piątek, 24 stycznia 2014

podsumowanie muzyczne 2013 (zestaw najczęściej słuchanych przeze mnie płyt w minionym roku)

1. Alameda 3 – Późne królestwo

Kuba Ziołek ma romantyczne podejście do black metalu. Ilość projektów sygnowanych jego nazwiskiem w 2013 roku była imponująca. Tym razem z malarskim wyczuciem (zanim łąki nawodni krew i wzrosną kwiaty zła) skomponował suitę dla zagrożonych i wrażliwych gatunków, których piękna nie należy kojarzyć z tekstyliami przywiezionymi z rajów podatkowych. Całość to akustyczna i elektryczna interferencja, pogłosy wprawiające w wibracje pierścienie planet odleglejszych od Saturna. Wreszcie wiem dlaczego ten twórczy potlacz artysta proponował przez cały 2013 rok, otóż chciał zdążyć przed Ragnarokiem, który wg kalendarza Wikingów przypada na 22 lutego 2014. 


2. O.S.T.R. & Hades – HAOS

Ten album to powrót do niezobowiązujących melanży (czytaj gówniarskich), na które wbijało się na krzywy ryj, nie mając nawet 5 zeta w kieszeni. Obok obowiązkowego truskulu, grubych bitów zdarzają się momenty chillowe (ale nawet leżąc do góry jajami na hamaku, duet nie luzuje się na tyle, żeby stać się towarzyski). A gdy się staje jest do bólu przewidywalny i stereotypowy. Niestety w większości projektów hip-hopowych tak i tutaj miłość to sacrum, a kobieta to dziwka. (Ogarnijcie bałagan na strychu chłopaki). Nie da się ukryć, że OSTR jest o całe niebo bardziej kreatywny od Hadesa i lirycznie ciągnie projekt. Niewyparzony język sprawi, że co bardziej wrażliwsi chwycą się za głowę, a dzieciaki w gimbazie będą złowrogo podśpiewywać do siebie: „Twoja twarz, wiary brak, mówi wszystko w tym tonie, że w spodniach zamiast jaj ukrywasz kogel-mogel”.

3. The Bartenders – Szumna Session

Nagranie dokonane przy ulicy Szumnej w Wawrze przez muzyczne combo z udziałem wielu znamienitych gości, m.in. Dr. Ring.Ding, Duże Pe, Daniela Bromana. Po inspiracje muzycy wybrali się na Antyle, łącząc powiew ska, jazzu i reagge, ale też na nasze podwórko sięgając po utwór „Kattorna” Krzysztofa Komedy (nagrany w dwóch wersjach: bardziej klasycznej i zmiksowanej z przejmującą partią trąbki). Utwory instrumentalne przeplatają się z kompozycjami wokalnymi (Polsko i obcojęzycznymi), jamajskie rytmy spotykają jazzowe improwizacje, a żywioł nierzadko układa się z dubowym relaksem. Jednak tego pierwszego jest tu zdecydowanie więcej.



4. Boards of Canada - Tomorrow's Harvest
Prostym narzędziem interpretacyjnym, które posłuży mi do opisu tej płyty będzie obraz, a właściwie 2 obrazy, bo mógłbym je mnożyć w nieskończoność; przy „Reach for the dead” mam dwanaście lat i wspinam się na Mount Blank, unikając przy tym towarzystwa niejakiego Kordiana, który chce mi coś powiedzieć o posągu człowieka na posągu świata. W „White cyclosa” czekam w korytarzu jednej z amerykańskich szkół na Winnie Cooper i zastanawiam się czy otworzyć paczkę m&m'sów, którą mieliśmy zjeść razem... Tak, zabiegi z downtempem, ambientem i idm doskonale służą do uzupełniania braków pamięci. 


5. Arcade fire – Reflektor

Opisując nowy album zespołu mam łatwiej, gdyż nie słuchałem wcześniejszych jego płyt. To jedna z kapel, których sposób promocji działa na mnie odwrotnie proporcjonalnie i depresyjnie. Im głośniej o niej słychać, tym mniej mam chęci na słuchanie. Nawet rzeźba Rodina na okładce, nie zachęciłaby mnie, gdyby nie kolega, który puścił mi utwór Reflektor. Piosenka spodobała się nawet mojej mamie, co znaczy, że mój gust muzyczny łagodnieje i zbliża się do radosnej homeostazy. Album wyróżnia się indierockową różnorodnością i wciąga wieloosobowym żywiołem. Debiut Arcade fire, którego posłuchałem na dniach, przy aktualnej propozycji, staje się zestawem piosenek dla smutnych ludzi. 

