środa, 28 października 2009

falstart onodysei z jarkiem kaczmarkiem

przedwczoraj pisałem, że już w najbliższy czwartek tj 29.10.09 postaram się przekonać mojego gościa, aby opowiedział na antenie, co najmniej jedną z erotycznych bajek jaka składa się na projekt "departamentu poszukiwań rozkoszy doskonałej". do spotkania nie doszło z przyczyn niezależnych. mam nadzieję jednak, że stanie się ono realne w niedługim czasie.
po krótce, jarek kaczmarek jest opowiadaczem - tzn. na co dzień para się tą profesją, jak o niej mówi: "w dzisiejszym świecie nową, a zarazem starą jak świat". jest członkiem i współzałożycielem grupy "studnia o", która zajmuje się zawodowym opowiadaniem bajek dla dorosłych i dzieci, historii zasłyszanych i autorskich. i jak się okazuje na tego typu działalność jest duże zapotrzebowanie, dlatego wraz z upływem czasu stało się ono dla niego i jego kolegów stałym zawodem. sam kaczmarek pisał kiedyś o innych, teraz inni piszą o nim. jeżeli nasze spotkanie dojdzie do skutku mam nadzieję, że uda mi się przełamać barierę, którą opowiadanie w typowych dla siebie warunkach (otwartym audytorium) przekracza na samym wstępie, tzn. barierę nagłośnienia i mówienia do jednej osoby. (ewentualnie do ściany z radiowymi informacjami). tym bardziej, że jak mówi sam artysta, w wywiadzie udzielonym dla marty chowaniec z ngo.pl "niezwykle ważna jest interakcja z publicznością. zwykle nie ma żadnych barier typu nagłośnienie i scena. wzbudza się emocje, uwrażliwia paradoksalnie zmysł smaku i węchu. tworzy się atmosferę spotkania, a nie widowiska". w warunkach studyjnych może oznaczać to większe stonowanie przekazu, kameralność, ale nie zapeszajmy. obecnie jarek kaczmarek pracuje nad "festiwalem sztuki opowiadania" w instytucie teatralnym, dla którego przygotował opowieść o garrinchy - legendzie futbolu. czyli samba, piłka, erotyka (znów) i śmierć. na co dzień poszukuje kamienia "opowieści współczesnej" tzn. źródeł tradycyjnych form opowiadania z tematyką dotykającą współczesnej wyobraźni. (stąd chyba motyw garrinchy - sic!)
jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, to w audycji mogliście usłyszeć utwory z niżej recenzowanej płyty, a więc "euscorpious carpathicus". tak na marginesie jej nazwa odnosi się do jedynego gatunku skorpiona, który możecie spotkać w karpatach właśnie. niekoniecznie magicznych.

nota uzupełniająca:
w opowiadaczy we wczorajszej audycji wcielili się: bartosz waglewski i grzegorz kaźmierczak, udzielając swych głosów zarejestrowanych na płytach "wielki ciężki słoń" i "nowy materiał", niestety nie na żywo. zapowiadany gość, to już wiecie, z przyczyn niezależnych, nie mógł pojawić się w studiu. postaram się jednak, by to spotkanie wkrótce się urzeczywistniło.
wczorajsza setlista obejmowała trzy utwory karpat magicznych: "fishyfish", "lavender, satin & gingerbread" oraz "pawpaw girl". co do pozostałych utworów, były to: "wiśnie" tworzywa sztucznego, "eeilo" miry calix z ambientowo-fortepianowej płyty "eyes set against the sun", "andy kolorą" variete oraz "melancholy station" strange attractor. utwór "fishyfish" karpat zastąpił "welcome table" grupy super numeri, z którego odtworzeniem miałem nie lada kłopoty.

