wtorek, 19 stycznia 2016

podsumowanie muzyczne 2015

Viet Cong - Viet Cong

Opisać Vietcong jako soniczny napalm to posłużyć się skojarzeniem tyleż wdzięcznym co banalnym. Pochwalić za finezję, która stoi w kontrze do uprawianego gatunku, i napisać, że to nietypowe jak na scenę post punkowo noisową, znaczyłoby wykazać się ignorancją w stosunku do kapel rozsadzających ten gatunek od kilku lat. Jeżeli jest tu trochę artyzmu, to w porównaniu np. z Ought słowo to inaczej rezonuje: pod kurtką Viet Cong słychać przeładowanie magazynka – może to praca bębnów? Noise rock w „Continental shelf” idzie w kierunku Place to a bury strangers (a może każdy noise rock idzie w tym kierunku), natomiast w „Silhouettes” zdaje mi się, że słyszę „Czy tu się głowy ścina”? W obu przypadkach to jednak nie zarzut.

Archy Marshall - A New Place 2 Drown

To prawdziwe imię i nazwisko King Krule, a jeszcze wcześniej Zoo Kida. Jak się okazuje nie tylko dane uległy zmianie ale i muzyka z analogowej na elektroniczną. Mimo wolty nowy materiał cały czas skrywa w sobie ducha pierwszych nagrań (czytaj jest pozytywnie melancholijny). Natomiast tym co go różni jest rezygnacja z użycia gitar. A jeżeli są, to po sporym retuszu. Przyznam się, że gościnny występ Marchalla w Mount Kimbie i poprzednia jego płyta nie zachwyciły mnie. Miałem wrażenie, że właśnie elektroniczna otoczka dla bluesowo rockowego głosu się nie sprawdza. I że już nie ma odwrotu. Okazało się jednak, że muzyk potrafi odnaleźć się i w tym sztafażu i zrobić to w sobie znany, celowo bełkotliwy i zarazem ciepły sposób.

Gorilla Monsoon – Firegod: Feeding the beast

Płyta przypomina mi najlepszy album Gorilla czyli „Demage King”. Niestety nie osiąga jego poziomu. Chociażby ze względu na piosenkowy charakter. Ale po wypadku przy pracy jakim było „Extermination Hammer”, cofającym kapelę w rozwoju do poziomu chcących zamoczyć piętnastolatków wydawnictwo jest miłym zaskoczeniem (nawet powracający w P.O.R.N temat seksu został potraktowany poważnie). Kiedyś Death-Stonner-Doom robiony za sprawą grubych gitar, zwolnień doświadczanych tylko w biurowych windach z mięsem i zachrypłych jodłowań ponad blokami Drezna w kierunku pokrytego smogiem księżyca w 2015 roku powrócił do swych korzeni tylko zamiast metalowej swady nad wszystkim zawisnął klimat stadionowego schyłku. Mój faworyt to „Law of the riff” - ten tytuł zobowiązuje.

Songhoy Blues - Music in Exile

Nowy czad z Timbuktu. Skoczny, momentami znośnie rzewny bluesowy rajd przez pustynię. W niedawnym filmie pt. Timbuktu pojawia się epizod z muzykami skazanymi za śpiew i granie - ów los mógł stać się udziałem Songhoy, gdyby zespół nie opuścił tegoż miasta. Ale powracając do samej muzyki: są tu flirtujące z szeroką gamą instrumentów perkusyjnych melodyjne gitary zespalające się w afrykańskim żywiole. Po drodze usłyszymy też plemienne zaśpiewy brnące przez piaskowo rockowy zaczyn.

Taco Hemingway - Trójkąt Warszawski

Podwójnie rymowane wersy nie tylko ciekawią ale zapadają w pamięć. Autor jest spoza środowiska hip hopowego i co krok nie musi udowadniać swojego rodowodu przez co poddając tekst literackiej obróbce ma mniej wypieków na twarzy. Nocna Warszawa przeżywana jest jak życie na gorąco z odautorskim komentarzem, nierzadko poetyckim. W intrach głosy z kronik, a w środku miasto nakryte do imprezy. Wchodzę w to.


Tame Impala - Currents

Ten album to jeden utwór grany w kilku wariantach. Do tego od trzech płyt. Przy tej muzyce można poczuć się jak Piotr Fronczewski w klubie disko (np. unieść w sylwestrowy tan Janinę Paradowską wprost ze studia Superstacji na betonowe pola Stadionu Narodowego i nie myśleć, że robi coś niestosownego). Zabawi fana muzyki tanecznej, który po usłyszeniu Tame Impala poczuje wyrzuty sumienia i odnowi swoją miłość do rocka. Psychodeliczność tego projektu nikogo nie skrzywdzi, ani nie urazi. Rytm wprawi w drganie najbardziej drewniane ucho i nogę. Rodzice uwierzą ci, że do odbioru tak przyjemnych dźwięków nie będziesz potrzebował/a jakichkolwiek substancji psychoaktywnych. Bo przy Currents wszyscy poczują się wygrani i spełnieni. Na czele z autorem tego wpisu.

