sobota, 26 grudnia 2009

lucid dream

zastanawiam się czy wolałbym przenieść rzeczywistość senną do rzeczywistości realnej, czy może realizm do snu. jakie miałbym korzyści z takiej zamiany, i która byłaby dla mnie lepsza? przenosząc umiejętność, którą nabyłem, a właściwie otrzymałem we śnie, wprost do jawy, byłaby to na pewno umiejętność latania (niestety blisko okien). taka początkowa jej faza. nieukończona, bowiem moment wyjścia za próg okna nigdy nie stał się dla mnie tak prosty, jak przejście między pokojem a kuchnią, czy chodnikiem a klatką. tego etapu sen nie ukazuje. jestem albo ciągle wewnątrz, dosłownie na chwilę przed wyjściem, albo ni stąd, ni zowąd już na zewnątrz. ten niewiadomy czas przejścia jest jak rozciągnięty na czarno kadr. zatem jaką miałbym korzyść z przeniesienia tej wybrakowanej umiejętności w realną rzeczywistość. chcąc wyjść za okno musiałbym przejść przez czarny pasaż. a to zawsze przypomina chwilowy zanik świadomości. po czym znajdowałbym się już na dworze w okolicach trzeciego piętra. zawieszony w powietrzu, ale blisko ściany. to trochę jak skok do wody, którego tak naprawdę nie było. jest tylko kąpiel. tutaj w powietrzu. przyjemna, niemniej jednak wybrakowana. a jednak zastanawiam się, czy w tym lotnym stanie łatwiej odczuwa się grawitację ciał stałych, takich jak kamienica czy drzewo. podświadomość jest silnie zakorzeniona w prawach fizyki. chyba nigdy nie zdarzyło mi się we śnie, abym wychodząc za parapet uniósł swój ciężar od razu w górę. zawsze wiąże się to z nieprzyjemnym osunięciem w dół. zastanawiam się, ile razy moje wyjście za próg kończyło się krańcowym upadkiem w dół. czy czarny kadr, nie jest tak naprawdę ciemnym materiałem przykrywającym moje ciało leżące na chodniku? zasłaniającym zbyt wrażliwe receptory autokontroli, które nie zadziałały na czas. ale czy moja śmierć tam nie powinna się wiązać ze śmiercią tutaj, tzn. w łóżku? w okolicznościach niedawno zmienionej pościeli. zatem centralny układ odpornościowy cały czas pracuje nad oszukiwaniem przeznaczenia. spontaniczny akt wyjścia jeszcze nie w pełni zautomatyzowany przez inżynierię oniryczną. może transfer jest jeszcze za wolny, by dokonać to płynne przejście między fizyka i metafizyką?
drugą z sennych umiejętności, którą chciałbym przenieść w realność jest uczestnictwo towarzyszące (bierne) w zdarzeniach. opcja niewidzialności prawie doskonałej. chociaż i ona posiada pewne niedociągnięcia. czasem zdarza się zdemaskowanie bohatera uczestniczącego (osobowego ducha). jak się okazuje bardzo trudno jest przechytrzyć prawa logiki nawet w sennych realiach (sennej siatce odniesień, leniwych, ale prawdopodobnych algorytmów). wydaje mi się, że to za sprawą płynno-miazmatycznego administratora, który nie dopuszcza do udziału cielesnego fantomu w następstwach zdarzeń. oczywiście zdarza się, że podglądanie nie zostaje zarejestrowane, a tym samym nie jest zwieńczone wstydem, tak jak i próby latania nie koniecznie kończą się fiaskiem...
trzecim aspektem do adopcji na potrzeby jawy byłby kalejdoskop zdarzeń, nieskończona wymienność kadrów. żonglowanie nie nużącymi stanami emocjonalnymi... chociaż moje doświadczenia podpowiadają mi, że stabilność tych przedsięwzięć jest mała. poza tym śniący umysł podsuwając kolejne projekty sennej fabuły, nie gwarantuje bezpieczeństwa treści. zdarza się, że obłożone pozytywnym wywoływaczem wątki, z jakiś powodów nie chcą się wydobyć. umysł w poszukiwaniu ciągów dalszych odwołuje się do niewyczerpanych zasobów rzeczywistości (archiwum taśm prozy), z których może wybrać niekoniecznie tę optymistyczną. znów jest to sprawa prostych zasad zachowania realności. dlatego tę umiejętność należałoby zaadoptować z możliwością nieograniczonej ingerencji w nią. zdarza się bowiem, że w ferworze transferu nieoptymistycznych zdarzeń umysł doznaje aberracji, popada w gorączkę (jaźń chce dla siebie dobra, ale umysł losuje złe zdarzenie). kadry nakładają się na siebie. nie dochodzi do żadnego rozwiązania. co najwyżej do przebudzenia się. dlatego wszelkie projekcje senne powinny zostać wyniesione na światło dzienne. a tam opisane jako istotne lub nieistotne. w ten sposób podświadomość zostałaby uratowana przed niedojrzałością...

w celu poprawy warunków życia we śnie, z rzeczywistości chciałbym przenieść większą konsekwencję logiczną. każda psychomachia powinna być zwieńczona diagnozą. dopiero w jej efekcie powinno następować kolejne zdarzenie. aby poprawić higienę snu należałoby zainicjować większą dbałość o szczegóły - mniej sepii, a więcej ostrości. jakoś należałoby też rozwiązać problem przemieszczania się. może nie koniecznie za pomocą adaptacji komunikacji miejskiej, ale poprzez bardziej usystematyzowaną umiejętność przenoszenia się w pożądane miejsca. nie ma nic gorszego, niż podświadomość, która dla inicjującego impulsu podsyła alternatywne rozwiązanie, gdyż z jakiś powodów nie może odesłać do wybranego miejsca. ostatnio miał to być jakiś wolny pokój, bo ten, w którym znalazłem się w sytuacji intymnej, okazał się być zajmowany przez jakąś osobę, w dodatku ów osoba zajmowała tę samą kanapę, z której mówiła do mnie: "nieźle ci idzie". faktycznie miałem podobne odczucia i ten komentarz zdał mi się zbędny. dlatego też dla większego komfortu psychicznego wszelkie przypadkowe osoby powinny przechodzić testy, w specjalnie przygotowanych do tego pomieszczeniach. w nich to, ocenie byłaby poddawana ich przydatność i intencje. póki co mam dwie przestrzenie, gdzie mogę mnożyć rzeczy do woli. jedną z nich postaram się rozbudować za pomocą sztuczek z lucid dreams.

piątek, 25 grudnia 2009

parisiene, chasing, rachael, spouds - koncert

na bramce szymon, roberto i szczepan. luz, wejściówka za darmo. wchodzę razem z kolegą. spoudsi właśnie się próbują. po kwadransie na scenie pojawia się parisian larks, wsparte dwoma muzykami the spouds (na gitarze i bębnach). ale trzon grupy jest usytuowany na przedzie: to dwie wokalistki, z których jedna gra na basie. podają pochmurny rock wprost z obskurnego baru z szeleszczącą, bardzo kameralną perkusją (fajny, bardziej muskany, niż bity puls). muzyka wije się melancholijnie. jest piosenkowo, ale nie koniecznie radośnie. linie basu są trochę mało aktywne. a, aby usłyszeć partie wokalne należy mocniej wytężyć słuch. to wina nagłośnienia, które jest po prostu słabe. szkoda, bo w obu przypadkach barwy głosu wokalistek, są bardzo interesujące. (młody wiek wskazywałby większą tremę, a okazało się, że niekoniecznie). po koncercie dowiedziałem się, że wtorkowy występ skowronków, to był sceniczny debiut. nawet nie biorąc tego pod uwagę, uważam, że udało im się wytworzyć aurę nastrojowej mikrodepresji.


