piątek, 25 stycznia 2013

podsumowanie muzyczne 2012



ariel pink's haunted graffiti - mature themes


kombinowane  instrumenty i własne podejście do muzyki. eksperymenty, które trzymają się spódnicy dzieci kwiatów i freaków z obwoźnego cyrku. pochodzą z los angeles. nie wiem, czy więcej tu new weird america czy lo fi, ale słucha się tego z perwersyjnym zaciekawieniem i wypiekami na uszach. 


actress - r.i.p.

nawet taka muzyka nie jest jeszcze konkurencją, gdy po polifonicznych zabawach z jazzem chce się przedłużyć komfort przebywania z kilkoma równolegle i niebanalnie rozwijanymi motywami muzycznymi. ale jest tu sporo nienudnych pomysłów. post dub step/elektronika/ambient - przypomina mi trochę świeżość selected ambient works aphex twina, kiedy posłuchałem tamtej płyty po raz pierwszy.



grimes - visions

w teledysku do utworu genesis wokalistka ma bejsbolówkę i miecz. rytmiczne fantasy i dziewczęcość w stylu xeny wojowniczki z księżyca. momentami syntezatory brzmią jak z kraju kwitnącej wiśni. osobowość, która nie zatrzymała się na dokonaniach enyi i innych fantastek pop'u, by w wytartych jeansach wpaść do króliczej norki i poczekać na elektro clashową terapię dźwiękową serwowaną przez loli corowe wokalistki i początkujące suicide girls.


king krule - king krule ep

niestety tylko epka. brytolski akcent i nieśmiałość rudzielca. kapela kumpli, którzy na stację benzynową chadzają raczej po słodycze niż napoje wyskokowe. nieśpieszny, z lekka oniryczny rock. pierwsze zawody miłosne, w których na pewno nie liczy się kto pierwszy ten lepszy. jeżeli bujanie się to raczej w własnych marzeniach niż po zażyciu lsd. muzyka, która powinna rozbrzmiewać w fajnych momentach życia. duże wyczucie wokalne i melodii gitarowych.



kyoka - iSH

chciałbym żeby w większości klubów dje zmuszali słuchaczy do decyzji czy wejść na parkiet czy nie za pomocą takich dźwięków. poprzesuwane rytmy, trzaski i zapętlenia. kyokę należy przyjąć we względnym skupieniu po uprzednim wykonaniu serii przysiadów lub ćwiczeń rozluźniających mięśnie bioder i twarzy.





sensate focus - sensate focus

znowu epka. większość płyt w tym roku podoba mi się ze względu na poszczególne utwory niż całość. tu są tylko dwa, ale trwają ponad 20 min. nie jest to nic nowego po prostu taneczna elektronika, która sprawia wrażenie już, gdzieś zasłyszanej.







tame impala - lonerism

ukłon w stronę lat 60 tych. debiut był bardziej rockowy, choć nie unikał przebojowości. tu więcej przebojowości niż rocka. projekt ekstaza lub jak kto woli tęczowy rock. znajomi mówią, że dużo w tym substancji psychoaktywnych – i chyba to sprawia, że fajne pomysły zamiast się rozwijać przeżywają samozadowolenie i kończą się na nieco nużącej mantrowości. nie pozbawione jednak uroku.




ty segall band - slaughterhouse

wreszcie coś bardziej drapieżnego i brudnego. psycho-narkotykowe figle. garażowy brud i sprzęgająca gitara. jeżeli psychodelia to znowu ukłon w stronę minionych lat. szkoda, że prawie nic z cięższego grania, które nie cofałoby się w czasie po inspiracje nie jest mnie w stanie zainteresować. tutaj ujmują pomysły, które mimo założonego minimalizmu fajnie wyciągają tę muzykę ponad garażową przeciętność.



xxyyxx - xxyyxx

początkowo moja płyta roku. ponoć mobilizuje umysł i serce. nieśpieszne i gęste z drugiej strony ulotne i bardzo delikatne granie. zagłębienie w kobiecą naturę, ale tę bardziej leniwą. mam wrażenie, że do tańczenia na siedząco. kolega wojtek powiedziałby, że do trawienia. od pierwszej do ostatniej nuty utrzymana w chilloutowym stylu i raczej nie retro.





om - advaitic songs

czasu symfo/folk/metalu mam już za sobą. a tutaj niespodzianka. nie słuchałem poprzednich płyt. ponoć były bardziej minimalistyczne. zdarza się, że muzykom udaje się wyjść ponad gatunek, z którym mają na co dzień styczność. mam wrażenie, że na tej płycie właśnie to się stało. ujmujące prostotą aranżacji, gdzieniegdzie śpiewem, rytmem, brakiem przepychu w orkiestracjach i przede wszystkim gitarową miazgą.