Thee oh sees - Mutilator defeated at last

Psychodelicje z reverbu. Szelmowskie wokale z podkręceniem wąsa i musowym ich oblizaniem. W 'Turned out light” daję słowo słychać echo Aphrodite's child. Sporo tu gitarowych wyścigów po Route 66 w oparach noisowego kurzu. Zresztą określenia alternatywny, garażowy, psychodeliczny, niezależny mieszają się ze słowem rock i pojawiają się w wielu kombinacjach. Oprócz tego gdzieś obok słychać punka i niebanalną balladowość. Zdarzy się też, że gitarową hulankę przerwą klimatyczne hamondy.

William Basinski – Cascade

Mój powrót do ambientowych odnóg w muzyce. Muzyka jako ciągły proces. Do tego niezbyt skomplikowany, bo oparty na zaledwie kilku zapętlonych i odtwarzanych na nowo akordach. I tak jak czasem nie sposób ocenić czy użyty w muzyce sampel jest odgłosem trzeszczącego lodu czy syczeniem ognia, tak i tu nie mogę jednoznacznie postawić na odrealnienie czy kołyszącą prozaiczność. Wszystko co słyszalne na tym albumie jest po prostu zachwytem na wyciągnięcie ucha. Dla mnie obie z tych wersji i nadrealna i zanurzona w prawach fizyki zachwycają po równo. Jeżeli można odkryć w tych dźwiękach dawkę prozaiczności, to jej szara kaskada kryje w sobie sporą głębię.

All we are – All we are

To jedna z tych kapel, która mogłaby powstać wszędzie. A tworzona przez nią muzyka chce dotykać sfer wyłącznie miłych i delikatnych. Używa do tego łagodnych gitar, pstrykanego paluszkami basu i tylko uderzenia w werbel zdają się bardziej wyraźne. Niedawno usłyszałem, że formacja ta momentami przypomina Siouxsie and the banshees tylko jest trochę bardziej uładzona i monotonna. Niektórzy z komentatorów bywają bardziej złośliwi. No cóż, ja do nich nie należę i z nieukrywaną radością oddaję się temu zawieszonemu między śnieniem na jawie, a stylistyką retro popowi.

czwartek, 31 grudnia 2015

podsumowanie muzyczne 2014


archspire - the lucid collective

czysta kalkulacja i technika. bez epickiej ckliwości i nowomodnych ściem w stylu deafheaven. nie jest to ekstremalnie szybki iron maiden z growlem, charakterystyczny dla "tetris" metalu. koncept na muzę inspirowany polskim yattering i sceptic, momentami death i cynic. w sam raz jako ładunek na podróż autobusem w godzinach szczytu.



big ups - eighteen hours of static

post-hardcore i właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. ciekawe, nieśpieszne melodie mieszają się z melodiami bardziej wartkimi i równie ciekawymi. głos od melo do krzyku. niby emo, ale facet na froncie bardziej godny zaufania. zwłaszcza, że już pod koniec pierwszego tracku śpiewa: "open yourself, before it's too late"




gazelle twist - unflesh

"this is like cannibal corpse for housewives and cute classy women" to jeden z komentarzy pod utworem "anti body". jedna z tych młodych niepokornych dam, ukrywających wdzięki i robiąca z elektroniki awangardę mijając po drodze trip-hop. ale całość to nie konkretny gatunek/gatunki ale bagaż skojarzeniowo-kulturalny, dla którego ujścia posłużył akurat ten środek wyrazu jakim jest muzyka.



jungle - jungle

muzyka ta początkowo służyła mi do czytania i krzątania się po domu. wraz z upływającym czasem nie tylko. to powściągliwy w środkach wyrazu i z dużym wyczuciem zrealizowany dancehall, a na dokładkę leniwie taneczny chillout.





merkabah - moloch

moim zdaniem ten album na żywo wypada dużo lepiej. nie widząc działań muzyków na scenie trudno wychwycić wszystkie instrumentalne zaczepienia. ogólnie to dźwiękowy rumor w akompaniamencie z saksofonem. mankamenty: podobnie grane blasty, przedłużane momenty suspensu.




shellac - dude incredible

cały czas jest to manifestowany z dużym zacięciem rock z domieszką indie i post-punka. cieszą wychwytywane przez ucho riffy i stale obecna instrumentalna czytelność. senny wokal i przyczajony wrzask, który potrafi wysunąć się na szpicę.





the cutthroat 9 - dissent

jeżeli uznać, że jest to noise rock i punk to wykorzystany do końca i na grubo. a jeżeli już hard core to bardziej przypomina sterowanie hipopotamem niż konkurs szybkości angielskich chartów. basowe przestery, kładzione obficie na każdą sekundę dają w efekcie kilkutonowe dzieło.