po nich na scenę wyszedł maciek z chasing the sunshine. młody songwriter, gitarzysta, grający też na ustnej harmonijce – słowem człowiek orkiestra. już pierwszy utwór przykuł uwagę barwą głosu. wokal maćka jest wyraźny i czysty, śpiewany z charakterystyczną, angielską pop-rockową manierą. kolega żartuje, żeby wyłączyć playback. to zupełnie odmienny koncert od pierwszego. wymagający innego rodzaju skupienia, którego trochę zabrakło mi we wtorkowy wieczór. w drugim utworze maciek wykorzystał dodatkowo brzmienie harmonijki, czym zyskał sobie dodatkowy aplauz. koncert zleciał bardzo szybko, tym bardziej, że w jego trakcie zagadaliśmy się ze znajomymi. przez co stał się trochę tłem dla rozmowy. wybacz maćku, cztery godziny snu poprzedniej nocy wymagało podparcia organizmu jakąś dodatkową czynnością…


na rachael weszliśmy trochę spóźnieni. trio grało już asian girl. niestety bez udziału olgi, która niedawno zrezygnowała ze wspólnej gry. szkoda, gdyż ją m.in.: kojarzyłem z tym utworem. zresztą nie tylko z tym. ale było minęło (nie do końca jak się okaże jeszcze tego wieczoru). póki, co oglądam nowe rachael. zespół był bardzo skupiony. niestety znów powtórzyły się problemy z nagłośnieniem. szkoda, bo wykrzykiwane do zdarcia głosu you’re like a high, w utworze pod tym samym tytułem mogłoby potrwać dłużej, przedłużając tym samym przebiegające po plecach ciarki. oprócz wokalu nieco za cicho były też bębny, a to wszystko chyba na rzecz basu. bart był w swoim żywiole. widać było, że gra sprawia mu nie małą frajdę (bujał się i robił dziwne miny). cieszę się, że grupa zrealizowała to, o czym słyszałem już od dawna, a co do tej pory raczej nie udawało się z powodu ram czasowych (jak sądzę) tzn.: zagrania partii improwizowanych. podszyte, floydowską psychodelią pojawiły się miedzy utworami, czy to wieńcząc je, czy rozpoczynając nowe kawałki. a w all you needs is lead nieco wydłużona partia instrumentalna podzieliła ten utwór tak naprawdę na dwie kompozycje, do momentu, w którym publiczność nie wyczuła powrotu do głównego motywu. wszystko to zagrane z dużym wyczuciem (dla mnie najlepsze jak dotychczas wykonanie tego utworu, pomimo braku olgi). napisałem wcześniej, że wokalistka zrezygnowała ze wspólnej gry, nie do końca jednak, przynajmniej tego wieczoru (może cały czas rozważa kwestię powrotu?). i jeżeli zabrakło mi jej w asian girl, to w zaproponowanym na koniec podstawowego setu watchsick chciałem usłyszeć tylko trio. a tu niespodzianka: część zwrotkową tego numeru zaśpiewała właśnie ona. widziałem, że musi się nieco dostroić z głosem do zbyt płaskiego nagłośnienia. utwór wypadł całkiem nieźle, choć wokalnie moim zdaniem powinien być wykonywany wyłącznie przez mike’a. tak się skończyła podstawowa część setu. po krótkiej perswazji publiczności (czytaj: rachael grać kurwa mać!) zespół wyszedł na bis. i zrobił totalny rozpieprz (grając as pretty as the drugs). moja podstawowa waga uległa zachwianiu. zauważyłem też, że nie do końca wyzbyłem się zespołu zachowań wieku licealnego… przynajmniej w okoliczności koncertu, yeah!


po występie rachael przydałaby się dłuższa przerwa, a za moment scenę zajęli już the spouds. słuchając serenity is only a brainwave mam wrażenie, że w jakiś tajemniczy sposób udało się zespołowi utrzymać olbrzymią energię na wodzy. że wprowadzili swego rodzaju odmianę muzycznego suspensu wewnątrz post-corowych kompozycji. nie inaczej jest na ich koncertach. aura ze studia przenosi się w sposób niemalże identyczny na salę. i tak było też tym razem. hydrozagadkę wypełniła przytłumiona nieco (w dobrym sensie tego słowa) i zarazem ciężka nawałnica dźwięków. od pierwszych taktów pod sceną zrobiło się gęsto. kuba, wokalista grupy jak zwykle prezentował skupienie. obowiązkowo obojętny, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić podczas koncertu w saturatorze (promującego wydanie serenity…). to bardzo pasuje do absent lovers, w którym śpiewa i’m a victim of myself… a vomit after the kissing z utworu crisis wywołuje poruszenie wewnętrzne organów pod wpływem tego dysonansu poznawczego. ze wspomnianej płyty poleciały ponadto: running with a scissors, broken sounds, the dreamlife of angels. wraz z upływającym czasem grupę najbardziej aktywnych muzyków zawiązali gitarzyści (ponosiło ich w kierunku wszelkich scenicznych krawędzi). tomek za bębnami, grał bardziej punktowo i dynamicznie w porównaniu z występem w parisiene larks. kocioł pod sceną nie malał. jednak po upływie około pół godziny, dla mnie muzyka zrobiła się nieco przytłaczająca. zacząłem czuć lekkie znużenie dźwiękami. utwory z dema grupy przeciągały się, a ja czekałem już tylko na kawałki z serenity… schodząc ze sceny chłopaki zostawili rezonujący sprzęt i podkręcone wzmacniacze. przez dobrych kilka minut salą zawładnął wydobywający się samoistnie noise. brawo za pomysł. mimo zmęczenia było to bardzo udane zwieńczenie koncertowego ro(c)ku a zarazem alternatywne wprowadzenie w nadchodzące kolędnictwo i mięsopust.


podsumowanie:

chciałbym, żeby psychodeliczne odejścia rachael mniej kojarzyły mi się z floydami (czy to tylko moje odczucie?). poza tym jestem fanem wykonania all you needs is lead… koniecznie z solem zwłaszcza, gdy wchodzi w te piskliwe rejestry… o tekście nie wspominając. olga wracaj jako asian girl!


co do spoudsów to chciałbym, by częściej korzystali z funkcji odśwież. warto, by zastanowili się nad zatrudnieniem saksofonisty (nie chodzi o aidana) na cały etat, a nie tylko okazjonalnie.

czwartek, 24 grudnia 2009

szense - szense (na okładce napis tear here sic!)

ten album nie jest jakimś wielkim eksperymentem. chociaż spotykają się na nim muzycy poszukujący jak richard von kruysdijk i niels van horn (znani szerzej ze strange attractor). nie jest eksperymentem dla słuchaczy obracających się w klimatach improwizowanych seansów jazzowych. bo, na płycie z grubsza chodzi o jazz. właściwie glitch jazz na saksofon, bas i bębny unurzane w preparacjach elektronicznych - których tutaj jest nie mało. muzycy spotkali się między 1 i 2 września 2005 roku w klaverland studio, by dokonać całkowitej improwizacji. sztuka napisana od ręki. jak monit wystawiony przeciwko rzeczywistości dźwięków poukładanych. muzyka ta jest obciążona bagażem wielu stylistyk, ale pozbawiona zasad i restrykcji narzucanych przez dany kanon muzyczny. spotkanie muzyków o otwartych umysłach, działających na zasadzie intuicyjno-emocjonalnego bodźca i reakcji, którzy dźwięki czerpią z jazzu, wspomnianej elektroniki momentami też post rocka. jest to też miejscami taka muzyka o muzyce. autoteliczna – pisana na potrzeby samej siebie. sztuka dla sztuki? niekiedy tak. już same tytuły utworów: „untitled 1, 2, 3… 11 wskazują, że będzie to projekcja muzycznej świadomości, nieograniczona przez odgórnie narzuconą werbalizację. bardzo podoba mi się jak w 4 minucie i 40 sekundzie pierwszego utworu po długim elektronicznym pasażu inicjatywę przejmuje saksofon o proweniencji niemalże klubowej. nawet do końca nie jestem pewny, czy wspomniane elektronikalia to nie jest ten sam saksofon, tylko, że właśnie umodelowany przez nie. idąc tropem gry horna na saksofonie (czasem też klarnecie) wyczuwam chęć osadzenia go w zbieżnych warunkach muzycznych, w których ulokowana jest trąbka toshinori kondo w charged. jest tu momentami podobna przestrzeń i symilarne (przymiotnik wziąłem od ang. similarity) wydłużanie muzycznej frazy. zarazem nie proponuje on tyrani dźwiękowej i dysharmonii jak w „death tool” z koncertowej płyty charge z udziałem wspomnianego trębacza. chociaż już mniej znośnie robi się w trzecim utworze. tu na początku z lekko świdrującej połaci elektronicznej ześlizguje się niedbały kontrabas, później spadają też tomy perkusyjne, a w końcówce utworu zostają już tylko jakieś piski. kolejny utwór łagodzi te brzmienia. syntezator imituje wibrafon, pojawiają się jakieś spreparowane głosy (niczym z króliczej nory, do której po alicji wpadają kolejne osoby) a wszystko to brzmi jak chili jazz. mnóstwo tu zciszeń muzycznych i spadków tonalnych jak np.: w utworze nr 5. narkotyczna, nieco orkiestralna przez brzmienie klarnetu, kołysanka. prowadząca takie maruderyjne, nawiedzone uwodzenie (konsonans! mam wrażenie - o i rym żeński, niestety banalny -, że budzę się w parku, który jest srebrny i dopiero po chwili odzyskuje kolory). w zespole poza wspomnianymi: hornem i kuysdijkiem udzielają się ponadto: marzj na dodatkowych bębnach i eric van der westen na basie.

ciekawa płyta, nie tylko, ale przede wszystkim za sprawą nielsa van horna. to neoromantyk improwizacji (nie mylić z mydlinami saksofonowymi kennego g i jemu podobnych), który nierzadko porusza się na peryferiach emocji. (tu polecam rorschach (heritage part 1.01) z płyty „everything is closer” strange attractor). album ten dostałem w prezencie od moich przyjaciół, którzy zaznajomieni ze składem strange… stwierdzili, że może mi przypaść do gustu. i rzeczywiście tak się stało. dla wszystkich, którzy mają opory przed sięgnięciem po tę płytę – dodam, że jest to bardzo wyważona improwizacja, która jednocześnie potrafi zaskoczyć.