6. Darkside – Psychic

Muzyka, którą trudno zdefiniować. (Raz mi się zdaje, że to markowany elektroniką indie pop a, gdy włączam płytę od nowa, słyszę podrasowane avant popem samplery). Jest to album o nieregularnej długości utworów i dużej ilości zapożyczeń z różnych estetyk muzycznych. Otwierająca płytę, 11 minutowa kompozycja, rozgrywa się na pograniczu elektroniki kołysanej samplami wiolonczel, bardzo umiejętnie schowanym rytmem elektro oraz odrealnionym, wysokim męskim głosem. Nieśpieszność jest domeną wszystkich utworów. Stylistyka gry zmienia się wiele razy; w różnych konfiguracjach pojawia się gitara, klawisze, bardziej rockowy styl śpiewania, to znów następuje odejście w kierunku wyciszonego eksperymentowania i tak aż do samego końca.

7. Forest swords – Engravings
Trudno uwierzyć, że za projekt odpowiedzialna jest jedna, w dodatku bardzo młoda osoba. Mieszanka etnicznych podejść do muzyki, której miejsce geograficzne ciężko jednoznacznie określić (dla przykładu w utworze „Irby Tremor” rdzenne piszczałki natrafiają na arabską, smyczkową synkopę i gitarę rodem z westernu). Jest tu też miejsce dla chórów i różnej maści wokaliz, delikatnej dubowej psychodelii i przesterowanej gitary. Mroczne, klimatyczne, a zarazem delikatne granie.

8. Portal - Vexovoid 

To zainfekowany blackiem death metal albo na odwrót. Determinantem, jak to często bywa w tego rodzaju produkcjach, jest chaos i Lovecraft. Jak wiadomo chaos był pierwszy. Muzycy Portal też to wiedzą i opiewają go na cześć swojego guru. Jeżeli w 2013 roku pisarz miałby z tego powodu przewrócić się w grobie, to tylko i wyłącznie z podniecenia. Atmosfera na planie Portal jest tak gęsta, że elementów scenografii nie trzeba sklejać lub zbijać gwoźdźmi. Hypnos, Cthulhu oraz reszta lovecraftowskiego bestiariusza dawno nie rozpełzała się w muzyce z taką arogancją. Dozowanie płyty: ze względu na licznik Geigera pierwszy odsłuch nie powinien trwać dłużej niż 14 minut. Sprawdzone info.


9. Kavinsky – Outrun
Historia ukuta na potrzeby tego albumu jest oczywista: kierowca Ferrari Testarossa ulega wypadkowi, zamienia się w zombie i jako dj nagrywa płytę. Czy może być coś bardziej kiczowatego? Oczywiście, że tak, muzyka zawarta na „Outrun”. Disco lat 80-tych robiące z parkietowych miłostek tani wodewil plus francuska szkoła podrywu na mokrą włoszkę (patrz Nightcall). W podstawówce słysząc te dźwięki powiedziałbym kumplom na głos, że są chujowe, a jednocześnie czekałbym na miłosny fart w postaci długowłosej blondynki przywołującej mnie palcem na parkiet. ech

10a. Hatti vatti – Algebra
Kolejny jednoosobowy projekt, tym razem gitarzysty formacji „Gówno”, DJ i producenta muzycznego. O swoim pomyśle mówi, że jest on: „dźwiękową relacją z podróży po krajach arabskich przetworzoną cyfrowo i zmieszaną z oszczędną aranżacją z rejonów dubu i minimal techno". Jako słuchacz cieszę się, że nie wszystko w tej muzyce zostało podporządkowane rytmice. Poza tym ornamentyka arabska nie zabiera całej przestrzeni muzycznej. Przyczepiłbym się tylko do chórów w utworze „Algebra #4” , które moim zdaniem, zbyt blisko sytuują Hatti Vatti wobec dokonań Burial. Muzyka idealna, żeby oddać się refleksji, posnuć się po domu w piżamie. Wypada też nieźle jako tło dla wszelkiej maści zimowych czytanek.

10b. T'ien lai - Da'at
Oto free folk rozłożony na dronowej podbudowie. Po raz kolejny materiał wije Kuba Ziołek, a towarzyszy mu Łukasz Jędrzejczak. Radiowe częstotliwości mieszają się z syntezatorami, a raz uruchomione sample (np. cytry) świdrują w głowie z częstotliwością z jaką tarcza Krystyna ryła tunel pod Wisłą. Na programową mantrowość składają się ponadto gitarowe loopy i zaśpiewy o nieuchronnej automatyzacji procesów ludzkich. Nieśpieszne ambientowe przesyłki, sporo metafizycznych pierzyn (przypominających konfekcję z Alamedy 3) , z których Gloria to mógłby być autorski hołd dla Lisy Gerrard.