todd terje - it's album time

"skromny młodzieniec wychowany na kultowych imprezach w oslo". ponoć podążył za erudycyjną odmianą muzyki disco. dla mnie taneczno-romantyczny kicz and pop. gdzieniegdzie wysunięte pianinko, charakterystyczne podbicia basowe niczym w elektro do tego wiatr we wąsach i rozbudowane trasy wyścigów jak z need for speed... zeszłoroczna płyta kavinsky „outrun” jest dobrym tropem, żeby wiedzieć z czym ma się przyjemność.


we will fail - verstörung

jak pisze autorka jest to "projekt skupiający się na przyjemności błądzenia". po pierwsze: płeć piękna powiła te dźwięki. po drugie: programowo odcięła się od wszelkiej prostoty i oczywistości. i właśnie dlatego warto na kilkadziesiąt minut zrezygnować z muzycznych przyzwyczajeń.




sting nie zagra w kazachstanie - sting nie zagra w kazachstanie

eksperymentalny powiew jazzu, ambientu i noisu. na co dzień członkowie wielu kapel takich jak merkabah, the spouds, evvolves, kiev office połączyli swe siły czym zwrócili uwagę słuchaczy i krytyków. jedna z wielu sesji improwizowanych, które muzycy grali w różnych konfiguracjach personalnych tutaj została skonkretyzowana, podrasowana sporym dystansem i wydana przez fuck you hipster records. 


chet faker - built on glass
piszącemu te słowa swoim nieśpiesznym soulowo-elektroniczno-akustycznym repertuarem ten lumberseksualny facet z australii na kilka miesięcy podmienił nucącego rachityczne pieśni niewinności jamesa blake'a. do teledysku dorzucił wrotkarki, na które łypie mętnym i melancholijnym wzrokiem. ilość lat na karku wskazuje, że to właśnie ten czas, gdy już wypada opowiadać o znudzeniu i rozczarowaniu światem doczesnym zwłaszcza, że rysy twarzy właśnie nabyły umiejętność wyglądania na znudzonego i rozczarowanego.

dean blunt - black metal

przypuśćmy, że jest to zgaszony black soul. przypuśćmy, że lider potrafi śpiewać, ale raczej rezygnuje z tego przywileju. i że całość nie zasadza się na wystudiowanym artyzmie rodem z performersko-muzycznych projektów z muzeum sztuki współczesnej. a nawet jeżeli to wszystko tam jest, to można polubić za to, że muzyka bardzo nie lubi podążać w wytyczonym przez jeden muzyczny gatunek kierunku. i przeważnie jej to wychodzi.


odraza - esperalem tkane

odraza gra black metal. od intra do końca. niemniej w ciągu kilkudziesięciu minut niczym czarna dziura między screamy, gitary i bębny wchłonie także inne muzyczne elementy. w zespole udział bierze dwóch muzyków. obaj mają zajawki spoza podwórka. na swoim podwórku też się dobrze znają. kilka rzewnych fragmentów mógłby zastąpić choćby blues, który się tutaj pojawia i wyszłaby z tego jeszcze lepsza płyta.



pablopavo & ludziki - polor

„cudze piosenki odprowadzały mnie do domu”, a piszącego te słowa nierzadko właśnie ten album. listę początkowych faworytów w postaci utworów: „krzysiek”, „patrz jak stara się wiatr”, i „koty” poszerzyły kolejne piosenki takie jak „pablo i pavo” oraz „eleganccy pesymiści” słowem są tu utwory, które odkrywa się wraz z czasem, a także z przyjemnością wraca do starych.


st. vincent - st. vincent

zdobyła mnie sesją nagraniową dla 4ad records. dwa lata temu kolaborowała z davidem byrnem. ma wiele uroku osobistego i sporo pomysłów jak na multiinstrumentalistkę przystało. bez problemu odnalazłaby się w różnych konfiguracjach duetowych. aranżuje skoczny, romantyczny i zadumany indie pop. gdy trzeba korzysta z manifestu songwriterskiego oraz delikatnej awangardy. tylko w „prince johny” za bardzo przeraża mnie to połączenie madonny z laną del rey.

piątek, 24 stycznia 2014

podsumowanie muzyczne 2013 (zestaw najczęściej słuchanych przeze mnie płyt w minionym roku)

1. Alameda 3 – Późne królestwo

Kuba Ziołek ma romantyczne podejście do black metalu. Ilość projektów sygnowanych jego nazwiskiem w 2013 roku była imponująca. Tym razem z malarskim wyczuciem (zanim łąki nawodni krew i wzrosną kwiaty zła) skomponował suitę dla zagrożonych i wrażliwych gatunków, których piękna nie należy kojarzyć z tekstyliami przywiezionymi z rajów podatkowych. Całość to akustyczna i elektryczna interferencja, pogłosy wprawiające w wibracje pierścienie planet odleglejszych od Saturna. Wreszcie wiem dlaczego ten twórczy potlacz artysta proponował przez cały 2013 rok, otóż chciał zdążyć przed Ragnarokiem, który wg kalendarza Wikingów przypada na 22 lutego 2014. 