the vandelles - del black aloha

tego właśnie spodziewam się po muzyce indie rockowej. tzn. czego? może być przebojowa, ale przede wszystkim ma być brudna i emocjonalna. i tak jest na ostatnim albumie the vandelles – del black aloha. nie wiem czy to tylko moje odczucie, ale stopy pracują tutaj jak organ uczuciowo nieobojętny – mają podobny rytm i … brzmienie. głębokie, tętniące jakby z wnętrza. właśnie słucham „lovely weather” – wokale niemal szeptane, ale czytelne zarazem, budowane wokół chropowato-noisowych gitarowych meandrów. puls nieśpieszny, ale jest tu jakiś ukryty czad. energia niemalże wulkaniczna. obłąkańczość przechodzi w rozleniwiony oniryzm. i znów te stopy! rock, który rozgrywa się w sennej aurze, albo w całości został napisany we śnie. to chyba przez tą surfowo-gazeową konwencję, zagrany z dużym wyczuciem i przytupem. nie mam wątpliwości, że wokalista jest nawiedzony – lirycznie i seksualnie nadsprawny. czasem słuchając tej muzyki mam wrażenie, że przenoszę się w na nowo zdefiniowane lata 60-te. tak jakby nie wszystko wtedy zostało powiedziane, a został olbrzymi, nieodkryty artystyczny potencjał. niby jest to ukłon w stronę tamtych brzmień, ale zagranych bardziej tajemniczo, nieoczywiście, bardziej skomasowanie, z większą dozą dźwiękowych sprzężeń i zanieczyszczeń. jeżeli chodzi o długość kompozycji na tym albumie, to zamykają się one w trzy i czterominutowych formach. i choć lubię dłużej przebywać z muzyką, nie odczuwam, że jakiś motyw nie został tu niezamknięty, czy nierozwinięty. stylistycznie jest to noiserock z elementami shoegazeu zbliżający się czasami do dokonań „a place to a bury strangers” z mniejszą tendencją do abstrakcji. dodam tylko, że rockowa psychodelia w utworach takich jak „die for it cowboy” zostaje wyparta przez bardziej tradycyjne granie. mniej tu gitarowych pogłosów, a muzyczna aura jest tak spokojna jak popołudnie spędzane w jakimś chicken barze przy nieuczęszczanej drodze. do moich faworytów na tej płycie, oprócz wspomnianego „lovely weather” należą: otwierający „dash’n’dive”, a także obłędny ze względu na partie wokalne i perforacje gitarowe „roving rex”. zdecydowanie zachęcam do zwrócenia uwagi na tę muzykę.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

odwyk od pogardy 19 grudnia

wieloznaczny tytuł. właśnie trwa cykl spotkań/seminariów tomasza piątka w ramach uniwersytetu krytycznego. całość na pierwszym piętrze nowego wspaniałego światu dziewiętnastego dnia każdego miesiąca. zaproszenie otrzymałem poprzez facebooka. jako, że jestem fanem kilku klubów, które prócz relaksu proponują refleksję, codziennie dostaję kilka/kilkanaście propozycji na spędzenie wolnego czasu. czy jest to slam w powiększeniu, dzieła zebrane w herbaciarni, działania towarzystwa inicjatyw twórczych... do najprężniej działających w tej materii zaliczają się: hydrozagadka, wspomniane powiększenie i właśnie nowy wspaniały świat. co do "odwyku od pogardy" to spodziewałem się wiele - tym bardziej, że lektura "heroiny" piątka obiecywała bardzo dużo. narkotyki, jako wybawienie - programowa wiara w taką możliwość trwała w autorze sporo czasu. cielesne raje, poczucie scalania z osobowościami innych ludzi, a także osobowością świata były bardzo sugestywne. jak w każdej utopii. nawet huxley po napisaniu nowego wspaniałego światu - jeszcze kilkanaście lat trwał w przekonaniu o doskonałości stworzonej przez siebie alternatywnej rzeczywistości. dopiero po tym czasie dostrzegł jego wady. zatem piątek znalazł sobie realną przystań w nowym wspaniałym świecie. odwyk od pogardy? czy to znaczy, że będą to bardzo osobiste i poparte doświadczeniem wynurzenia. w głowie układałem sobie możliwe interpretacje tematu. odwyk od pogardy wobec siebie pod wpływem przypomnienia puszczających hamulców psychofizycznych (opisy wypróżnień całego ciała, potu i fekaliów w heroinie). a może odwyk od pogardy społecznej, która ocenia zbyt surowym okiem? odwyk od pogardy dla społeczeństwa, gnuśniejącego w hipokryzji? wszystkiego po trochu, ale mniej osobiście niż się spodziewałem.

zatem po kolei. gościem seminariów tomasza piątka był prof. jerzy vetulani z krakowa. pytania kierowane do niego czasem sprawiały trudności prowadzącemu, tzn. czasem łamał mu się głos. przyjętą tezą dla rozmowy stał się niski próg zadowolenia/radości osób uzależnionych. biologicznie upośledzony organizm takiej osoby wytwarza niewystarczające ilości dopaminy, zwanej inaczej "hormonem szczęścia". cierpiący na jego atrofię szukają zastępstwa. piątek przyznaje, że w dzieciństwie nie cieszyły go rzeczy, które na ogół sprawiały radość jego rówieśnikom. niegdyś też nie umiał znaleźć nasycenia w jedzeniu. choć obżerał się, zawsze czuł się głodny. ludzie z jego upośledzeniem próbują od tego uciec. jak zauważa vetulani ucieczkę często znajdują w używkach. dla piątka w młodości wiązało się to z kilkunastogodzinnym graniem w piłkę nożną. przychodził wtedy do domu posiniaczony. później odkrył alkohol i narkotyki. w samym seminarium o doświadczeniach z narkotykami było mało, a jeżeli już, to bardziej, aby przejść do zagadnień neurobiologicznych zachodzących w mózgu. (podejrzewam, że w większości rozumiał je tylko vetulani, bo receptory, somy i synapsy, stały zaledwie u podnóża bardzo rozbudowanego, fachowego instrumentarium językowego, którego tutaj nawet nie przywołam). ale opis konsekwencji działań jednych substancji na drugie został przekazany dość obrazowo. okazuje się, że daleko bardziej destrukcyjne zmiany w mózgu powoduje wąchanie kleju, niż zażywanie heroiny czy amfetaminy. późniejsza część wykładu została poświęcona m.in.: recepcji słowa narkoman. jak wiadomo w społeczeństwie ma ono pejoratywne konotacje. przede wszystkim, używane jest w sposób uogólniający, gdzie używający i uzależnieni, to ta sama grupa ludzi. (przywołano sprawę piesiewicza, która pokazuje, że wykluczenie społeczne ma nadal bardzo silne znaczenie konsolidujące). była jeszcze wzmianka o polityce narkotykowej i tego, że w interesie państwa leży, by ta gałąź biznesu była zabroniona. (zgadzam się z zastrzeżeniem, że polski rząd cały czas udaje bardziej cnotę, niż mógłby mieć z tego korzyść, taką jak ma kolumbia czy usa). niemniej jednak znamienne jest, że polska polityka narkotykowa nastawiona jest bardziej na wyniki zatrzymań posiadających środki psychoaktywne, niż na edukację osób uzależnionych. na koniec piątek zadał jeszcze pytanie, czy uda się w końcu wynaleźć pigułkę zwalczającą narkomanię (a właściwie regulującą poziom dopaminy w mózgu) profesor odpowiedział, że cały czas w to wierzy.



nota uzupełniająca:
podczas seminarium podpisałem kartkę z poparciem dla ustawy o parytetach. są one dostępne przy barze klubu. to był mój głos za równym traktowaniem nie tylko kobiet, ale i wszystkich ludzi z uwzględnieniem ich doświadczenia i wykształcenia. zrobiłem to sprowokowany medialnymi informacjami i głosami niektórych osób z bliskiego otoczenia. jednak nie jest to zgodne z moimi osobistymi doświadczeniami. dlaczego? bo przez ponad trzy lata pracowałem w departamencie rachunkowości i podatków dużej firmy telefonicznej, który niemal w całości zdominowany był przez kobiety. zdominowany ilościowo i jakościowo. bowiem wszystkie funkcje kierownicze pełniły w nim kobiety. kierowniczka jednej z sekcji w ciągu tego okresu zatrudniła cztery osoby ze swoich studiów oczywiście płci żeńskiej. (na potrzeby posady, o którą się ubiegałem). dlatego moje doświadczenia z równouprawnieniem są ambiwalentne. być może była to sytuacja, w której posadę otrzymały osoby lepiej ode mnie przygotowane na to stanowisko... nie przypominam sobie jednak, żebym został zaproszony do jakichkolwiek rozmów, dzięki którym mógłbym zaprezentować swoje umiejętności.