wtorek, 27 października 2009

karpaty magiczne - euscorpius carpathicus

muzyka przygotowana według magiczno - kulinarnej receptury. sporządzona nie w oparciu o tradycyjny przepis, a eksperyment w kuchni, tzn. w studiu ekscentrycznych potraw na bazie dźwięku. wszystko to przyrządzone na palenisku usytuowanym w sektorze za siódmą górą , za siódmą doliną… przepis dotyczy preparowanej gitary, wibrafonu, klarnetu, fletów pastoralnych, saksofonu, różnej maści przeszkadzajek i elektronaliów składających się na danie o nazwie karpaty magiczne. ósma propozycja tego projektu sygnowana nazwiskami anny nacher, która w tej przestrzeni muzycznej zajmuje się także śpiewem oraz marka styczyńskiego snuje opowieść z pogranicza jawy i snu, etniczności i kosmogonii, obrzędu i magii. całość zaczyna pulsująca linia basu podawana wprost z sekwencera, która do końca będzie użyźniać poszycie tej dziwnej przestrzeni. jeżeli są tu żywe postaci, to raczej te przypominające, hatifnatów z doliny muminków. bez nóg i lekko nad ziemią. muzycznie karpaty magiczne zdają się eksplorować geografię gór i ich folklor, odkrywając go od strony instrumentalnej, a rezygnując z odniesień do słownych podań. pomniki przyrody mają tu swoich onirycznych strażników, turnie i łąki zachowują mangrowość, stawy parują ukrywając metardzenne zachowania okolicy… w sferze inspiracji wspomniałem o odwołaniach dźwiękowych, a nie lirycznych, gdyż te ostatnie są zapisem czegoś, co nazwałbym duchowym oczyszczeniem. teksty, bo o nich mowa, ocierają się o retrospekcję dzieciństwa wraz z tematem ukrytej dziewczynki, a w przypadku utworu „water on the hill” penetrują obszar, w którym dokonuje się mała apokalipsa. jest ona związana z wizją rozstąpienia się ziemi, co powoduje naturalny odruch strachu. jak pisze wokalistka „wyposaża nas w ból”, przez który tracimy całkowitą zdolność percepcji. ale ten tekst jest również zapisem niemalże odrealnionego pogodzenia się z tym stanem. poszukiwania etniczne muzyków często krzyżują się tutaj z surrealnymi. w gęstych, prawie wełnianych utworach jest miejsce na piskliwy saksofon czy mantrową gitarę grającą oniryczne, rozbudowujące się cały czas frazy. progresywne etno, neofolk, avant pop, magic pop? trudno jednoznacznie określić. jak przedstawia okładka płyty nawet warzywa mogą mieć tutaj niespotykane, opancerzone kształty.

utwór „amp ass” to nieco inne, bardziej przytłaczające oblicze zespołu. post noise, w którego jazgotliwej kakofonii unikalnie udało się ocalić krystaliczność każdego dźwięku. każdy pisk, tarcie czy zgrzyt ma swoją tożsamość. jest to muzyczna opowieść o chorobie lub co najmniej stanie podgorączkowym, na jaki czasem zapada to miejsce. niepokojące, jeżeli wyobrazić sobie np. roślinność, która przeżywa proces odmienny do kwitnięcia i zamiast wzrastania ku górze chowa się w ziemię. z kolei „water on the hill ultimate” to zaczyn ethnocore’u. tak wyobrażam sobie ten styl, gdyby istniał. zaraz, zaraz przecież właśnie o nim mowa. projekt karpaty magiczne to nie tylko dziwne odgłosy przyrody ożywionej lub nie, ale też etniczny zryw powołany przez brudną, nieco rzężącą linie basu, szybki puls i przekomarzające się instrumenty dęte. ethnocore to twór wprawiony w ruch przez członków tejże grupy. przed „euscorpius carpathicus” trzykrotnie spotykali się oni pod tym szyldem. z mojego punktu widzenia na tej płycie zabieg ten trochę niepotrzebny. sam utwór „amp ass” był dla mnie wystarczającym wyrwaniem z i tak bardzo oryginalnej konwencji. ale „euscorpius carpathicus” to ogród powołany do życia na terenie karpat magicznych, a nie w centrum warszawy przy ulicy mokotowskiej, więc pozostanie w takiej formie, jaka została mu nadana. gdybym jednak miał dostęp do dokumentacji nutowej tego przedsięwzięcia, na chwilę przed jego powstaniem, strona z „water…” zginęłaby w niewyjaśnionych okolicznościach. jeszcze na koniec o epilogu. dostajemy w nim "polskiego konika alternatywnego". taki dwugłos zwieńczający to dzieło - wypowiedziany z dziecięcą przekorą na temat wadliwego prezentu od mamy, cytuję: „mama mnie kupiła konika. konika bez noga ma. ki gi gi, ki gi gi, konik bez nogi. otóż „euscorpius carpathicus” do takich produktów nie należy. dlatego zachęcam do otworzenia tej tajemniczej księgi urodzaju, i zapoznania się z oniryczną żywotnością gatunków zagrożonych i unikalnych, transcendentalnego zoo, które nawilża specyficzny deszcz, a karmi słodka mgła.