2. O.S.T.R. & Hades – HAOS

Ten album to powrót do niezobowiązujących melanży (czytaj gówniarskich), na które wbijało się na krzywy ryj, nie mając nawet 5 zeta w kieszeni. Obok obowiązkowego truskulu, grubych bitów zdarzają się momenty chillowe (ale nawet leżąc do góry jajami na hamaku, duet nie luzuje się na tyle, żeby stać się towarzyski). A gdy się staje jest do bólu przewidywalny i stereotypowy. Niestety w większości projektów hip-hopowych tak i tutaj miłość to sacrum, a kobieta to dziwka. (Ogarnijcie bałagan na strychu chłopaki). Nie da się ukryć, że OSTR jest o całe niebo bardziej kreatywny od Hadesa i lirycznie ciągnie projekt. Niewyparzony język sprawi, że co bardziej wrażliwsi chwycą się za głowę, a dzieciaki w gimbazie będą złowrogo podśpiewywać do siebie: „Twoja twarz, wiary brak, mówi wszystko w tym tonie, że w spodniach zamiast jaj ukrywasz kogel-mogel”.

3. The Bartenders – Szumna Session

Nagranie dokonane przy ulicy Szumnej w Wawrze przez muzyczne combo z udziałem wielu znamienitych gości, m.in. Dr. Ring.Ding, Duże Pe, Daniela Bromana. Po inspiracje muzycy wybrali się na Antyle, łącząc powiew ska, jazzu i reagge, ale też na nasze podwórko sięgając po utwór „Kattorna” Krzysztofa Komedy (nagrany w dwóch wersjach: bardziej klasycznej i zmiksowanej z przejmującą partią trąbki). Utwory instrumentalne przeplatają się z kompozycjami wokalnymi (Polsko i obcojęzycznymi), jamajskie rytmy spotykają jazzowe improwizacje, a żywioł nierzadko układa się z dubowym relaksem. Jednak tego pierwszego jest tu zdecydowanie więcej.



4. Boards of Canada - Tomorrow's Harvest
Prostym narzędziem interpretacyjnym, które posłuży mi do opisu tej płyty będzie obraz, a właściwie 2 obrazy, bo mógłbym je mnożyć w nieskończoność; przy „Reach for the dead” mam dwanaście lat i wspinam się na Mount Blank, unikając przy tym towarzystwa niejakiego Kordiana, który chce mi coś powiedzieć o posągu człowieka na posągu świata. W „White cyclosa” czekam w korytarzu jednej z amerykańskich szkół na Winnie Cooper i zastanawiam się czy otworzyć paczkę m&m'sów, którą mieliśmy zjeść razem... Tak, zabiegi z downtempem, ambientem i idm doskonale służą do uzupełniania braków pamięci. 


5. Arcade fire – Reflektor

Opisując nowy album zespołu mam łatwiej, gdyż nie słuchałem wcześniejszych jego płyt. To jedna z kapel, których sposób promocji działa na mnie odwrotnie proporcjonalnie i depresyjnie. Im głośniej o niej słychać, tym mniej mam chęci na słuchanie. Nawet rzeźba Rodina na okładce, nie zachęciłaby mnie, gdyby nie kolega, który puścił mi utwór Reflektor. Piosenka spodobała się nawet mojej mamie, co znaczy, że mój gust muzyczny łagodnieje i zbliża się do radosnej homeostazy. Album wyróżnia się indierockową różnorodnością i wciąga wieloosobowym żywiołem. Debiut Arcade fire, którego posłuchałem na dniach, przy aktualnej propozycji, staje się zestawem piosenek dla smutnych ludzi. 

6. Darkside – Psychic

Muzyka, którą trudno zdefiniować. (Raz mi się zdaje, że to markowany elektroniką indie pop a, gdy włączam płytę od nowa, słyszę podrasowane avant popem samplery). Jest to album o nieregularnej długości utworów i dużej ilości zapożyczeń z różnych estetyk muzycznych. Otwierająca płytę, 11 minutowa kompozycja, rozgrywa się na pograniczu elektroniki kołysanej samplami wiolonczel, bardzo umiejętnie schowanym rytmem elektro oraz odrealnionym, wysokim męskim głosem. Nieśpieszność jest domeną wszystkich utworów. Stylistyka gry zmienia się wiele razy; w różnych konfiguracjach pojawia się gitara, klawisze, bardziej rockowy styl śpiewania, to znów następuje odejście w kierunku wyciszonego eksperymentowania i tak aż do samego końca.