jest kilka poważnych zastrzeżeń, co do parytetów. jeżeli wyrówna się ilość kobiet i mężczyzn w instytucjach, itp (po 40%) to być może wśród którejś z tych grup znajdą się osoby niekompetentne, a przynajmniej taki podział może pominąć osoby bardziej zdolne, które niestety nie zmieściły się do danej grupy, a wykazują większe zaangażowanie od osób w grupie usytuowanej biegunowo (wiadomo, może się tak zdarzyć zarówno w środowisku kobiet jak i mężczyzn).

inną sprawą jest, że kobiety, które osiągnęły sukces uważają, że projekt wprowadzenia parytetów sytuuje płeć piękną w gorszym świetle, i jest to ewidentny znak, że są one mniej kompetentne, zaradne, inteligentne, itp. (jeżeli jednak miałbym raz jeszcze otrzeć się w pracy o podobną do opisanej wyżej sytuację, to już wolę podpisać się za petycją o parytetach).

niedziela, 20 grudnia 2009

sobota nieogrzewana

już po godzinie wilka. moja biologiczna aktywność znów się rozstraja. teraz mógłbym żyć, gdy wszyscy śpią. w kamienicy mróz. chyba byłem nieuważny, bo do środka weszła zima. fundamenty mebli w całości pokryły kry. mam ochotę coś zjeść, ale przed pójściem do kuchni zatrzymuje mnie gruba kołdra zimna, która przykrywa mi twarz. upiekłbym sobie chleb na patelni, a do tego jajecznicę. zastanawiam się czy jest jeszcze trochę soku wiśniowego, ale barek jest pod ścianą z drugiej strony pokoju. ściany, która jest już chyba na dworzu. wstając utraciłbym sporo nagromadzonego pod kołdrą ciepła. w nieogrzewanej kamienicy najbardziej ekstremalnie wypadają różnice temperatur. są strefy ciepłe, wokół, których bardzo staromodnie organizuje się życie, a także strefy zimne w okolicach okien, ścian sąsiadujących z klatką i wszelkiego rodzaju drzwi wyjściowych. to rozstraja samopoczucie, które zamiast do bieżących spraw przywiązuje się bardziej do obserwowania powiększających się sfer zimna z obrzeży pokoju. w tym samym pomieszczeniu panują, co najmniej dwie skale ciepła. po kilku godzinach amplituda jest ujemna. chociaż w formalnym opisie drgań cząsteczek nie powinna ona przyjąć takiej wartości. oczywiście zależy to, od tego czy grzewcze źródło jest stałe. a w moim pokoju nie jest.

wczoraj byłem w pawilonach. nazwy lokalu nie pamiętam, ale znajduje się on w bramie na samym końcu po lewej stronie. piszę o tym, bo widziałem bardzo podobny obraz do tego z mojego pokoju, a mianowicie przymarzniętą do okna poduszkę. gdy odklejałem ją, na szybie pozostał szorstko lepiący się szron. mojego kolegę zaaferowało, co innego, dwa stoliki dalej. zimna, powściągnięta twarz i twarz bardziej radosna, udająca dojrzałość. nauczyciel polskiego i koleżanka siostry mojego kolegi. usługi erotyczne w zamian za kawałek poważnego życia. ostatnio coraz rzadziej spotykam ludzi, którzy wiedzą, czego chcą i to osiągają! w tym i ja sam. chyba przez samopoczucie, które nawet w myślach przygrywa z zimnem pokoju, do którego mam wrócić, formułuję historię w ten sposób. po weekendzie przeprowadzę się w cieplejsze miejsce, więc może stworzę inny jej przebieg...

póki, co szukam wzrokiem spodni i swetra. szkoda, że spodnie z tego miększego materiału poszły do prania, bo wkładanie dżinsów zawsze powoduje szok termiczny. po wieczornej kąpieli szczypie mnie jeszcze skóra. szkoda, że trochę inaczej niż w maju po wyjściu z morza. wtedy nie czułem nawet zimnego wiatru od zatoki… podjąłem decyzję: nie wstaję. spróbuję obudzić się w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody nieożywionej… jest maj. siódma rano. mogę nawet wyjść z psem.

sobota, 12 grudnia 2009

free homes for free birds

remontowane piętro mojej kamienicy obsiadły ptaki. jeszcze w połowie listopada widziałem jak parzyły się. używając do tego poręczy balkonu. teraz w tym miejscu sporadycznie się myją. zadomowiły się na czwartym piętrze, niemniej jednak nie na tyle, by nie bać się odgłosów otwieranych okien lub drzwi. co sprawia szamotaninę obijających się w kierunku niedomkniętego lufcika skrzydeł. brzmi to trochę jak tarcie papieru o chodnik. byłe mieszkanie mojego kolegi. teraz wielki betonowy karmnik. muszę mu o tym powiedzieć. o tym free homes for free birds.

dobrze, że nie wszystkie ptaki wiedzą o pustych lokalach pewnie zmieniłyby politykę odlotów. wystarczy, że parki uległy transformacji w masowe noclegownie z toaletami usytuowanymi w nieprzygotowanych do tego korytarzach alej. należałoby może położyć jakieś gazety, a tak wszędzie zalega biała rdza osnuta zapachową pleśnią. ogród iluminujących fekaliów. mylne drogowskazy dla reprezentantów gatunku dwunożnych. od niedawna wrzask kraaa, kraaa jest dla mnie dwukolorowy - ciekawska czerń na dwóch śmiesznych nóżkach zostawia trójpalczaste ślady w lepkiej bieli. jednocześnie uruchamia we mnie jednoznacznie kojarzące się doznania zapachowe.

we wtorek wracając z radia postanowiłem razem z kolegą przejść się ulicą lennona. tego dnia mijała 29 rocznica jego śmierci. tak jak przypuszczał spotkaliśmy tam grupkę fanów artysty. zebrani przy świecach i akompaniamencie dwóch gitar śpiewali piosenki muzyka. miły gest podtrzymywany od momentu nadania ulicy jego imienia. (arteria przylega do tylnej strony parku ujazdowskiego). zrozumiałem, że niewiele trzeba, by resuscytować serdeczność miasta.

piątek, 11 grudnia 2009

algol - last minutes of dying star

tytuł tyleż nośny, co pretensjonalny, ale przyglądając się bliżej muzyce nie ma tu zbyt wiele konduktów żałobnych jest natomiast mechanika spalania się atomów w momencie upadku ku ziemi lub innego ciała niebieskiego. tematy kosmosu, przestrzeni powietrznych czy wodnych, pustych hal, stacji międzyplanetarnych to motywy przewodnie muzyki ambientowej i dark ambientowej. czasami są one uzupełnione nagraniami terenowymi lub żywym instrumentarium. (ciekawe jest pod tym względem brasil & the gallowbrothers band). opisywane przez ten gatunek (podgatunek lub rodzaj muzyczny) miejsca to chyba ostatnie bastiony na granicy mikrodźwięku i ciszy. penetrowane chyba właśnie dlatego, że są najbliżej tego, co nazywa się dźwięcznym przechodzeniem w bezdźwięczność. czasem daleko jestem od kierowania się tym tropem, a czasem bardzo blisko. podążając nim muszę przyjąć, że zadaniem muzyki jest przygotować (spowodować) ciszę. zastanawiam się czy absolutną, taką jak w nocy tylko bez zegara, czy odgłosu kół skręcającego samochodu, w której do głosu dochodzi tylko to, co obiektywne i niezależnie generowane jak praca ludzkiego organizmu czy przyrody. muzyka, która wycisza niepotrzebne tony i odsłania wnętrze. (w znaczeniu cielesnym jak bicie serca, tętno krwi, odgłosy trawienia czy głodu). a może nie chodzi tu o fizyczny, a bardziej psychiczny aspekt. muzyka jako rodzaj meta szufelki, na którą nałożą się wszelkie komunikacyjne szumy i dźwięczne aberracje, by zostać wyrzucone z głowy. taka psychomachia między szumem a morficznym sygnałem w walce o wewnętrzny spokój.
celowe posunięcie jakim jest pozorny brak rytmiki, jakby za tym wszystkim kryła się niechęć do przyspieszenia ruchu serca, które i tak wykonuje pracę na rzecz krwiobiegu, więc jest już wystarczająco obciążone. poruszenie odbywa się tutaj za pomocą innych narzędzi. bardziej wysublimowanych i dosadnych zarazem. realizujących zadanie jak wszyć obraz, który spowoduje bunt estetyczny i w pierwszym odruchu nie zostanie wyrzucony przez serce.

10 grudnia onodyseja - playlista

1) algol - last minutes of dying star

space ambient z nowosybirska. główna idea projektu: odkrywanie i eksploracja odległych horyzontów umysłu i duszy. podejmowane tematy: harmonia sfer, kosmos, nieskończoność.
* algol gwiazda zmienna w gwiazdozbiorze perseusza. jej jasność zmienia się na skutek procesów w niej zachodzących lub pod wpływem otaczającej ją materii.