poniedziałek, 26 października 2009

produkt sary brutto

czekałem. we wtorek, środę i czwartek mijał termin... przydatności do bycia razem. jestem produktem zalegającym w swoim pokoju. mam już nieaktualną etykietę. mogę zostać jeszcze podgrzany lub ewentualnie przeznaczony na pokarm dla psów. przyjaciele, w tym monika i michał mówili mi, że zasługuję na lepszą dystrybucję, chcieli włożyć mnie do troskliwszych rąk. i wcale nie musiałbym potanieć, wręcz przeciwnie. dlatego postanowiłem, jak przystało na towar w miarę dobry, że napiszę notę do potencjalnego nabywcy, iż wybrałem eksport na wyspy lub do krajów skandynawskich. uważam się za wyrób o podobnym standardzie przez wzgląd na fakturę i kolor opakowania. jakością przestanę odstawać, gdy dostanę etykietę (może certyfikat) w tamtejszym języku. albo nie, napiszę, że zostałem wypożyczony za lepszą cenę. ona mówiła, że nie miałaby, nic przeciwko, gdyby ktoś mnie napoczął. ona nie musi mieć całego produktu, dlatego ktoś, kto obcowałby z czymś w miarę niezłym (w domyśle ze mną) nie zabrałby jej przyjemności, której teraz nie chce. zastanawiam się, nad kryteriami takiej decyzji? może ma wyrzuty, że napoczęła inny produkt w międzyczasie? ale wyrzuty z tego powodu są tak prawdopodobne, jak to, że klient niezależnie od płci zrezygnuje z towaru, gdyż stwierdzi, że nie ma wystarczająco wyrobionego podniebienia, aby go zakosztować. być może sądzi, że częściowo napoczynany, podtrzyma swój marketing, a tym samym wyeliminuje zjawisko irytacji, związane z tym, że ona nie napoczyna go. bo dbając o markę zapewni sobie popyt, zastępstwo (lub wiele zastępstw). czy to prawdopodobne, że spotkałem osobę, która przez złe wybory z przeszłości, nie objętych recyclingiem myśli, podjęła decyzję, że dopóki ich nie pogodzi, pozwoli mi na swobodną wymianę płynów organicznych pod niebem warszawskim i innym lub stropem warszawskim i innym, lub w innej okoliczności przyrody ożywionej lub nie pod warunkiem, że nie zerwę z nią kontaktu? chyba urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą. jestem na powrót synem ocalonego przez sawę, rafała wojaczka, od których dostaję w spadku dostęp do planów surrealnej warszawy. kobiety wiedzą jak dbać o produkt. jak się nim cieszyć i sprawić, by się nie przeterminował. czasem myślą, a nawet na głos: "nie widzę cię jako swojego kolegi, nie widzę cię też jako przyjaciela... tylko teraz cię nie wezmę, bo cię nie potrzebuję, tzn. nie potrzebuję tego. ale wiedzą, że mężczyzna jest produktem przeznaczonym dla potrzeb. niezależnie czy indywidualnego, czy masowego klienta, na pewno bardziej niż emocjonalnie zamaskowanego.
jest niedziela. sklepy monopolowe są bezpieczne. powódź nie rozprzestrzeniła się na mazowsze. komuna otwock wyczerpała formułę, i do końca listopada będzie robiła duchowy bilans zysków i strat. wybiorę się. popatrzę na duchową egzekucję.