7. Forest swords – Engravings
Trudno uwierzyć, że za projekt odpowiedzialna jest jedna, w dodatku bardzo młoda osoba. Mieszanka etnicznych podejść do muzyki, której miejsce geograficzne ciężko jednoznacznie określić (dla przykładu w utworze „Irby Tremor” rdzenne piszczałki natrafiają na arabską, smyczkową synkopę i gitarę rodem z westernu). Jest tu też miejsce dla chórów i różnej maści wokaliz, delikatnej dubowej psychodelii i przesterowanej gitary. Mroczne, klimatyczne, a zarazem delikatne granie.

8. Portal - Vexovoid 

To zainfekowany blackiem death metal albo na odwrót. Determinantem, jak to często bywa w tego rodzaju produkcjach, jest chaos i Lovecraft. Jak wiadomo chaos był pierwszy. Muzycy Portal też to wiedzą i opiewają go na cześć swojego guru. Jeżeli w 2013 roku pisarz miałby z tego powodu przewrócić się w grobie, to tylko i wyłącznie z podniecenia. Atmosfera na planie Portal jest tak gęsta, że elementów scenografii nie trzeba sklejać lub zbijać gwoźdźmi. Hypnos, Cthulhu oraz reszta lovecraftowskiego bestiariusza dawno nie rozpełzała się w muzyce z taką arogancją. Dozowanie płyty: ze względu na licznik Geigera pierwszy odsłuch nie powinien trwać dłużej niż 14 minut. Sprawdzone info.


9. Kavinsky – Outrun
Historia ukuta na potrzeby tego albumu jest oczywista: kierowca Ferrari Testarossa ulega wypadkowi, zamienia się w zombie i jako dj nagrywa płytę. Czy może być coś bardziej kiczowatego? Oczywiście, że tak, muzyka zawarta na „Outrun”. Disco lat 80-tych robiące z parkietowych miłostek tani wodewil plus francuska szkoła podrywu na mokrą włoszkę (patrz Nightcall). W podstawówce słysząc te dźwięki powiedziałbym kumplom na głos, że są chujowe, a jednocześnie czekałbym na miłosny fart w postaci długowłosej blondynki przywołującej mnie palcem na parkiet. ech

10a. Hatti vatti – Algebra
Kolejny jednoosobowy projekt, tym razem gitarzysty formacji „Gówno”, DJ i producenta muzycznego. O swoim pomyśle mówi, że jest on: „dźwiękową relacją z podróży po krajach arabskich przetworzoną cyfrowo i zmieszaną z oszczędną aranżacją z rejonów dubu i minimal techno". Jako słuchacz cieszę się, że nie wszystko w tej muzyce zostało podporządkowane rytmice. Poza tym ornamentyka arabska nie zabiera całej przestrzeni muzycznej. Przyczepiłbym się tylko do chórów w utworze „Algebra #4” , które moim zdaniem, zbyt blisko sytuują Hatti Vatti wobec dokonań Burial. Muzyka idealna, żeby oddać się refleksji, posnuć się po domu w piżamie. Wypada też nieźle jako tło dla wszelkiej maści zimowych czytanek.

10b. T'ien lai - Da'at
Oto free folk rozłożony na dronowej podbudowie. Po raz kolejny materiał wije Kuba Ziołek, a towarzyszy mu Łukasz Jędrzejczak. Radiowe częstotliwości mieszają się z syntezatorami, a raz uruchomione sample (np. cytry) świdrują w głowie z częstotliwością z jaką tarcza Krystyna ryła tunel pod Wisłą. Na programową mantrowość składają się ponadto gitarowe loopy i zaśpiewy o nieuchronnej automatyzacji procesów ludzkich. Nieśpieszne ambientowe przesyłki, sporo metafizycznych pierzyn (przypominających konfekcję z Alamedy 3) , z których Gloria to mógłby być autorski hołd dla Lisy Gerrard.

wtorek, 27 sierpnia 2013

nowe zoo adama kaczanowskiego

W zasadzie powinno być o dwóch książkach Adama Kaczanowskiego na raz, ale będzie o jednej. Trudno mi będzie błyskotliwiej napisać od Kanrada Kędera, który tak ubiera w słowa ostatnio przeczytany przeze mnie tomik: „Pan dyrektor Adam Kaczanowski pokazuje nam „Nowe zoo”. Wszystkie zwierzęta wyglądają fantastycznie, są dobrze odżywione. Szczególnie dobrze wyglądają aluzja popkulturowa, parafraza zgrabna oraz ironia właściwa. Mają duże wybiegi. Choć i szczegół biograficzny oraz chwila liryczna na swych maleńkich wybiegach mają się wcale nieźle…”