2) koan - lonely wolf

wyszukany i kwaśny chilout. człon stanowi dwóch rosjan: roeth i grey. granie wg nich wymaga posiadania dobrych kwalifikacji i doświadczenia. komponują elektronikę na zasadzie podobnej do tworzenia muzyki jazzowej. mimo, iż jest to chilout, jak mówią nie nadaje się on na dyskotekowy parkiet, a odnosi się bardziej do wnętrza. przesada.

3) nordvargr - kvasar

dark ambient. projkt henrika nordvargra bjorka (m.in.: mz412, folkstorm).
* kwazary obiekty gwiazdopodobne emitujące fale radiowe. są źródłem ciepłego promieniowania elektromagnetycznego o ogromnej mocy. posiadają pierścień, który otacza czarną dziurę - utwór nordvargra, opisuje bardziej to czarne wnętrze. w jego kierunku, spływa duża część gorącej materii z obrzeża. plumknięcia odbieram jako supernove, które nieśmiało rodzą się wokół pierścienia wyrzucając resztę materii ciężkiej.

4) odaxelagnia - dark corners (idm rmx)

jednoosobowy projekt enigmatycznego twórcy o imieniu gejm. otagowany jako loli core(wow), 8bit, noise, break core.

utwory od 1 do 4 do ściągnięcia za darmo ze strony last fm

5) former ghosts - choices
6) former ghosts - i wave

synth pop freddiego rupperta. stworzony korespondencyjnie z jamie stewardem (z xiu xiu) oraz niką rozą danilovą. początkowo zamieszczany jako pojedyncze utwory na blogu rupperta (w wersjach demo) uwaga, aby nawiązać kontakt z tajemnicza, nieznajomą dziewczyną. obiecałem sprawdzić czy przedsięwzięcie się udało ;]

7) tomasz stańko - dark eyes of martha hirsh

nowy materiał. współpraca z muzykami ze skandynawii. ponoć nowy skład odświeżył nieco muzyczną konwencję (m.in.: przez udział gitary i basu) pierwsze 6 minut bardzo melancholijnego jazzu w stylu audycji. później nieco żwawiej. jeszcze jutro i pojutrze (12 i 13 grudnia) koncerty promujące dark eyes w lublinie i białymstoku.

środa, 9 grudnia 2009

zabawki pana boga

do novej sceny wszedłem bez wyjściowego ubrania. sądząc po ubiorze ludzi wewnątrz - okoliczność, by tego wymagała. zatem popełniłem „modowe faux pas” (stwierdzenie wzięte żywcem z plotkarskiego portalu), jak joanna trzepiecińska prezentując się w chabrowej sukience podczas premierowego wieczoru „zabawek pana boga”. ale nie mam o to, do żadnego z nas pretensji. w niedzielny wieczór w teatrze roma pojawiłem się nie przez przypadek, ale i nie do końca świadomy przedsięwzięcia, w którym wezmę udział. sugerując się zapowiedziami na stronie grupy „trzy dni później” wydawało mi się, że będzie to cykl utworów wyłącznie tejże formacji. występy żeńskiego tria przegapiłem już kilkukrotnie. dlatego jeszcze w trakcie czytania informacji stało się dla mnie jasne, że tym razem muszę tam być. dziewczyny zadebiutowały bezpretensjonalną poezją śpiewaną na trzy głosy. pamiętam stamtąd fragment, jak się później okaże znamienny dla niedalekiej przyszłości zespołu „wejść na chwilę w inną role, niż nam przygotował los, bez nakazów, bez zezwoleń, zanim bóg obudzi w nas noc, ciemną noc”. sposobnością do tego stał się drugi album pt.: „gdybym”, na którym zespół wcielił się w postać liryczną z „malinowego chruśniaka”. ale taką możliwość stworzyły również grudniowe spektakle w romie. dodam tylko, że na wspomnianej płycie utworem „ja nie chcę spać” zespół dotknął również dokonań agnieszki osieckiej. a tej artystce m. in.: miał być poświęcony wieczór. zatem do teatru szedłem na koncert „trzy dni później”, które miało wziąć na warsztat wspomnianą osiecką, hłaskę, a to wszystko do akompaniamentu komedy. tak jednak do końca nie było…


trio „trzy dni później” wyszło na deski jako pierwsze. dziewczyny były ubrane identycznie. usytuowano je w samym środku sceny. pierwsze głosy i nie mam wątpliwości, że prezentują to samo zaangażowanie, do którego przyzwyczaiły na swych dwóch płytach. aranżacyjnie i tekstowo zbliżone jednak bardziej do drugiej. pojawiły się utwory „nim wstanie dzień”, „ja nie chcę spać”, a w miarę rozwoju akcji dojrzalsze teksty osieckiej, np.: „życie nie stawia pytań” grane do muzyki krajewskiego i satanowskiego (utwór zaśpiewany przez joannę trzepiecińską). jak zwykle z wielkim wyczuciem duet sióstr piwowar i marta groffik podzieliły partie wokalne na części solowe oraz na te śpiewane wspólnie. na skraju sceny znaleźli się aktorzy. joanna trzepiecińska grająca agnieszkę osiecką i przemysław sadowski wcielający się w postać marka hłaski. ona stojąca pod ścianą lub siedząca przy biurku - otwiera listy od niego, odpowiada na nie, a także przenosi swe myśli na papier. w tle nad wszystkim unosi się muzyka komedy. za klawiszami usiadł jacek kita wespół z kwintetem jazzowym. jeżeli chodzi o relację hłaski i osieckiej można powiedzieć, że przebiegała ona nie z wnętrza oddalonych pokojów, ale z wnętrza nieprzychylnych realiów, w jakich przyszło im żyć. „skazani na siebie w sposób naturalny, bo kto inny zrozumie to polskie pokolenie. skazani na siebie w sposób niemal organiczny, poszukują kontaktu prawdziwego i dlatego do siebie piszą”. podobno jednak więcej było w tym mitu o miłości, który tworzył sam hłasko, by mieć kogoś, do kogo mógłby wrócić z obczyzny. spektakl stawia jednak liryzm ponad te głęboko ukryte niuanse relacji. charakterystyczna poza przemysława sadowskiego zasiadającego za kontuarem obskurnego baru, który raz jest paryskim „poema cafe” innym razem jakimś lokalem, na który natrafia jeżdżąc do izraela czy stanów. tam snuje swe wątpliwości, ma przebłyski wspomnień, a także wdaje się w bójki. spektakl do pewnego momentu zdaje się mieć dwóch bohaterów – muzycznie komedę, lirycznie hłaskę. bo o nich mówi w swych wspomnieniach osiecka. a hłasko, jeżeli mówi, to raczej o sobie. dopiero z czasem bohaterka uruchamia własne przeżycia i wnioski. jeżeli chodzi o grę aktorów, to trochę obawiałem się, że wspomniana para miała bardziej być na scenie niż grać. na szczęście stało się inaczej. jeżeli o mnie chodzi joannie trzepiecińskiej udało się ukazać wewnętrzną przemianę osieckiej od dziewiętnastoletniej dziewczyny, nie do końca świadomej swych odczuć, w dojrzałą kobietę, jak wspomina: „…w sprawach miłości byłam strasznie infantylna. raz mi się wydawało tak, raz siak, wszystko było grą wyobraźni. marek był jeszcze barwniej upierzonym ptakiem!”. bardzo przekonująco wypadły zaśpiewane przez nią utwory „życie nie stawia pytań” i tytułowe „zabawki pana boga”. co do wiarygodności sadowskiego, jako hłaski – była praktycznie bez zastrzeżeń. miałem wrażenie, że zachwiała się w dwóch momentach. a może po prostu wyobraźnia podpowiedziała mi inne ujścia dla tych sytuacji. w ogóle obojgu aktorom należą się niemałe brawa, których nie może umniejszyć fakt, iż w spektaklu wcielali się w osobowości artystów, więc z racji tego bagaż doświadczeń mieli podobny. dziewczyny z „trzy dni później” skądinąd odtwarzały nie tak różną od swojej codziennej – rolę poetek-pieśniarek. mam jednak nadzieję, że za daleko od siebie nie odejdą, a po spenetrowaniu twórczości osieckiej, przypomną sobie o swoim autorskim debiucie.


przyznam się, że nigdy nie lubiłem, i dalej nie lubię, poza małymi wyjątkami, poezji osieckiej. jakkolwiek bym na nią nie spojrzał, zawsze widzę ją w kontekście telewizji. i nie mogę wyzbyć się wrażenia, że pochodzi ona z plastikowej rekwizytorni przy woronicza, a także, że ubiera się w zbyt jaskrawy, estradowy kostium. przemawia do mnie raczej to, co poza nią. co innego pisanie hłaski. dla mnie to facet z krwi i kości, „przeczuwający katastrofę, a jednocześnie rozpierany przez radość życia” – żeby posłużyć się słowami autorki. piszący tłuściej. z drugiej strony nieprzywiązany do żadnego życiorysu, który uprawiał. a przez to chyba bardziej rozchwiany. po spektaklu artyści dostali brawa na stojąco. zasłużenie. to był udany występ. z fragmentami słów w głowie, nie pozostało mi nic innego jak tylko wziąć kurtkę i wyjść na późną kolację, czytaj „bułkę z błotem, za trochę więcej niż trzy złote”.