piątek, 23 października 2009

onodyseja czwartek 22 października

audycja o sławku elsnerze. wybrałem cztery wiersze: "stonowany", "ten człowiek", "proces" i "piosenkę pijaka II" ze wstępem w postaci pointy z "piosenki pijaka I". jeżeli chodzi o trzy pierwsze, zainteresowanych odsyłam do strony biura literackiego, stamtąd ściągnąłem je sobie w postaci audio. odtwarzają one zapis występu poety podczas zeszłorocznego portu literackiego, który miał miejsce we wrocławiu. zresztą pierwszy raz pokusiłem się, oczywiście prócz zapraszanych gości, by zaprezentować żywą poetycką mowę. jako poeta osobowość niezwykła. wyobcowana, inna. nie wiem nic o jego życiu prywatnym. z wywiadów udało mi się ustalić, że ma dziewczynę i uprawia życiopisanie. zatem obie z dziedzin chce zbliżyć. grzegorz wysocki górnolotnie zauważa, że gdyby romantycy byli minimalistami, to... słowacki, pisał by w stylu elsnera. to nie mały komplement. poezja odtłuszczona? zastanawiam się kiedy ostatnio sięgałem po starą poezję? zużyte słowa, tak myślę w tej chwili. ludzie, którzy próbują przekonać do jej aktualności, raczej nie konfrontowali jej nigdy z poezją młodą, z osobowościami pokroju mariusza więcka, romana honeta, adama wiedemana, piotra pawlaka, marcina cecko czy nawet marcina świetlickiego. wiem co piszę, bo przebyłem kilka rozmów z wykładowcami, którzy pytali mnie czy warto nabyć antologię młodej poezji dokonanej przez tadeusza dąbrowskiego innego, świetnego poety. sam język jako nośnik doświadczeń wykazuje przepaść między starą i nową szkołą. co do problematyki, niekoniecznnie. oczywiście przyjmując, że istnieją wartości, które nie ulegają przewartościowaniu. ja w to nie wierzę. owszem czasami powracam do miłosza, awangardy krakowskiej czy rimbauda, tak samo jak do muzyki gotyckiej. świetnie, że one są. bez nich nie dokonało, by się przejście. ale współczesność jeszcze nigdy nie dezaktualizowała się tak bardzo na naszych oczach. czytając czy słuchając zamierzchłych rzeczy, raczej słyszę szeleszczące dialogi niż powracający sentyment. dlatego cieszy mnie, gdy elsner mówi, że jeżeli chodzi o uczucia, to ośrodkiem utrzymującym ciepło jest głowa, bo serce już dawno zwichnęło nogę. każda epoka przechodzi spacer od serca do głowy, ale np. u elsnera po kontuzji tego organu, nie ma odwrotu w tym samym kierunku, następuje przeniesienie do głowy. jeden organ zawodzi, korzystam z innego. mówiąc, że elsner "wchłania świat i oddaje go w zmienionej postaci" inny krytyk grzegorz jankowicz nie odkrywa niczego nowego, prócz rozpoznania, że ta poezja zbliża się do twórczości rafała wojaczka. elsner mówił, że często przekraczał granicę, którą przebył wojaczek, ale zawsze wiedział kiedy wrócić... aha i moje spostrzeżenie, w jednym z wierszy elsner pisze: "może ktoś mnie wykrzesał, czyszcząc blachę z rdzy?" to plus pojawiający się w "stonowanym" motyw przenoszenia uwagi na wiadro i dozorcę wysypującego piach na schody, by w końcu stać się i wiadrem i tą czynnością, jest dla mnie spełnienie słów rimbauda, "albowiem ja to ktoś inny. gdy pewnego dnia blacha przebudzi się jako trąba, nie będzie to jej zasługą... błędem byłoby powiedzieć myślę. powinno być: jestem myślany". poniżej zapis odczytu sławomira elsnera podczas portu we wrocławiu z 2008 roku z muzyką mikołaja trzaski i psychowizualizacjami dariusza zarasia. ten jak i wiele innych klipów poetyckich znajdziecie na, http://www.biuroliterackie.pl/
video

