czwartek, 3 grudnia 2009

onodyseja z opowiadaczem 3 grudnia

jak już wcześniej pisałem chciałbym, aby spotkanie z jarkiem kaczmarkiem doszło do skutku. taka okoliczność nadarzyła się blisko tydzień temu przy okazji opowieści średniowiecznych w instytucie teatralnym. tam swe opowieści snuli paweł górski i gosia litwinowicz - przyjaciele z grupy studnia o. a ja postaram się wywołać część z nadchodzących historii nieco wcześniej. no, może nie tak wcześniej, bo dopiero wieczorem o godz. 23.00. słuchajcie na www. radioaktywne.pl

środa, 2 grudnia 2009

mikropoczta

mój pokój pracuje jak mała poczta. ciągle przychodzą tu jakieś listy, a ja przesyłam je dalej. niedługo będę musiał odnowić najbliższą okolicę, tzn. od krzesła do drzwi, bo sprzęty pokrywają się kurzem, koc pokazuje pluszowe zęby, fotele coraz wygodniej rozkładają poręcze, a żyrandol już dawno powiesił się, inicjując degradację meblowej flory. w takich warunkach muszę wyjść. na zewnątrz monstrualne kieszenie bram. nie ma w nich ciepła, za to jest smród z warg klatek. z góry zwisają żarówki z kolcami - pożółkłe kaktusy na żelbetowym niebie. miejski czyściec.

od kilku tygodni mam bulimię osobowości. zwracam słowa. nieważne - mówione, pisane, czytane, wszystkie wypływają szarą strugą. czasem zostaje obgryziony wers lub dłuższa fraza na potrzeby zakupów w sklepie spożywczym. reszta to śmietnik zwrotów, które nie trafiły do adresata. w nim muszę znaleźć czasownik obsługujący dłonie tak, aby wzięły jej talie w garść, bo ona bardzo tego chce, ale sama nie umie. wymienić paczkordy imiesłowów, łączących nasze układy scalone, by wykluczyć negatywny obieg informacji. skonfigurować aktywne kanały krwi, by stymulowały jeszcze bardziej precyzyjną czułość. tylko po co? mam już dwa nieczynne krwiobiegi, zasilające puste przedsionki. starorzecza, które powstały z myśli czystych jak papier, aż pokruszyły się zapychając uliczki żył. na szczęście jest poczta i archiwum elektroniczne. tak sobie myślę, że choroba bulimii nie wzięła się u mnie przez przypadek. dojrzewała we mnie. żyła jak sublokator na mniej niż kilku centymetrach powierzchni mojego ciała. dokładnie w okolicach płatów wyobrażonych. wynajęła tam sobie pokój. karmiła się każdą frazą, ze strachu, aby żadnej nie ominąć. słowa obiecywały się jak nagie ciała, aż zapach stał się zbyt intensywny. naddatki formuł zaczęły rozkładać się. można było je już tylko zwrócić. podporządkować paradygmatowi higieny. fragmentaryzacji ośrodka zbierania mowy. tak, by przywrócić ład w pokoju. by zamiast części zdań na powrót zaludniły go meble i ruch. "słowa w kąt i nie odzywać mi się".

otwieram po cichu drzwi. skrzypią. krzesło nie odwróciło się. tylko ekran odbija widok na przedpokój i moją sylwetkę. w tle gwiazdozbiór lamp.

poniedziałek, 30 listopada 2009

leśni ludzie w progresji

weekend obfitował w koncerty. sobota upłynęła pod znakiem energetycznego rocka, niedziela pod znakiem żywiołowego metalu.