czwartek, 3 grudnia 2009

onodyseja z opowiadaczem 3 grudnia

jak już wcześniej pisałem chciałbym, aby spotkanie z jarkiem kaczmarkiem doszło do skutku. taka okoliczność nadarzyła się blisko tydzień temu przy okazji opowieści średniowiecznych w instytucie teatralnym. tam swe opowieści snuli paweł górski i gosia litwinowicz - przyjaciele z grupy studnia o. a ja postaram się wywołać część z nadchodzących historii nieco wcześniej. no, może nie tak wcześniej, bo dopiero wieczorem o godz. 23.00. słuchajcie na www. radioaktywne.pl

środa, 2 grudnia 2009

mikropoczta

mój pokój pracuje jak mała poczta. ciągle przychodzą tu jakieś listy, a ja przesyłam je dalej. niedługo będę musiał odnowić najbliższą okolicę, tzn. od krzesła do drzwi, bo sprzęty pokrywają się kurzem, koc pokazuje pluszowe zęby, fotele coraz wygodniej rozkładają poręcze, a żyrandol już dawno powiesił się, inicjując degradację meblowej flory. w takich warunkach muszę wyjść. na zewnątrz monstrualne kieszenie bram. nie ma w nich ciepła, za to jest smród z warg klatek. z góry zwisają żarówki z kolcami - pożółkłe kaktusy na żelbetowym niebie. miejski czyściec.

od kilku tygodni mam bulimię osobowości. zwracam słowa. nieważne - mówione, pisane, czytane, wszystkie wypływają szarą strugą. czasem zostaje obgryziony wers lub dłuższa fraza na potrzeby zakupów w sklepie spożywczym. reszta to śmietnik zwrotów, które nie trafiły do adresata. w nim muszę znaleźć czasownik obsługujący dłonie tak, aby wzięły jej talie w garść, bo ona bardzo tego chce, ale sama nie umie. wymienić paczkordy imiesłowów, łączących nasze układy scalone, by wykluczyć negatywny obieg informacji. skonfigurować aktywne kanały krwi, by stymulowały jeszcze bardziej precyzyjną czułość. tylko po co? mam już dwa nieczynne krwiobiegi, zasilające puste przedsionki. starorzecza, które powstały z myśli czystych jak papier, aż pokruszyły się zapychając uliczki żył. na szczęście jest poczta i archiwum elektroniczne. tak sobie myślę, że choroba bulimii nie wzięła się u mnie przez przypadek. dojrzewała we mnie. żyła jak sublokator na mniej niż kilku centymetrach powierzchni mojego ciała. dokładnie w okolicach płatów wyobrażonych. wynajęła tam sobie pokój. karmiła się każdą frazą, ze strachu, aby żadnej nie ominąć. słowa obiecywały się jak nagie ciała, aż zapach stał się zbyt intensywny. naddatki formuł zaczęły rozkładać się. można było je już tylko zwrócić. podporządkować paradygmatowi higieny. fragmentaryzacji ośrodka zbierania mowy. tak, by przywrócić ład w pokoju. by zamiast części zdań na powrót zaludniły go meble i ruch. "słowa w kąt i nie odzywać mi się".

otwieram po cichu drzwi. skrzypią. krzesło nie odwróciło się. tylko ekran odbija widok na przedpokój i moją sylwetkę. w tle gwiazdozbiór lamp.

poniedziałek, 30 listopada 2009

leśni ludzie w progresji

weekend obfitował w koncerty. sobota upłynęła pod znakiem energetycznego rocka, niedziela pod znakiem żywiołowego metalu.

w progresji jesteśmy o 19.40. na szczęście było opóźnienie. troll gnet el (trol gnie świerk) zaczął jakiś kwadrans przed naszym przyjściem. bierzemy piwo i wchodzimy na salę. przed nami piątka muzyków. żywiołowy folk metal w spódnicach w kratę. tempo umpa, umpa, ale gdzie trzeba zwolnienia. skład z st. petersburga daje niezły pokaz. w szeregach prócz gitar i bębnów, fujarka i skrzypce. flecistka gra i śpiewa na przemian. gdy używa głosu chowa instrument za plisę rękawa. ma pogańską suknię i mocny wokal. śmiesznie wypadają utwory śpiewane w ojczystym języku. jak przystało na kapelę tego typu tzn.: z folkowo-piwnym przechyłem, prócz muzyki, nie mogło zabraknąć chmielowego trunku na scenie. muzycy popijali go w dużych drewnianych antałkach. wokalista (i gitarzysta zarazem) – poganin pełną gębą, z zakolami i o słusznej tuszy ma dobry kontakt z publiką. czytaj: po kilku haustach bursztynowego napoju i pozdrowieniach w języku polskim zyskuje sympatię publiczności. kapela gra krótki bis. w końcowym utworze pamiętam rozświetlony kaganek w ręce wokalistki i jej ciepły głos.

wymiana instrumentów. za chwile na scenie pojawią się przedstawiciele melodyjnego death. pierwsza próba triggerów robi wrażenie. piotr (red. kolega – przyp. autora) mówi, że nie ma jak podwójna stopa w końcówce „deliverance” opeth. ale to płyta, a ja pamiętam jak element ten zagłuszał nieco występ tychże, podczas marcowego koncertu w innym miejscu. zresztą za chwilę będziemy mogli się przekonać jak wypadnie to w progresji. norther zaczyna od klawiszowej preparacji motywu wziętego niczym z jeziora łabędziego, później już tylko ściana dźwięku, ekstrema i przedzierający się przez to gardłowy wokal. wszyscy muzycy mają przed sobą statywy. będą tworzyć chóry, a w przypadku drugiego gitarzysty dość regularnie będzie on zaznaczał swoją obecność w utworach czystym głosem. wykonanie całości bez zarzutu przy minimalnej oryginalności muzyki. dla mnie w tym gatunku bardzo wiele już na samym początku powiedziała grupa dark tranquillity wraz z genialnym albumem „the gallery”. niemniej jednak cieszyłem się, że folk metal nie zdominował w całości niedzielnego koncertu. zawsze to urozmaicenie. muzyka zespołu często wędrowała w kierunku heavy metalu i hardcore’u. niemniej jednak zabawę przy norther traktuję trochę jak skok do muzycznego świata, w którym nic mnie nie zaskoczyło, a już na pewno nic z tego występu nie zostanie mi w pamięci… chyba, że za głośne stopy. zagrywki ginęły w ich tumulcie. ja wiem, że to standard w metalu. ale wypadałoby się zastanowić czy kapele nie zaczynają przez to brzmieć identycznie.

teraz o koncercie gwiazdy wieczoru. nie miałem określonych oczekiwań prócz żywiołowości i… materiału z mojego ulubionego „tervaskanto” (ha, ha!). od razu napiszę, że grupa zagrała trzy utwory z tego albumu, w tym jeden na bis. występowi korpiklaani przysłuchiwałem się z małej sceny. wygodne miejsce, dobra widoczność, natomiast jeżeli chodzi o nagłośnienie: miałem wrażenie, że jestem w innym pomieszczeniu. widziałem, ale nie rejestrowałem występu finów. może to oszołomienie głośnością norther. a może było za cicho. nie wiem. to nie ten akordeon i nie te skrzypce. zatem przenoszę się na środek. wsłuchuje się. jest lepiej. wokalista zagaduje i pozdrawia publiczność. przyjęcie jest gorące. zresztą jak muzyka. humppy jak powiedzieliby finowie. skrzypek gra od ucha do ucha mimo dość specyficznej mimiki twarzy. łamaną angielszczyzną, która jest dla mnie kompletnie niezrozumiała, wokalista zaprasza na scenę trzy całkiem wygimnastykowane dziewczyny (jedna naśladuje jazdę niczym na rodeo, zainteresowanie wzrasta). tempo utrzymuje się na tym samym poziomie, jest szybko i melodyjnie. instrumenty ciekawie się uzupełniają. niemniej jednak akordeon jest dla mnie cały czas za cicho. gdzieś tak w połowie setu basista musi wyjść do toalety… wiadomo to przecież beer metal. zaraz potem główny krzykacz przewraca się w kałuży piwa, które rozlał. wstaje, robi koziołka i decyduje się wskoczyć w publiczność…

na koniec muzycy korpiklaani zapraszają do wspólnego grania muzyków trolla. skrzypek tego drugiego intonuje „kalinkę” i zaczyna się kilkuminutowa jazda. korci mnie żeby się jeszcze pobawić, ale odeszły mnie siły. stoję, a i tak cieknie ze mnie pot. wychodząc, odwracam się jeszcze czy coś mnie nie omija. chyba nie. o 0:36 mam nocny.