pauwels franck namiętność

bezsenna niedziela rozmnożyła się na poniedziałek. jest 3:53. kamienica zombie, jakby odcięto prąd. cisza jak makiem zasiał. wszyscy są już ubrani na biało i niewinni. ktoś odchodzi ze świecą w kamienicy naprzeciwko przez długi i zimny korytarz. natrętny obraz przez, który nie mogę spać. jak lokatorowi polańskiego zdaje mi się, że cała kamienica oddycha, i zaraz przewróci się na bok. zastanawiam się jak daleko mam do szuflady, do bezcennych połaci traw... tam jednorożce odziane w stroje z reserved obmyślają dostęp do mlecznej drogi. kiedyś usłyszałem, że jakoś należy pomagać wyobraźni, ale ja wolałbym osiągnąć fazę rem. jeżeli chodzi o moje łóżko chyba dokonały się jakieś roszady. prześcieradło marszczy się w złych miejscach, słychać szelest kołdry i skrzypienie belek. namiętność pauwelsa francka jest daleko na półce i w dodatku zdaje się być już nieczynna o tej porze. zresztą nie chodzi o godzinę tak naprawdę, ale niemoc zerwania z myśleniem o ułudzie sztuki. Jeżeli chodzi o fotografię, istnieje duże prawdopodobieństwo udania się w sfotografowane miejsce, o ile jest się w stanie je rozpoznać. sztuka, w tym surrealna to wędrówki wyłącznie w głowie lub za pośrednictwem wszelkiej maści sennych agencji. jeżeli chodzi o obraz francka, przedstawia on, pary nagich kochanków w krajobrazie. rzecz do pomyślenia, z realizacją tej wizji już trochę gorzej. w kolekcji habsburskiej obraz ten został opisany jako "jeszcze jedno nagie malowidło, na którym mężczyźni i kobiety spółkują ze sobą", ale krytycy w tym otto kurz dostrzegają "pełną harmonii, niczym nie zakłóconą miłość wieku złotego, który był także epoką całkowitej swobody seksualnej". wiek złoty, srebrny, spiżowy i żelazny a na końcu światłowodowy. jestem za cykliczną powtarzalnością tych zjawisk i utrzymaniem wyrafinowanego spełnienia w pewnych pozycjach i grupach. dwa puttony w lewym, dolnym rogu poniżej zbliżającej się intymnie pary, przypominają mi sekwencję zdjęć ze współczesnej wystawy zorganizowanej kilka lat temu przez csw. jeżeli swoboda seksualna obejmuje również obecność (nie uczestnictwo) młodych ludzi, to dochodzę do wniosku, że obieg zachowań z XVI wieku jeszcze nie wrócił. prócz wspomnianej wystawy w csw i zdjęć matek roku, które niedawno obiegły niektóre strony internetowe. tym ostatnim brak niestety wyrafinowania w nie skrępowaniu seksualnych praktyk. ale wracając do tematu, kobiety na obrazie francka mają rubensowskie kształty, a każda z nich ma spięte włosy. popęd utrzymuje się tu w formie godowej impresji. nie ma przymusu, ani gwałtowności. w centralnym punkcie obrazu dumnie pręży się pień drzewa podtrzymujący baldachim z luźno narzuconego nań pomarszczonego materiału. skarpa, z którego ono wyrasta przypomina nieco męskie testis lub orchis (jak kto woli). miejsce sprawia wrażenie botanicznego łona. zresztą niedaleko drzewa, o którym pisałem znajduje się eliptyczny prześwit, z widokiem na zatokę, a dalej góry. jasność sprawia wrażenie jakby miała zaraz wtargnąć do środka niosąc jeszcze większy potencjał seksualny. na początku wspomniałem o ułudzie sztuki, bo dzisiaj w nocy mam do niej utrudniony dostęp. jeżeli chciałbym zaaranżować całą sytuację potrzebowałbym sześciorga zaznajomionych par, plus dwoje dzieci w wieku do lat czterech płci męskiej. pozwalając sobie na większą swobodę powinienem właściwie poprosić o udział dwojga dzieci obojga płci. pary dorosłe powinny dysponować nienaganną znajomością sztuki miłosnej z tendencją do pozycji tantrycznych. kilkanaście metrów kwadratowych sukna w trzech odcieniach: niebieskim, bordowym i pomarańczowym, a także odszukać port w okolicach antwerpii i zsynchronizować wspólny czas. a dalej już tylko bukolika ciał. zaczynam ekscytować się. to tak apropos ułudy sztuki i jej filigranowości, figlarności... rafineria biologiczna idzie w ruch, a i tak niespożytkowane substancje dzisiejszej nocy rozpuszczą kwasy. opasły tom od giorgiona do rubensa ląduje na podłodze. duchowość ustępuje biologii. czas przewietrzyć myśli.


