z odnośnikiem. a ja czekając na ich wybryki zastanawiam się czy można dopuścić się większej perwersji, mezaliansu stylistycznego od tego, którego dopuściłem się dzisiaj zamieszczając na playliście IX equilibrium emperor z moon safari air. keep radio evil & stay brutal. usłyszę, usłyszymy już po 23.00. zapraszam

equilibrium mariusz więcek

mariusz więcek obserwuje scenę, z dwoma, ubranymi w długie, czarne płaszcze mężczyznami. jeden z nich zasłonięty książką czyta: „jestem nędzarzem/ posiadam tylko marzenia/ rozsiałem je u twoich stóp/ stąpaj lekko, gdyż stąpasz po moich marzeniach”. czytający jest na muszce górującego nad nim drugiego mężczyzny. pada strzał. tomik yeatsa, choć pokaźny nie zatrzymuje kuli… literalna parafraza tej sceny pojawia się w otwierającym książkę wierszu wspomnianego obserwatora. tytuł „equilibrium”, bo o nim mowa posłużył również za nazwę tomiku poetyckiego. nie ma w nim jednak ścisłych kalek filmowych, ani odwołań do wyżej przywołanego poety. wyobraźnia więcka jest ośmielona, jak niegdyś zauważył pisząc o twórczości romana honeta, marian stala. mieni się dużą swobodą i plastyką obrazowania wspartą technikami „creative writing”. kreacjonizm twórcy „słów na wolności” subtelnie rozbiera erotykę z obyczajowych uprzedzeń, robi seanse spirytystyczne z duchem ojca, ożywia zabawki w dziecięcym pokoju. na samym początku pisałem o wziętym ze sceny filmu, ale odmienionym poetycko motywie książki. tutaj zakłada on pojawienie się biblii w miejsce poezji irlandzkiego poety, a strzał zostaje zatrzymany w jej wnętrzu. oczywiście teoretycznie, domniemanie. uratowane w ten sposób życie bohatera lirycznego sprawia, że teraz on jak niegdyś trzymana przez niego w kieszeni miniaturowa księga trafi do kieszeni boga. swoboda kreacji objawia się tu w nieskrępowanej „new ageowej” konwencji – ja liryczne i bóg odwróceni do siebie plecami przypominają „dwoje ninja/ otoczonych przez wrogów…/ on rzuca pierwszy shuriken/ betlejemską gwiazdę”. przejawów nietuzinkowych naddatków słownych jest tu więcej, np.: „moje ciało jest wytrychem/, który ostrożnie obraca się w zamku/ jej snu próbuje go otworzyć” – to opis próby wcielenia się w odczucia męża wirginii woolf, który z kolei stara się zrozumieć ją samą. przykład z innego wiersza: „na niebie wielki meteoryt/ porwany wiatrem parasol algidy”. którego nie udało się utrzymać panu wacie – sprzedawcy waty cukrowej, a jakże by inaczej. w „pluszakomorfozach” ja liryczne pyta ożywionego pluszowego misia „czy w tobie/ plusz też stwardniał pod naporem życia?”. pora na inspiracje erotyczne. utwór „doświadczenie” jest zawoalowanym opisem miłosnego cyklu. począwszy od pobudzenia, poprzez specyficzną pracę słów i ciała „moje słowo wsuwa się w ciebie puste/ a wysuwa pełne ciało wsuwa się/ pełne i wysuwa bez słowa które już nie staje się ciałem” aż do próby skroplenia tego przeżycia. akt jest pełny, a miłość widzialna, jak przystało na czasy, w których żyjemy. obopólne ja tego seksualnego klipu dostarcza namacalne dowody swego uczucia. w robieniu poezji, czy miłości nie przeszkadza mainstream, filmy klasy b czy brak gustu patrzących. a jednak nie do końca, bowiem w „pluszakomorfozach” bohater liryczny wynurza się, ze swojej przemiany „kiedyś mówiłem pan bóg szczęście miłość/ a teraz pan jezus to jest jakiś obcy pan, który odpowiada pomidor na wszystkie moje modlitwy/ miłość jest idealnym zakończeniem filmów klasy b/ a szczęście istniało tylko na zaginionej atlantydzie/ dzieciństwa gdzie rządziła dynastia muminków” duchowa dychotomia? wcześniej radość z seksu (całkiem udanego) teraz melancholia pod wpływem boskiej ironii, wypowiadana do... pluszowego misia, no dobrze, do odbiorców, niemniej jednak w obecności misia. ciekawie ujęty, ale utarty nieco motyw, bo pojawił się już, chociażby w liryce tadeusza dąbrowskiego. podejmuje temat obracającego się w gruzy kidilandu, twarzy zapinanej na guziki oczu (to z innego poety, ale nawiązuje do końcówki wiersza). wszystko to już było co, nie znaczy, że nie można zrobić tego jeszce raz. udany raz. zawartość „equilibrium” opiera się na bardzo wizualnej poetyce, zrobionej z dobrze zmontowanych kadrów panoramiczno-prozodycznych. jej małe, zmysłowo-refleksyjne fabuły, żyją na tle starych i nowych rzeczy, które poeta z powodzeniem nagina niczym neo łyżeczkę dla swoich potrzeb i celów.