phantoms der nacht

o the fanthoms wielokrotnie słyszałem w radioaktywnej aktywacji, a także w autorskiej sunday at devil dirt. jednak, że rzadko zapuszczam się w rejony rockowe, trochę pominąłem ten zespół. funkcjonował on w mojej głowie, jak sama nazwa wskazuje, trochę jak fantom. duch z odciętą materią. popsuta pocztówka grająca z widocznym na okładce tytułem, który mówi wszystko i nic zarazem. o the vinyl stitches usłyszałem przy okazji sobotniego koncertu, oczywiście ze strony sunday... gdybym jednak nie został zaproszony na występ przez martę (czerwony kubraczek i biało-niebieska pilotka cud miód) to bym zapewne zapomniał o tym wydarzeniu. nie ukrywam występ był dla mnie raczej okazją do spotkania znajomych niż poznawania nowych dźwięków. zatem z pragi, gdzie byłem udaję się w kierunku obiektu znalezionego, – bo tam ten koncert ma się odbyć. wcześniej udaje mi się ominąć kontrolerów, którzy nie wiedzieć, czemu wchodzą tylko do przedniego przedziału tramwaju nr 4. uf, dzisiaj chyba szczęście mi sprzyja. w obiekcie jestem za kwadrans dziesiąta. widzę jak mike rozmawia z kimś nieznajomym. witamy się. to vinn-sinister basista vinyli. salka koncertowa jest jeszcze pusta. patrzę na filary i scenę z rozstawioną perkusją, za nimi tapeta do videoprojekcji. klub ma jeden korytarz komunikacyjny z barem na początku i końcu. po drodze kilka sal we wnękach. miło. wystrój bez przepychu. architektura szarości, ale czuję się w niej dobrze. około 22 na scenie pojawia się support. phantomsi są posągowi i bezemocjonalni. no może prócz gitarzysty, na którego licu czasem gości uśmiech. przypominają mi niewinnych czarodziei wajdy. basista i klawiszowiec w jednej osobie ma ciemne bryle (gościnny udział szymona małeckiego z rotofobii) to taki rockenrollowy marek hłasko. oldskulowy był też bębniarz, który grał na stojąco. ubrany w jasną, wyjściową koszulę i mega wielkie szyby (albo reflektory, jak kto woli). jego zestaw perkusyjny ograniczony był do minimum, dwa talerze, przejście, werbel i stopa. ta ostatnia nie śpieszna pam… pam… pam pam. osom. wokalista zapięty pod szyję, stonowany z mocnym gardłowym głosem. ale ważne, że emocje pojawiają się po drugiej stronie sceny. i tak też się dzieje. phantomsi grają hipnotycznie i krótko (świetna uwaga piotrka). ma to swój urok, bo cały czas czeka się na coś jeszcze bardziej elektryzującego. jestem pod dużym wrażeniem. a już całkowicie nie mogę wyjść z podziwu, nie będę tu oryginalny, z wykonania utworu tytułowego. był wciągający, mimo, że kończył się już dwa razu. powrót do przewodniego motywu za każdym razem był trochę inny, oszałamiający, aż musieliśmy wymienić się wrażeniami, podczas gdy jeszcze trwał. z tyłu za muzykami wizualizacje. warszawa nocą. prosty pomysł. dla marty kadry mogłyby być jeszcze bardziej nieostre. a sceny ukazują po kolei plac bankowy, ukryty pomnik papieża, rozmyte światła, pusty park i ławki, muzyka phantomsów, który na ulicy zapala papierosa, schodzi w dół do metra. absolutny strzał w dziesiątkę. po phantomsach przyszła kolej na the vinal stitches. wydaje mi się, że będzie im trudno konkurować z poprzednikiem. zaczynają bardzo energetycznie. cięższe brzmieniowo, nieodrodne dzieci velvet underground i brudnych lat siedemdziesiątych. za bębnami sam-bam kobitka o jasnych włosach i zapewne ciemnej duszy. podobno perkusiści grają całym ciałem. w sobotę było to widać jak na dłoni. prosty rytm, ale jaka energia i te podrygujące włosy… żywioł tak wielki, że kilka razy musiała ona poprawiać ułożenie swojego instrumentu. gitarzyści o obowiązkowych bokobrodach wyobrazili sobie, że nieźle byłoby tworzyć muzykę nie tylko dla dziewczyn i ten zamiar udał im się w pełni. a ja minionej soboty miałem się tylko spotkać ze znajomymi, a na parkiecie znowu zostawiłem nie małą cześć zdrowia. after party skrojone wybornie poza kilkoma odchyłami w kierunkach brzmień bardziej dyskotekowych. co do całości, powtórzę to, co powiedziałem nad wisłą, gdy po koncercie udaliśmy się tam z częścią znajomych: jeżeli kapela umie wciągnąć grając zarówno wolno jak i szybko, to mnie przekonuje. w sobotę obie kapele grały wciągająco, ale phantoms zaprezentowali szersze spektrum możliwości. nie nużąc przy tym. dla mnie numer jeden.

środa, 25 listopada 2009

onodyseja 26 listopada

w czwartek będzie o poezji pawła sarny. po tekst znowu zajrzę do biura literackiego. „biały ojczeNasz” autora to zbiór wierszy enigmatycznych i wymagających skupienia. podobno są biegunowe w odbiorze – albo jest się za, albo przeciw. nic po środku. wg romana honeta „poeta odsunął się od rówieśników. gdyby nie ta decyzja czy przypadek, niepojęte zrządzenie losu, mógłby zostać kolejnym poetą miasta – zblazowany, niczemu, by się wtedy nie dziwił, może czasem narzekałby, że trzeba chodzić po chodniku zamiast pod chodnikiem.” źródłami podziemnymi jak myślę wprost do ukrytych sadów, w których czasem odstraszam niewidome ptaki. bo prawdziwe słońce i przyroda kompletnie mnie już nie obchodzą. zatem moja osoba posiada cechy zblazowania. może gdybym unosił się 30 cm ponad omawianą powierzchnią, to bym nie był. to zawsze bliżej jedni. zastanawiam się jednak czy paweł sarna jest poetą z miasta, bo drogi, którymi chadza są miększe…

„jest zmierzch czerwony pory suchej. noc będzie chłodna.
widziałaś? chwasty
uwiły swe gniazda. coraz więcej kamieni -
kamień na kamieniu powija.” z utworu „czerwony, czerwony”

co do muzyki postaram się znaleźć jakieś tereny zielone wśród bzyczenia miejskiej sygnalizacji i wyładowań elektryczności. może kings of caramel, sigur ros…




powyżej pierwszy utwór sigur ros jaki słyszałem.
mój brat nazywa go ziewaniem i wyciąganiem się.

wtorek, 24 listopada 2009

fabryka dźwięku z muz

na dniach wytwórnia fabryka dźwięku z muz rozda swoje płyty na koncertach lub po wysłaniu maila z prośbą o konkretną pozycję z ich katalogu. całkowicie za darmo. koszt przesyłki to 4 zł. manifest antykomercyjny. na facebooku przeczytałem, że ta sama wytwórnia rozda płyty za darmo, ale „jeśli czujemy, że powinno być inaczej, możemy zapłacić dowolną kwotę”. moje oko dziecka podpowiada mi, że manifest traci na wyrazistości. wchodzę na fb i czytam jeszcze raz, czy się nie pomyliłem. otóż nie. po chwili zastanowienia pytam sam siebie, kto myśli o samobójstwie, mając nadzieję, że może jednak uda mu się robić to co lubi? robert lotyń z, fdm, który wypowiada się za tą ideą, pisze, że każdy z nas, jako dzieckomiał umysł, świeży, otwarty i chłonny, a nie wyrafinowany i zepsuty” i dalej byśmy pamiętali o tym, że „takich ludzi jest nadal wielu i to im należy się szansa”. pisząc szansa ma na myśli obcowanie z dobrą muzyką. Nie wiem jak wyglądałaby moja edukacja muzyczna, gdybym w dzieciństwie otaczał się dźwiękami pokroju zerovy czy new century classics, ale wiem, że chłonność dziecka zaprowadzała mnie w rejony bardzo grząskie… przyjęcie świata młodymi oczami i słuchem rzeczywiście było czyste, ale pozbawione umiejętności rozpoznania tego, co jest istotne, a co nie. (led zeppelin przeczekało w sklepie prawie dekadę w kolejce za technotronic) inna sprawa, że dźwięki kapel z fdm są karmelowe, ładnie rozprowadzają się po powierzchni ducha, a co, z painkiller lub coil, jako black light district? te chyba już nie. gdybym słuchał ich, jako dziecko stałbym się najprawdopodobniej najmłodszym podróżnikiem do stolicy dla nerwowo chorych. a i to jest przecież muzyka alternatywna(no może bardziej awangardowa), dlatego zgadzam się, z tym, co pobrzmiewa pod rozgoryczeniem artystów (z fdm i nie tylko), że wszystko rozbija się o edukację i właściwe komponowanie muzycznego świata. mainstream wybiera jaskrawość, prostotę (żeby nie powiedzieć prostactwo) i jawne kalki wszystkiego. jak pisze qba popo (jeden z artystów fdm): „wypychają do przodu gwiazdy jednego sezonu, cukierkowe śpiewające pochwy, piosenkę o dymaniu w samochodzie czy vasyla i tygrysa, szerząc tępotę.” tak sobie myślę, że mainstream to chyba jedyna gałąź biznesu, w której za słabe produkty płacimy (być może) drożej niż za wyroby dobre. to tak jakby za słabej marki wino płacić więcej niż za wino leżakujące kilkadziesiąt lat. jednak utopią byłaby sytuacja, w której każda produkcja alternatywna miałaby być dostępna w wydaniu płytowym. nie każda, bowiem ma wartość. przyjmuje jednak, że te z w/w labelu tak. mimo wszystko fajnie byłoby przebierać tylko w alternatywie, rezygnując z obśmiewania kombi i culture beat (o ile jeszcze istnieją) chyba tak? nie? kończąc pisanie, fajny gest dokonany przez fabrykę muz. po co płyty mają się zmarnować, wobec braku zainteresowania ich dystrybucją ze strony wielkich firm. ale też ostatnie wołanie o bycie zauważonym. desperackie. znów odwołujące się do sumień odbiorców.