Bardzo to zgrabny opis. A ja zacznę od tego, że oprócz przytoczonych spostrzeżeń ta mała książka poetycka, co i rusz wywoływała u mnie spontaniczne wybuchy śmiechu, również w środkach komunikacji miejskiej… Ale do rzeczy - Kaczanowski pisze frazą prostą i zabawną. Ja liryczne jego wierszy jest kreatywne i towarzyskie jak jeden z bohaterów „Początku” Szczypiorskiego jedzący śniadania z Tacytem, Platonem i spółką, z tym że zamiast klasycznych filozofów ustawia się z popkulturowymi postaciami w stylu Humphreya Bogarta, Indiany Jonesa, Kaczora Donalda czy Myszki Miki. Byt tej ostatniej nie jest za lekki co unaocznia końcówka wiersza z 8 strony „Z innej bajki: lepiej być nikim/ niż Myszą Miki!/” natomiast w wierszu dalej (Tijuana Bibles) jest oglądana jako bohaterka amerykańskiego porno komiksu kupionego nieopodal Central Parku w scenie z Kaczorem Donaldem. To wszystko staje się pretekstem do konstatacji, która i mnie nurtuje po przeczytaniu wiersza: „nie pamiętam momentu, w którym/ ktokolwiek by mnie uświadomił w sprawach seksu./” Prawda, że to nie takie oczywiste? Wiersz „mi zoo giń” próbuje dowieść, że obyczajowo uporaliśmy się z utworem „Hej suczki” wstawiając w miejsce wspomnianych inne zwierzątka futerkowe - foczki. Pamiętam, że jakoś symultanicznie do foczek po miejskich chodnikach przechadzały się tabuny suń. Teraz dziewczyny to znów dupy, a faceci to seksy - updejtuję swoją wiedzę za Wysokimi Obcasami. Czyli synekdocha wyparła na powrót animizację, a język, tym razem prasy to uchwycił. Ciekawe, że partnerka ja mówiącego bywa nazywana kotką, co chyba oznacza, że język miłosny nie może obejść się bez nadawania cech zwierzęcych…
Wszystkie wiersze tego zbiorku opatrzone są sporym dystansem do siebie. Przebija przez nie miękkie życiopisanie, gdzieniegdzie lekka jak serek wiejski przaśność, humor rodem z czeskich scenariuszy. Sporadycznie jak w „Sluberandzkim wierszu” pojawia się liryczna zabawa z rymem, obrazem oraz profesorem Mattelem, który odwiedza bohatera w łóżku, gdy ten śpi. Bywa też poważniej jak w wierszu „fantastycznie” gdzie czytamy: „obcuje z ludźmi i przyrodą, są takie momenty/ kiedy dociera do mnie, że ziemia jest planetą/ a nie tylko asfaltem, ubitą ziemią. Na przykład: /burze, chmury pędzące po niebie, księżyc,/wtedy czuję się nieswojo dobrze…/

Im dalej w tomik Kaczanowskiego, tym jego wiersze bardziej się rozrastają. Już i tak szczodra fraza przechodzi w prozę poetycką. Zwiastują ją „Mieszane uczucia” mniej więcej w 30% poetycka opowieść o wyjeździe All Inclusive Pigi i Gonza, z bogatą socjetą Krety w tle, przedsiębiorcą Kermitem i wiszącą w powietrzu zdradą jak w „Oczach szeroko zamkniętych”, czy dużo krótszy „Kraniec Świata” resuscytujący opowieść o Adamie i Ewie w konwencji sf, lub „Post: ramadan”, w którym pojawiają się postaci znane z wcześniejszych wątków, potrząśnięte i ułożone na nowo w niemalże telenowelowym kalejdoskopie. 

piątek, 25 stycznia 2013

podsumowanie muzyczne 2012



ariel pink's haunted graffiti - mature themes


kombinowane  instrumenty i własne podejście do muzyki. eksperymenty, które trzymają się spódnicy dzieci kwiatów i freaków z obwoźnego cyrku. pochodzą z los angeles. nie wiem, czy więcej tu new weird america czy lo fi, ale słucha się tego z perwersyjnym zaciekawieniem i wypiekami na uszach. 


actress - r.i.p.

nawet taka muzyka nie jest jeszcze konkurencją, gdy po polifonicznych zabawach z jazzem chce się przedłużyć komfort przebywania z kilkoma równolegle i niebanalnie rozwijanymi motywami muzycznymi. ale jest tu sporo nienudnych pomysłów. post dub step/elektronika/ambient - przypomina mi trochę świeżość selected ambient works aphex twina, kiedy posłuchałem tamtej płyty po raz pierwszy.



grimes - visions

w teledysku do utworu genesis wokalistka ma bejsbolówkę i miecz. rytmiczne fantasy i dziewczęcość w stylu xeny wojowniczki z księżyca. momentami syntezatory brzmią jak z kraju kwitnącej wiśni. osobowość, która nie zatrzymała się na dokonaniach enyi i innych fantastek pop'u, by w wytartych jeansach wpaść do króliczej norki i poczekać na elektro clashową terapię dźwiękową serwowaną przez loli corowe wokalistki i początkujące suicide girls.