środa, 11 listopada 2009

metafizyczny (nie)pokój

na ścianie nowy szyld. absencja z powodu raka bieli. czy jedziesz na pragę? mam dużo miejsca w głowie. zastanawiam się, czy nie poszerzyć dzisiaj zespołu zachowań w gorączce. odtwarzając w pamięci podróż ulicą targową widzę pająka chodzącego po fasadzie. wtyczkę do jednego z tamtejszych gniazd.

bloki skusiły skacząc przez skakankę horyzontu. koniec gry. centymetry uczuć nie zdołały wypełnić całych kadrów. trzeba będzie je zamalować jakimś neutralnym kolorem… deszcz i jego brak jest zdrowy. to się nazywa obiektywizm przyrodniczo-poznawczy. mijam strefę, gdzie nie trzeba mieć romantycznych skłonności. wyłącznie mieszane, zapięte na ostatni tramwaj, na suwak szyn. to, że idę agrykolą po zmierzchu wśród gazowych słoneczników nie oznacza, że rozczulam się. szukam rzeczy zgubionych, pilnuję resztek, których nie zjadł dzień. jestem hitlerem poezji, einsteinem teatru śmierci, dumasem inżynierii produkcji chmur. mam chęć dorobić klucze do każdego samochodu, mieszkania i miasta. co noc chcę być gościem każdej kuchni, cukierni i plantacji słodkich wełen. rzeczywistość należy ogłuszyć twardą metaforą, pogrzebaczem, a następnie zdjąć z niej linie papilarne i sprawdzić czy pokrywa się, chociaż w części ze światem odtworzonym wewnątrz... wszystko jest marketingiem, który chce kupić nieśmiałość i niezdecydowanie. oprócz fizjologii zastanawiam się, ilu rzeczy jestem pewien. czy może robię coś i czekam na kolejną planszę, rozwój lub rozstrój zdarzeń. najlepiej przygotować sobie koła ratunkowe i rzucać je pod każdą nową myśl. wynaleźć plastry na zadrapania ducha... absencja. aberracja woli. kołtuny połączeń nerwowych. trzymam za słowo osobę, której status ustaliła moja wyobraźnia, wykupując naddatki powierzchni gazowej w ośrodkach centralnych. trzymam się sali wykładowej duszy, w której panicznie rozwijam nić ariadny, aby dotrzeć do bezpiecznych drzwi. gdzie jest minotaur jej ciała? freudowskie żyły przypominają korytarz – to ja decyduję o ilości krwi, jaka zasili salę uciech. w akwarium węgorz natręctw i mgławice pomniejszych ryb, które wchuchują niezbędny tlen. urządzam szklaną miednicę dla potrzeb naszych mózgów. dla potrzeb eksperymentu natnę obie z podstaw czaszki, by unieść górną kość… podejdziemy do akwenu. wyłożymy mózgi w specjalnie przygotowanych myślonariach. doświadczamy euforycznych wyładowań impulsów we wspólnym płynie, płynącym kraterami kory mózgowej. płciowa podróż przekazów szyszynki. kolorowe odrzuty elektronów, które będą wysiadywać nasze połączone powłoki walencyjne. dalej już tylko odpowiednie dać rzeczy słowo. frazę, która zrobi z materią dokładnie to, co opisuję. zacznie zbliżać się, przywrze, ugłaszcze, ochucha, wysiedzi… urodzi.