wtorek, 22 stycznia 2013

o poście bartosza sadulskiego


pierwsze krytyczne spojrzenie na tekst przeżywa gary lineker (prehistoria chyba jeszcze głębsza niż kurt russell w „death proof”), nieśmiertelna fuga paula cellana i przejrzysta fraza ciągnięta do samego końca. na poziomie tekstowym liryka ta droczy się z kulturą pop i chce utrzeć nosa utrwalonym leksemom – np: znaczeniu słowa „przejęzyczenie”, autor nadaje erotyczny kierunek. dalej może być tylko śmieszniej i jest: „jak trwoga to do boga, bo nie dermatologa” – co dowodzi, że wcale nie trzeba się wstydzić rymów żeńskich i znajdować odpowiedniego patrona trosk. zastanawiam się kiedy w akcie szczerości, któryś z młodych poetów uczyni lekarza okresu dojrzewania adresatem swego wiersza (bardzo możliwe, że tak już jest). jestem na stronie 13 i dochodzę do wniosku, że utwór tytułowy, a zarazem reklamujący tomik na stronach księgarni nie jest wcale taki zły, w odniesieniu do wcześniejszej zawartości - "przepraszam nie chciałem być tendencyjny/ chłopcy naprawdę gniją nim zdążą dojrzeć/ na zawsze pozostają racjonalni jak google/ i zawzięci na pis/". ale i tu mam dylemat; czy dostrzeżenie racjonalności u chłopców to nadwrażliwość autora czy już zawiedziona perspektywa homoerotyczna?



mimo, że nie przekroczyłem jeszcze 20 strony słowa bóg i śmierć pojawiły się już dwukrotnie. skoro wyznanie wiary się dokonało, nadchodzi pora, by znów oddać się rzeczom śmiesznym, a tych dostarczą smutne dziewczyny, nieweseli chłopcy i studenci politechniki, którzy śmierdzą bardziej niż uniwersytetu. w „don’t kill the nightlife on your road” pojawia się batman, a jak wiadomo jego przybycie musi sprawić, że świat przedstawiony w wierszu zostanie uratowany, jak jeże na wylotówce z krakowa (to bodajże odnośnik do wysokich obcasów i pana, który robił to „bo po to ma rękę i rozum” – na marginesie to moje ulubione ssaki i lubię jeszcze wieloryby).


i kilka mniej lub bardziej ważnych uwag: tomik nie ma tej fajnej okładki, która jest w katalogu wyd. biblioteki poznańskiej. zamiast ładnej blondynki jest szkaradny napis „post” na niemniej szkaradnym, pomarańczowym tle. uwaga druga: wiersz na stronie księgarni nie zachęca do zapoznania się z całością. przynajmniej takie było moje pierwsze wrażenie. uwaga trzecia: „implozja” i inne wiersze z debiutanckiego arkusza poety przypominały mi sposób pisania podpatrzony u przemysława witkowskiego (do tego obaj wyglądają jak bliźniacy dwujajowi), a korektą wspomnianego zajął się roman honet, więc powielenie modelu wrocławskiego wisiało na włosku. uwaga czwarta: Liczba stron się zgadza = 40.

niedziela, 20 stycznia 2013

tomasz pułka - cennik


książki tomasza pułki sprawiają mi sporo radości i nieporównywalnie mniej kłopotu, chociaż o ten drugi autor zawsze bardzo zabiega. od czwartego tomiku te proporcje odwróciły się. dokładnie od "zespołu szkół" mam wrażenie, że ta poezja "zmęczyła się". mniej lub bardziej ustaliła się forma zapisu - na niekorzyść - zbanalizowała wymowę, zubożyła pole pojęć i tematów. o "zespole szkół" adam wiedeman pisał: "pułka już pisze tak dobrze, że może pisać niedobrze, a i tak jest dobrze". właściwie dlaczego? skoro zniknęła umiejętność spajania słów o rzadkiej frekwencji, finezyjne wyplątywanie się z retorycznych banałów i spostrzeżeń. o ile karol maliszewski w "inwazji i innych wierszach" dawał się uchwycić w "psycho-fizycznej" substancjalności (bardzo czytelny w stosunku do siebie, osób trzecich, problemów, etc.) o tyle pułka zachowywał daleko posuniętą efemeryczność. gro z tych wierszy mogłoby zostać wyrzucone przez maszynę, posługującą się kluczem średnich i dalszych skojarzeń, tak żeby pozostawić styczność z głównym tematem. tematem lub, żeby być precyzyjnym, fragmentarycznym sensem ujawniającym się wewnątrz wiersza. 


tyle o "zespole szkół". w wydanym niedawno "cenniku" podobnie jak w poezji sprzed okresu wspomnianego wydawnictwa (m.in. paralaksa w weekend, mix tape) zalęgło się sporo zagrań, które z abstrakcji, bardzo subtelnie, przenoszą w konkretnie ustalone sytuacje (w tym inicjowane przez mówienie). niestety te momenty nie trwają zbyt długo. sporo tu fraz, które absorbują wyłącznie niecodziennymi zestawieniami i porządkami gramatycznymi. mimo tego mam wrażenie, że jest to próba pisania, która nie chce się narzucać - wyczekuje u czytelnika atencji. poza tym "cennik" emanuje większym wyczuciem i kreatywnością w obrębie ustalonej w poprzednim tomiku dykcji (większość wersów zredukowana do prostej konstatacji tamże drażniła, tutaj jest wyselekcjonowana z zasobniejszego zbioru przeżyć) np. "przed snem czytam gazetę i śpiąc pracuję w gazecie,/rano się budzę pod drzwiami. podnoszony, rozkładany" (ukraina (5)). nie zniknął ten sam pomysł na budowanie zdań w oparciu o strumień świadomości, aliteracje i lingwistyczny respirator podtrzymujący życie strof. "/ten wiersz nie wywodzi się z żadnej tradycji > nic dookoła, nic bez cudzysłowu/". gdzieś tak w połowie lektury pojawia się coraz więcej pozrywanych trakcji logicznych, niegramatycznych zabiegów. jeżeli czyjaś definicja pisania byłaby tu bliska, to chyba roberta rybickiego: "chodzi o szaleństwo i technikę./ nie żadna tam poezyja i dobro".