sobota, 21 listopada 2009

linia nr 175

mam sen. jestem w autobusie linii 175 na rogu ulic bonifraterskiej i miodowej. jest przed południem, a więc jest jeszcze jasno. kierowca robi niespodziewany manewr. zamiast jechać prosto i później okrążyć stadion polonii w kierunku ulicy konwiktorskiej, skręca przy pomniku ofiar holocaustu. zawraca na trasę, z której właśnie przyjechał. niesamowitości sytuacji dodaje fakt, że moje rzeczy osobiste znajdują się na kilku tylnych fotelach. autobus poza mną i kierowcą jest pusty. dodatkowo wycieram się, stojąc z ręcznikiem w przejściu. zatem wcześniej musiałem wziąć kąpiel lub prysznic. tego jednak nie pamiętam. ani dokąd jadę lub skąd wracam. niemniej jednak coraz bardziej staję się świadomy zaistniałej sytuacji. zaczynam przebierać się coraz bardziej nerwowo. moje ruchy są jednak spowolnione, nie proporcjonalne do stanu podenerwowania, który motywuje do szybkich działań. na następnym przystanku na pewno już czekają ludzie. dlaczego znalazłem się na muranowie? być może, dlatego, że wczoraj postanowiłem sprawdzić wynik meczu stołecznych derbów. po tym jak zobaczyłem opis kolegi na gg: „polonia kaaaa, polonia esssss, polonia zawsze kurwą jest” ale dlaczego jestem na muranowie, a nie na powiślu? to nie mogło być, zatem bezpośrednią przyczyną podróży w te rejony. a jedynie jedną z jej części składowych. a co z dominantą? gdyby autobus trzymał się standardowej trasy, miałbym na przebranie się jeszcze dwa przystanki przed pętlą. wiaty widma, które przeważnie stoją puste. a tak naprzeciwko kościoła bonifratrów na pewno stoją już rozlokowani ludzie. ewidentnie sfera id wystawia mnie na próbę. ale jaki może mieć w tym cel? właśnie zdaje sobie sprawę, że na przystanku ktoś na mnie czeka. od tego czy zdążę się przebrać będą najprawdopodobniej zależały nasze przyszłe relacje. za bardziej złożoną topografią snu kryje się impuls wysłany z podświadomości, że ta osoba cały czas na mnie patrzy. mimo, iż fizycznie (pseudofizycznie) znajduje się cały czas na przystanku. zatem to pewnie kierowca. on wie o wszystkim. zmienił trasę, by skonfrontować mnie z tą niezręczną sytuacją. chce zobaczyć jak z niej wybrnę, bowiem w międzyczasie odczytał moje myśli z całego życia, które dość buńczucznie opowiadały się za nie skrępowaniem ciała. powtarzanymi w wyobraźni manifestami powrotu do natury. zapisanymi w pamięci performanceami pawła altamera, który opuszcza inny środek lokomocji blisko lasu, a idąc ścieżką w jego głąb zdejmuje z siebie całą garderobę. zatem we śnie jestem jeszcze większym ekshibicjonistą niż on. poza tym mam już drugą cześć składową sennej etymologii. przez chwilę zastanawiam się czy kierowca nie jest sterowany przez osobę, która mnie oczekuje. co wyklucza jego emocjonalny udział. próbuje sobie przypomnieć czy widziałem wyraz jego twarzy. ale zlała się ona idealnie z wnętrzem autobusu. mogłaby być lusterkiem lub proporczykiem powieszonym na tle szyby. a jednak pamiętam, że raz odwróciła się. na chwilę przed skrętem rysował się na niej śmiech, ale nie zastanawiałem się nad nim. zresztą nie było czasu. w krótkich migawkach miałem przeświadczenie, że jego twarz, a także twarze innych ludzi przetasowują się jak talie kart. działo się to w momencie, gdy na nie, nie patrzyłem. gdy odwracałem się do nich zatrzymywały się, były już niezmienne. to nie była jednak stabilność, w każdej z nich widziałem tłum. zmieniały się tak, jakby ukryty w ich szyjach mechanizm światowida, na każdą z pór roku zepsuł się, kręcąc się w szybszym tempie.
tuż przed przystankiem muranowska zaczęło się robić coraz jaśniej. projekcja zaczęła blaknąć, aż zobaczyłem intensywną biel. pętla jak pokój. kadry powiesiły się. podsumowanie. nie wiem, kim była osoba czekająca na przystanku. najprawdopodobniej sferę id reprezentował kierowca, pozwalając mi na kąpiel w autobusie. w tym celu wyłączył superego, aż do momentu skonfrontowania intymności z okiem innych ludzi. chciał wystawić moje ego na agorze przystanku. wniosek. tłum zadziałał jak budzik. udało mu się przerwać sen przed godziną dwunastą w sobotę. wybudzenie, które przerwało cykl może świadczyć na niekorzyść mojej koncepcji nagości. a być może obroniło ją przed koniecznością bezowocnego odpierania zarzutów, które w tej chwili przychodzą mi do głowy, gdy pociągam mój sen dalej.

white rainbow - new clouds

skupiam się na najprostszych czynnościach. mam dużo czasu i przeczucie, że za oknem stanęła całkiem udana makieta sawanny. przecieram ze zdumienia uszy i widzę afrykański pejzaż. pojedyncze drzewa przypominają pogarbione żyrafy z głowami utkwionymi w sadzawce zachodzącego słońca. dodam, że powietrze ma kolor czerwony. temperatura, choć zbliża się wieczór jest stabilna. czuję się jak w wannie z letnią wodą. w tym kolorze, co niebo. słychać świerszcze. pod jednym z drzew grupa ludzi rozpaliła ognisko i zaczęła grać na bębnach. to tylko wydobycie rytmu przyrody w ich sprawnych rękach. na tle tego wszystkiego pojawiają się męskie wokalizy, wzięte jakby z innego świata. staje się jasne, że w pobliżu jest jakieś źródło. to ono niesie echo. komasuje je. nagle odkrywam, że jestem świadkiem obrzędu jednego z koczowniczych plemion afryki, oglądając je z wnętrza jakiejś groty. a może to ukryte miejsce nowego kultu, którego pole siłowe jakimś dziwnym trafem udało mi się przejść. tak te dźwięki jakoś nie chcą do końca zdradzić swojego pochodzenia. lecz jeżeli będę cicho mam szansę doświadczyć objawień świetlistych istot o kształcie motyli. żywych fajerwerków. słuchając tej muzyki mam wrażenie, że jestem narratorem uczestniczącym, ale zachowującym status nietykalności i emocjonalny immunitet. na moich oczach zachodzą dziwne przemiany, chociaż forma tej muzyki jest bardzo powtarzalna, to jest dziwnie inna. rozwija się w sensie niemalże biologicznym. niczym dźwiękowe „genesis z ducha” ku przejawom bardziej doskonałym. samoszlifujący się dźwięk. no może nie samo, ale dyrygowany czarodziejską różdżką w studiu wyobraźni adama forknera. spędzam kolejny wieczór z tą muzyką. dochodzę do wniosku, że „white rainbow” opowiada się za zharmonizowanym porządkiem świata w duchu jakiejś wyższej obrzędowości. natura i wewnętrzna morficzność. powszedniość metafizyczna? łakomy kąsek dla szukających inspiracji w monotonii i powtarzalności świata. niczym duchowa dobudówka, dodatkowe pomieszczenie dla wyobraźni. mantrowość utrzymująca odpowiedni poziom endorfin we krwi. homeostaza molekuł emocji. white rainbow jest trochę jak terapia za pomocą sztuki. przypomina, że powtarzalność też może być inspirująca. jestem w trakcie zaludniania tej przestrzeni sobą. robię to z powodzeniem od kilku dni. właśnie zaczynam rozmowy na temat importu nowych chmur prosto z oryginalnej biblijnej oferty przekazanej mi przez wysłanników izajasza.