pauwels frank "amori": reciproco amore, 1585 rok

środa, 21 października 2009

świetlikarnia

...wystrój słów "ogród koncentracyjny" jest dla mnie ciekawszy, a jego estetyka zapisana na kartce robi na mnie większe wrażenie od kilkuset gitar wmontowanych w ścianę, baru, balkonu i całego tego kiczu wewnątrz hard rock cafe. dzisiaj będzie o koncercie świetlików z 13.10.2009


Świetliki są… wyraziste w ciemnych miejscach. Starzy, piękni i bogaci, a przy tym wyraziści cały czas. No, może z wyjątkiem perkusisty, ale on do tego zapewne nie jest bogaty, bo jeszcze ma czas. Jako, że o koncercie rockowym będzie mowa, chciałbym przywołać postać Jimiego Hendrixa. Jednym z atrybutów jego gry była umiejętność wydobycia wielu odcieni z jednego dźwięku. Marcin Świetlicki posiada podobną umiejętność, z tym, że w posługiwaniu się słowem, „złe mi się, złe mi ssie”. To tylko początek dbania o wyrazistość. I za nią należą mu się niemałe brawa. Przywołane fragmenty ze „Źlenia” z podtytułem dla Nosowskiej otworzyły występ jego macierzystej formacji we wtorkowy wieczór w warszawskiej „Hard Rock Cafe”. Wcześniej w nieco odmienionym składzie, w stosunku do koncertu sprzed roku wystąpiła Paulina Bisztyga. Niegdyś sięgnęła po laur Grechuty dla najlepszej wokalistki, obecnie wraz z zespołem koncertuje nie tylko w macierzystym Krakowie. Szeleszczący hi-hat, dwie gitary i wokal. Nieco nosowy śpiew i synkopowano-swingujący rytm. Dobre wrażenie i zasłużone oklaski. Co poza tym? Jeżeli chodzi o teksty obracają się one w sferze nowej poezji i jazzu. Niestety z miejsca, z którego obserwowaliśmy, wespół z redakcyjną koleżanką, występ, a więc jakieś dziesięć metrów od sceny wokal stawał się wyłącznie jednym z instrumentów. Co najwyżej mógłbym go pomylić ze skatem, z którego co jakiś czas wypadają artykułowane, pojedyncze słowa. Skąd, zatem wiem, że zostały stworzone w upoetyzowanej konwencji? Z występu, który odbył się niespełna rok temu. Z jednej strony wina leży po stronie nagłośnienia, z drugiej gwaru idącego od stolików i baru. Występ mimo to odegrany bardzo profesjonalnie, ale nieprzeżyty do końca. Po nim chwila przerwy i rozstawianie nowych instrumentów. Mamy ze sobą sprzęt nagraniowy z chęcią przeprowadzenia wywiadu z Marcinem Świetlickim. W międzyczasie odwiedzamy bar ironizując, że status miejsca bardzo łatwo rozpoznać po cenie piwa. (Tutaj uprzedzam płeć męską, aby nie porywała się z zaproszeniem na tenże lub inny trunek alkoholowy płci przeciwnej mając dwadzieścia złotych w kieszeni) No, ale my mieliśmy więcej… przynajmniej moja redakcyjna koleżanka. (Wielkie dzięki Julka) Przy stoliku układamy pytania, które chcemy zadać wokaliście. Wreszcie zaczął się. Z balkonu odbiór jest dobry, ale drewniany jak stół, przy którym siedzimy. Nie zmienia to faktu, że spędziłem tam połowę setu, poczynając od „Źlenia”, „Starych, pięknych i bogatych”, „Oplutego”, którego wykonaniu towarzyszył gość specjalny, aż do „Chmurki”. Występ Marcina Świetlickiego zdawał mi się bardziej naturalny niż rok wcześniej. Może to kwestia oswojenia się. Wyczerpania repertuaru neurotycznych gestów. Nie wiem. Poprzedni zdawał mi się, jeszcze przy sprawdzaniu sprzętu jedną wielką pozą. Świetlicki udawał, że mówi do siebie, czasem do swej ręki, opadał bez sił na krześle, „po artystowsku” odpalał papierosa jednego za drugim. Miałem kłopoty z przebiciem się przez ten teatr do tkanki słów. Tym razem jednak klimat był bardziej kameralny i interakcja na linii wokalista – publiczność bardziej stonowana. O uprzedzeniach względem odbiorcy nie muszę chyba pisać nic ponadto, iż Marcin Świetlicki nie wierzy we wrażliwość potencjalnego słuchacza lub czytelnika. To w pewien sposób ustawia obopólną relację na koncertach. A, że Pan Świetlicki podczas występów trafia na osoby, o niekoniecznie mniejszej inteligencji, staje się to polem do ciekawej polemiki. Nie ukrywam, że umie on cedzić, wykrzykiwać, bulgotać, a nawet obłaskawiać słowa precyzyjnie dobierając akcenty. To jeden z ciekawszych przejawów melorecytacji, w której wieloznaczność tekstu nie cierpi ze względu na wykonanie. Co do tego jestem pewien. To, co po raz drugi uderzyło mnie w koncercie Świetlików, to obecny nerw przekory, niby ludzie reagują podobnie, tzn. recytują utwory, (co zawsze spotyka się z ripostą wokalisty typu: „proszę nie śpiewać, ja znam swoje teksty” lub „proszę nie śpiewać, nie jesteśmy budką suflera”), zapalają papierosa wraz z wokalistą (Wyobraźcie sobie tę sytuację w zestawieniu z tekstem „Wonder Szponder” – „Mam dziewiętnaście lat i chcę mieć pana osobowość” O zgrozo!) a i tak pozostaje pewne niedopasowanie, niedomówienie, emocjonalny zgrzyt. A Pan Marcin Świetlicki umie o to zadbać. Podczas koncertu zdarzyło mi się, że kilkukrotnie wpisywałem tytuły kolejnych utworów w telefonie, notuję: „cover a. lennox z tekst. o misiu, ktory mial krew na futrze, nie przeszedl ze wzgledu na artystow, którzy doszukali sie lamania praw zwierzat” To powód, dla którego Świetlikom odmówiono wykonania „coveru” grupy „Eurythmics” – słyszę ze sceny. Później zapisuję „dm i personalny mis”. Używanie telefonu w sytuacji koncertu może deprymować artystę. Pamiętam, bodajże, podczas wykonywania rzeczonego utworu „Depeche Mode” obrócenie się wokalisty na pięcie i nonszalanckie strzepywanie tytoniu, cały czas na scenie, ale w kierunku publiczności. Rozumiem, że jest sztuka, bo są Świetliki i jest publiczność. Nie mam, co do tego żadnych wątpliwości. Wiem, że ta relacja czasem wygląda również tak, są Świetliki, jest publiczność i jest sztuka. A cała interakcja związana z zamianą tych ról zaświadcza tylko, że okoliczność występu cały czas jest żywa, nie pozwala na szablon zachowań. Słowem nic nie jest i nie powinno być przewidywalne na koncercie kapeli tego formatu, zarówno w reakcjach muzyków jak i fanów. Dlatego też reakcję wokalisty odbieram na zasadzie bodźca i reakcji. Zaistniałą sytuację odebrał jako znudzenie publiczności, gdyż sięga ona po telefon. Zatem wykonał gest z papierosem, dał jej prztyczka w nos. W tej relacji pominąłem nieco setlistę, choć oczywiście na nią zerkam, ale w zamian pozwoliłem sobie na swobodę myśli i wrażeń.