jesteśmy na pradze. w małym szpitalu nastrojów. „– postaram się tu jeszcze być jak będziesz w toalecie”. postaram się dokładniej przywiązać nić, żeby następnym razem bezpiecznie wrócić - odpowiadam.

piątek, 6 listopada 2009

zaduszki filmowe

dzień zaduszny. kino luna. bilety po pięć złotych. głos prezenterki radiowej mówi o filmie "persona non grata". są w nim jakieś pęknięcia fabularne, ale jednocześnie ciekawa kreacja głównego bohatera. niebagatelna rola zmarłego niedawno zbigniewa zapasiewicza. a więc nabieram ochoty. trochę przeoczyłem ten film, mimo iż poprzedni obraz tego reżysera zrobił na mnie nie małe wrażenie. jeżeli chodzi o "personę..." tytuł łącznie z nazwiskiem reżysera podpowiadał mi wątki nośne trzydzieści lat temu wraz z kinem moralnego niepokoju. ważnym, problematycznie cały czas nie zamkniętym, ale być może jałowym jeżeli chodzi o nowe przejawy rzeczywistości. ale jesteśmy na sali. oprócz mnie dwóch kolegów. gaśnie światło. pojawia się wiktor, postać grana przez zapasiewicza. gra zbyt teatralnie. mam wrażenie, że jeszcze kadr, a poślizgnie się na scenicznej pozie. na szczęście, krótkie i w porę ucinane klatki, ukrywają jak dla mnie zbyt akademicki wykład z natury emocji, ala zapasiewicz - nauczyciel. tak odbieram początek filmu. postać ambasadora, którą gra ma być złożona wewnętrznie. szlachetny intelektualista, dysponujący artystycznym wnętrzem, wiarą w człowieka i... skłonnościami do alkoholu. jest tu ciekawa scena z zaproszonym na placówkę młodym konsulem. na stwierdzenie, że wiele się zmieniło w systemie w stosunku do lat wcześniejszych, ambasador odpowiada, że tylko pozornie, bowiem jego kandydatura na stanowisko konsula powinna przebiegać zgodnie z nową procedurą, a nie za jego protekcją. zakładając, że jest więcej zdolnych jak młody konsul, to jakie kryteria powinny decydować zatem o zatrudnieniu? tego pytania film zanussiego nie zadaje. postać ambasadora to przykład osobowości, która umie połączyć dążenia społecznikowskie, świadomość przewagi własnego zdania z uczuciami. zatem jest bardziej kompletny niż bohater "ludzi bezdomnych", ale i zajęcie ma inne. gdyby nie cięty dowcip, ocierający się czasami o sarkazm, głównie wobec swojego zastępcy, byłego esbeka, wspomnianej skłonności do alkoholu, która rzuca cień na wykonywaną pracę, postać wiktora nosiłaby nieposzlakowany rys intelektualnego altruisty i poczciwca. na szczęście nie jest tak prosto. ciekawą kreację stworzył tu jerzy stuhr. nie nachalną i charakterystyczną. posiadającą więcej niż jedną twarz, z których ta druga jest niekoniecznie gorsza. w przeszłości esbek obecnie urzędnik państwowy z budzącym się czasem sumieniem. dobrze urządzony, były funkcjonariusz aparatu państwowego, który wykorzystuje swe koneksje i układy z miejscowymi. sporadycznie oczyszcza swą duszę małymi, przydatnymi uczynkami. w ciekawym świetle przedstawione są również relacje wiktora z przyjacielem z rosji. w nim, a właściwie w jego przeszłości, która przed laty związała się z losami żony wiktora, być może bardziej należałoby upatrywać alkoholowego problemu bohatera. wyjaśnieniu zamierzchłej relacji ma służyć między innymi ich spotkanie po latach. wcześniej właśnie tę informację próbuje on wyciągnąć od zaznajomionego księdza. później samego olega. konfrontacja tych dwóch służy do poruszenia kwestii polsko-rosyjskich. wypada to trochę na zasadzie, ja służę ideałom, a ty nie, co spotyka się to ripostą: ideały psują interesy i nikt się nie bogaci - to słowa rosjanina. polak zarzuca mu dwuznaczność stosunku do solidarności i donosicielstwo, co nie przeszkadza mu w przeszukaniu płaszcza przyjaciela, gdy ten wychodzi do toalety. w kieszeni bowiem schował on jedną część zdjęcia, którą przyniósł jako prezent, ale obrażony zmienił zdanie. była to podpucha, która miała pokazać, że oskarżyciel stosuje te same metody. na co tamten odpowiada, że postąpił tak, gdyż został sprowokowany. nie naciągana za bardzo, w sumie ciekawa jest podróż bohatera w piżamie za duchem małżonki, która odbywa się przez miasto do portu. film nasączony jest dużo większą ilością wątków, również takimi, które całkiem umiejętnie budują fałszywe tropy, nie sięgając zarazem po niepotrzebną sensację. koniec seansu. przy wyjściu dzielimy się refleksjami na temat filmu. żałujemy, że motyw z mafią i przemytem broni nie został rozwinięty. żartujemy. jesteśmy całkiem usatysfakcjonowani przed podróżą na ulicę waliców do 70-tki...