king krule - king krule ep

niestety tylko epka. brytolski akcent i nieśmiałość rudzielca. kapela kumpli, którzy na stację benzynową chadzają raczej po słodycze niż napoje wyskokowe. nieśpieszny, z lekka oniryczny rock. pierwsze zawody miłosne, w których na pewno nie liczy się kto pierwszy ten lepszy. jeżeli bujanie się to raczej w własnych marzeniach niż po zażyciu lsd. muzyka, która powinna rozbrzmiewać w fajnych momentach życia. duże wyczucie wokalne i melodii gitarowych.



kyoka - iSH

chciałbym żeby w większości klubów dje zmuszali słuchaczy do decyzji czy wejść na parkiet czy nie za pomocą takich dźwięków. poprzesuwane rytmy, trzaski i zapętlenia. kyokę należy przyjąć we względnym skupieniu po uprzednim wykonaniu serii przysiadów lub ćwiczeń rozluźniających mięśnie bioder i twarzy.





sensate focus - sensate focus

znowu epka. większość płyt w tym roku podoba mi się ze względu na poszczególne utwory niż całość. tu są tylko dwa, ale trwają ponad 20 min. nie jest to nic nowego po prostu taneczna elektronika, która sprawia wrażenie już, gdzieś zasłyszanej.







tame impala - lonerism

ukłon w stronę lat 60 tych. debiut był bardziej rockowy, choć nie unikał przebojowości. tu więcej przebojowości niż rocka. projekt ekstaza lub jak kto woli tęczowy rock. znajomi mówią, że dużo w tym substancji psychoaktywnych – i chyba to sprawia, że fajne pomysły zamiast się rozwijać przeżywają samozadowolenie i kończą się na nieco nużącej mantrowości. nie pozbawione jednak uroku.




ty segall band - slaughterhouse

wreszcie coś bardziej drapieżnego i brudnego. psycho-narkotykowe figle. garażowy brud i sprzęgająca gitara. jeżeli psychodelia to znowu ukłon w stronę minionych lat. szkoda, że prawie nic z cięższego grania, które nie cofałoby się w czasie po inspiracje nie jest mnie w stanie zainteresować. tutaj ujmują pomysły, które mimo założonego minimalizmu fajnie wyciągają tę muzykę ponad garażową przeciętność.



xxyyxx - xxyyxx

początkowo moja płyta roku. ponoć mobilizuje umysł i serce. nieśpieszne i gęste z drugiej strony ulotne i bardzo delikatne granie. zagłębienie w kobiecą naturę, ale tę bardziej leniwą. mam wrażenie, że do tańczenia na siedząco. kolega wojtek powiedziałby, że do trawienia. od pierwszej do ostatniej nuty utrzymana w chilloutowym stylu i raczej nie retro.





om - advaitic songs

czasu symfo/folk/metalu mam już za sobą. a tutaj niespodzianka. nie słuchałem poprzednich płyt. ponoć były bardziej minimalistyczne. zdarza się, że muzykom udaje się wyjść ponad gatunek, z którym mają na co dzień styczność. mam wrażenie, że na tej płycie właśnie to się stało. ujmujące prostotą aranżacji, gdzieniegdzie śpiewem, rytmem, brakiem przepychu w orkiestracjach i przede wszystkim gitarową miazgą.

wtorek, 22 stycznia 2013

o poście bartosza sadulskiego


pierwsze krytyczne spojrzenie na tekst przeżywa gary lineker (prehistoria chyba jeszcze głębsza niż kurt russell w „death proof”), nieśmiertelna fuga paula cellana i przejrzysta fraza ciągnięta do samego końca. na poziomie tekstowym liryka ta droczy się z kulturą pop i chce utrzeć nosa utrwalonym leksemom – np: znaczeniu słowa „przejęzyczenie”, autor nadaje erotyczny kierunek. dalej może być tylko śmieszniej i jest: „jak trwoga to do boga, bo nie dermatologa” – co dowodzi, że wcale nie trzeba się wstydzić rymów żeńskich i znajdować odpowiedniego patrona trosk. zastanawiam się kiedy w akcie szczerości, któryś z młodych poetów uczyni lekarza okresu dojrzewania adresatem swego wiersza (bardzo możliwe, że tak już jest). jestem na stronie 13 i dochodzę do wniosku, że utwór tytułowy, a zarazem reklamujący tomik na stronach księgarni nie jest wcale taki zły, w odniesieniu do wcześniejszej zawartości - "przepraszam nie chciałem być tendencyjny/ chłopcy naprawdę gniją nim zdążą dojrzeć/ na zawsze pozostają racjonalni jak google/ i zawzięci na pis/". ale i tu mam dylemat; czy dostrzeżenie racjonalności u chłopców to nadwrażliwość autora czy już zawiedziona perspektywa homoerotyczna?