Na koniec jeszcze fragment o najciekawszych dla mnie utworach, które utrwaliły się we mnie podczas występu. Jest to wybór subiektywny, w którym proszę uwzględnić kilkukrotne zachwianie percepcji. Nie sposób, bowiem wytrzymać intensywności przekazu, który trwa ponad dwie godziny, a tyle właśnie trwał tamten występ. Zapamiętałem oczywiście utwór otwierający „Źlenie”. Charakterystyczna melorecytacja. Wulgarność w mimice twarzy, wypluwanie słów: „Dotknąłem złe. Złe jest szorstkie. Złe ma zgrubienia, guzy i krosty. Złe złe ma węzły i w źle źli się zły”. Wykonanie to nosi znamiona ciekawej i mrocznej teatralności, która ma chęć być prawdziwa. Poza tym „Opluty” z gościnnym udziałem Pablo Pavo z Vavamuffin. Wcześniej muzyk ten odwiedził studio pewnego radia, w którym udziela się obu panów z kapeli Świetliki. Wywiad i osobowość na tyle spodobały się panom Świetlickiemu i Dyduchowi, że postanowili zaprosić go do współpracy. Efekt okazał się piorunujący, tym bardziej, że partie bębnów w rzeczonym utworze bliskie są stylistyce raggae, którą to, na co dzień zajmuje się gość. „Kraków i Nowa Huta – Sodoma z Gomorą – z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem”. Tekst ten powtarza Pablo Pavo zamiast Gomorą śpiewając „Gomorią” i dodając jeszcze, że w „Krakowie wszędzie jest blisko”. To zaskakuje Świetlickiego. Zresztą zaproszony gość miał w tym utworze dość duży udział, bo napisał specjalnie do niego nową kwestię. Niezapomniane i nieco abstrakcyjne zostają z tej konfrontacji słowa o „bliznach z daszkiem”. Do najciekawszych utworów tamtego wieczoru dodałbym jeszcze „Korespondencję pośmiertną”. Liryczny, czy to w podziale na męską czy żeńską partię. Pozostaje w głowie. Na bis Świetliki zagrały kilka utworów, w tym „Małżowinę” wyłącznie na perkusję i wokal. Koniec utworu i angielskie wyjście. Po występach jeszcze przez około pół godziny czekaliśmy na Pana Marcina, aby zadać mu kilka pytań. Jako, że nie było humoru na wynurzenie z jego strony, skierowaliśmy się do wyjścia. Nie zostaliśmy jednak z pustymi rękoma, bowiem Marek Piotrowicz podarował Julce perkusyjną szczoteczkę…