środa, 4 listopada 2009

bezinteresowna przestrzeń miejska


umyłem się. aby utrzymać ciepłotę ciała musiałem jeszcze coś zjeść. cała restauracja była pusta. parter i piętro. właściciele rozmawiali po chińsku, oglądając polską telewizję. przez okno plac konstytucji. zapuszczony basen z drzewami, rynny ulic ze sporadycznie spływającą komunikacją miejską. jest za kwadrans dwudziesta. stoły są na wysokości foteli. jestem, o co najmniej dwie długości od drugiej strony lustra. czekam na danie. pisklę w skorupce z ciasta, kopiec z białych ziaren i surówka. chińskie restauracje są zawsze zadymione. zupełnie jakby były pozbawione wentylacji, a nawet, jeżeli kryje się ona we wnętrzu, to z czystej oszczędności jest wyłączona. dlatego przeniosłem się na pierwsze piętro. siedzę przy otwartym oknie. morning after… no właśnie. po czym? czasem dopiero pod koniec dnia mam wrażenie, że osiągam stadium właściwe przebudzeniu. jestem w miarę spokojny i pogodzony z sobą. to, czego nie zrobiłem odkłada się jak elektronowa dokumentacja w archiwum pamięci krótkotrwałej. jest lekkie jak 1 kilobajt na organicznym dysku twardym. myślę bez konieczności transplantacji organów autokorekty i autocenzury. zatem budzę się właściwie teraz. na poziomie pierwszym. po jedzeniu zejdę o level niżej. później na minus pierwsze, by wyłapać wszystkie piwniczne ptaki z akwarium ziemi i w końcu zająć się bezpieczną uprawą drzew owocowych na trudnym gruncie z sadzy. patrząc na ulicę, przypominam sobie projekt, który w długim lub niedługim czasie obejmie zabudowę placu konstytucji. rzecz dotyczy przemiany asfaltowego gniazda dla samochodów w samym centrum placu w bezinteresowną przestrzeń miejską. w przyszłości przybierze ona kształt zakrytego skweru przeznaczonego dla spotkań i wymiany myśli. wnętrze kopuły ma ulec animacji zgodnie z fantazmatem mechaników od małej i dużej architektury.

ma się dokonać symbioza roślinna wielu gatunków, w tym także egzotycznych z wodnymi kaskadami. a także liczne przeszczepy ławek dla osób w nastrojach przysiadalnych bądź nie. choć zadaszona, chłodzona latem i ogrzewana zimą, ma nie mieć nic wspólnego z komercyjnymi wnętrzami centrów handlowych. ponadto ma być zbudowana z ekologicznych materiałów i energetycznie samowystarczalna – będzie pobierać energię z gruntu i z przetworzonych odrzutów ciepłego powietrza z tunelu metra. parking zostanie ukryty pod jej konstrukcją z drewna, gliny i ziemi, a także rozplenioną wszędzie roślinnością. obawa, że stanie się dużym studiem amatorów zdjęć na potrzeby grona, bristolową camerą obscura dla dzieci pudru i drogich torebek ometkowanych antykonsumpcyjnym przesłaniem, przegrywa z chęcią ujrzenia jej w całej okrasie. dla mnie kreuje się ona, jako duchowy przytułek dla wszelkiej maści pasterzy ptaków, estetów i programistów mentalnych haremów, poetycznych rewolwerowców, nosicieli wirusów kreacji, koneserów powietrza, slumerów przestrzeni solarno-lunarnych i wszystkich innych, o podobnym kodzie genetyki surrealnej.