mimo, że nie przekroczyłem jeszcze 20 strony słowa bóg i śmierć pojawiły się już dwukrotnie. skoro wyznanie wiary się dokonało, nadchodzi pora, by znów oddać się rzeczom śmiesznym, a tych dostarczą smutne dziewczyny, nieweseli chłopcy i studenci politechniki, którzy śmierdzą bardziej niż uniwersytetu. w „don’t kill the nightlife on your road” pojawia się batman, a jak wiadomo jego przybycie musi sprawić, że świat przedstawiony w wierszu zostanie uratowany, jak jeże na wylotówce z krakowa (to bodajże odnośnik do wysokich obcasów i pana, który robił to „bo po to ma rękę i rozum” – na marginesie to moje ulubione ssaki i lubię jeszcze wieloryby).


i kilka mniej lub bardziej ważnych uwag: tomik nie ma tej fajnej okładki, która jest w katalogu wyd. biblioteki poznańskiej. zamiast ładnej blondynki jest szkaradny napis „post” na niemniej szkaradnym, pomarańczowym tle. uwaga druga: wiersz na stronie księgarni nie zachęca do zapoznania się z całością. przynajmniej takie było moje pierwsze wrażenie. uwaga trzecia: „implozja” i inne wiersze z debiutanckiego arkusza poety przypominały mi sposób pisania podpatrzony u przemysława witkowskiego (do tego obaj wyglądają jak bliźniacy dwujajowi), a korektą wspomnianego zajął się roman honet, więc powielenie modelu wrocławskiego wisiało na włosku. uwaga czwarta: Liczba stron się zgadza = 40.

niedziela, 20 stycznia 2013

tomasz pułka - cennik


książki tomasza pułki sprawiają mi sporo radości i nieporównywalnie mniej kłopotu, chociaż o ten drugi autor zawsze bardzo zabiega. od czwartego tomiku te proporcje odwróciły się. dokładnie od "zespołu szkół" mam wrażenie, że ta poezja "zmęczyła się". mniej lub bardziej ustaliła się forma zapisu - na niekorzyść - zbanalizowała wymowę, zubożyła pole pojęć i tematów. o "zespole szkół" adam wiedeman pisał: "pułka już pisze tak dobrze, że może pisać niedobrze, a i tak jest dobrze". właściwie dlaczego? skoro zniknęła umiejętność spajania słów o rzadkiej frekwencji, finezyjne wyplątywanie się z retorycznych banałów i spostrzeżeń. o ile karol maliszewski w "inwazji i innych wierszach" dawał się uchwycić w "psycho-fizycznej" substancjalności (bardzo czytelny w stosunku do siebie, osób trzecich, problemów, etc.) o tyle pułka zachowywał daleko posuniętą efemeryczność. gro z tych wierszy mogłoby zostać wyrzucone przez maszynę, posługującą się kluczem średnich i dalszych skojarzeń, tak żeby pozostawić styczność z głównym tematem. tematem lub, żeby być precyzyjnym, fragmentarycznym sensem ujawniającym się wewnątrz wiersza. 


tyle o "zespole szkół". w wydanym niedawno "cenniku" podobnie jak w poezji sprzed okresu wspomnianego wydawnictwa (m.in. paralaksa w weekend, mix tape) zalęgło się sporo zagrań, które z abstrakcji, bardzo subtelnie, przenoszą w konkretnie ustalone sytuacje (w tym inicjowane przez mówienie). niestety te momenty nie trwają zbyt długo. sporo tu fraz, które absorbują wyłącznie niecodziennymi zestawieniami i porządkami gramatycznymi. mimo tego mam wrażenie, że jest to próba pisania, która nie chce się narzucać - wyczekuje u czytelnika atencji. poza tym "cennik" emanuje większym wyczuciem i kreatywnością w obrębie ustalonej w poprzednim tomiku dykcji (większość wersów zredukowana do prostej konstatacji tamże drażniła, tutaj jest wyselekcjonowana z zasobniejszego zbioru przeżyć) np. "przed snem czytam gazetę i śpiąc pracuję w gazecie,/rano się budzę pod drzwiami. podnoszony, rozkładany" (ukraina (5)). nie zniknął ten sam pomysł na budowanie zdań w oparciu o strumień świadomości, aliteracje i lingwistyczny respirator podtrzymujący życie strof. "/ten wiersz nie wywodzi się z żadnej tradycji > nic dookoła, nic bez cudzysłowu/". gdzieś tak w połowie lektury pojawia się coraz więcej pozrywanych trakcji logicznych, niegramatycznych zabiegów. jeżeli czyjaś definicja pisania byłaby tu bliska, to chyba roberta rybickiego: "chodzi o szaleństwo i technikę./ nie żadna tam poezyja i dobro".