Co do kolejnego występu Świetlików w Warszawie, to mam cichą nadzieję, że odbędzie się on już w innym miejscu. Zaczepność, zaczepnością, ale jestem ciekaw prawdziwej polemiki z fanami…

poniedziałek, 19 października 2009

śniadanie

mam coraz lepiej skadrowany sen. to zapewne przez późne śniadania, po które wstępuję do żabki, a które to zjadam w parku. od kilku dni na pierwszy posiłek kupuję: serek wiejski, dwie bułki dzisiaj z makiem oraz wiśniowo jabłkowy sok. z karoliną byliśmy bardzo blisko zaczęcia czegoś, co można określić mianem śniadania na trawie. ale urwało się to w bardzo krótkim czasie. przyczyną tego był nagły deszcz, który wyrwał nas z robienia zakupów w hali mirowskiej, które to mieliśmy ochotę spożytkować w parku saskim. byliśmy świeży i mieliśmy dużo czasu na animację codziennych czynności, które po pewnym czasie stają się tylko codzienne, ale różnią się tym, że widać je na tle koloru ściany w pokoju bądź kuchni. no, ale deszcz, który pokrzyżował nam plany mógł być nawet powodem naszej rozłąki. czasem, gdy jedna rzecz nie wypala to wszystko zaczyna się chwiać...
środa, którą mam za oknem nie mówi niczego prawdziwego o pogodzie. szare kadry i zasikany deszczem asfalt, dziecięce ćwierćnuty przerywane krótkimi pauzami i gołębie chłoszczące skrzydłami parapet. w pokoju jest duszno, ale wstrzymuję się z otwarciem okna przez wzgląd na dreszcz, który może mną przebiec wraz z napływającym z zewnątrz powietrzem. jest mi zimno. po chwili otwieram jednak i jestem zdziwiony - nie ma reakcji wymiennej. powietrze i pokój stoją naprzeciw, nawet nie mierzą się skalami temperatur, trochę skalą czystości. wkładam głowę w okno i dalej w powietrze. tlen schnie, a zaraz za nim woda na chodnikach, aż unoszą się mgły... nie jestem głodny, abyś przyszedł do mnie. to ja wyjdę po dary. napełnię torebkę produktami z listy, którą mam w głowie, a które składają się na proste śniadanie, o ile będzie mnie stać. pseudo suwerenny rząd w tbilisi, niedobór studni głębinowych w somalii, afera w cba urozmaicą mój dobrze skomponowany posiłek przyzwoitą myślą, trochę na zasadzie reakcji przeciwności odruchów społecznych, sprzężenia optymistycznego... daimonion ksztusi się, nadmiarem wyrobów nabiałowych, aż mówi: smacznego. nie ma za co i ty przecież musisz jeść.