w progresji jesteśmy o 19.40. na szczęście było opóźnienie. troll gnet el (trol gnie świerk) zaczął jakiś kwadrans przed naszym przyjściem. bierzemy piwo i wchodzimy na salę. przed nami piątka muzyków. żywiołowy folk metal w spódnicach w kratę. tempo umpa, umpa, ale gdzie trzeba zwolnienia. skład z st. petersburga daje niezły pokaz. w szeregach prócz gitar i bębnów, fujarka i skrzypce. flecistka gra i śpiewa na przemian. gdy używa głosu chowa instrument za plisę rękawa. ma pogańską suknię i mocny wokal. śmiesznie wypadają utwory śpiewane w ojczystym języku. jak przystało na kapelę tego typu tzn.: z folkowo-piwnym przechyłem, prócz muzyki, nie mogło zabraknąć chmielowego trunku na scenie. muzycy popijali go w dużych drewnianych antałkach. wokalista (i gitarzysta zarazem) – poganin pełną gębą, z zakolami i o słusznej tuszy ma dobry kontakt z publiką. czytaj: po kilku haustach bursztynowego napoju i pozdrowieniach w języku polskim zyskuje sympatię publiczności. kapela gra krótki bis. w końcowym utworze pamiętam rozświetlony kaganek w ręce wokalistki i jej ciepły głos.

wymiana instrumentów. za chwile na scenie pojawią się przedstawiciele melodyjnego death. pierwsza próba triggerów robi wrażenie. piotr (red. kolega – przyp. autora) mówi, że nie ma jak podwójna stopa w końcówce „deliverance” opeth. ale to płyta, a ja pamiętam jak element ten zagłuszał nieco występ tychże, podczas marcowego koncertu w innym miejscu. zresztą za chwilę będziemy mogli się przekonać jak wypadnie to w progresji. norther zaczyna od klawiszowej preparacji motywu wziętego niczym z jeziora łabędziego, później już tylko ściana dźwięku, ekstrema i przedzierający się przez to gardłowy wokal. wszyscy muzycy mają przed sobą statywy. będą tworzyć chóry, a w przypadku drugiego gitarzysty dość regularnie będzie on zaznaczał swoją obecność w utworach czystym głosem. wykonanie całości bez zarzutu przy minimalnej oryginalności muzyki. dla mnie w tym gatunku bardzo wiele już na samym początku powiedziała grupa dark tranquillity wraz z genialnym albumem „the gallery”. niemniej jednak cieszyłem się, że folk metal nie zdominował w całości niedzielnego koncertu. zawsze to urozmaicenie. muzyka zespołu często wędrowała w kierunku heavy metalu i hardcore’u. niemniej jednak zabawę przy norther traktuję trochę jak skok do muzycznego świata, w którym nic mnie nie zaskoczyło, a już na pewno nic z tego występu nie zostanie mi w pamięci… chyba, że za głośne stopy. zagrywki ginęły w ich tumulcie. ja wiem, że to standard w metalu. ale wypadałoby się zastanowić czy kapele nie zaczynają przez to brzmieć identycznie.

teraz o koncercie gwiazdy wieczoru. nie miałem określonych oczekiwań prócz żywiołowości i… materiału z mojego ulubionego „tervaskanto” (ha, ha!). od razu napiszę, że grupa zagrała trzy utwory z tego albumu, w tym jeden na bis. występowi korpiklaani przysłuchiwałem się z małej sceny. wygodne miejsce, dobra widoczność, natomiast jeżeli chodzi o nagłośnienie: miałem wrażenie, że jestem w innym pomieszczeniu. widziałem, ale nie rejestrowałem występu finów. może to oszołomienie głośnością norther. a może było za cicho. nie wiem. to nie ten akordeon i nie te skrzypce. zatem przenoszę się na środek. wsłuchuje się. jest lepiej. wokalista zagaduje i pozdrawia publiczność. przyjęcie jest gorące. zresztą jak muzyka. humppy jak powiedzieliby finowie. skrzypek gra od ucha do ucha mimo dość specyficznej mimiki twarzy. łamaną angielszczyzną, która jest dla mnie kompletnie niezrozumiała, wokalista zaprasza na scenę trzy całkiem wygimnastykowane dziewczyny (jedna naśladuje jazdę niczym na rodeo, zainteresowanie wzrasta). tempo utrzymuje się na tym samym poziomie, jest szybko i melodyjnie. instrumenty ciekawie się uzupełniają. niemniej jednak akordeon jest dla mnie cały czas za cicho. gdzieś tak w połowie setu basista musi wyjść do toalety… wiadomo to przecież beer metal. zaraz potem główny krzykacz przewraca się w kałuży piwa, które rozlał. wstaje, robi koziołka i decyduje się wskoczyć w publiczność…

na koniec muzycy korpiklaani zapraszają do wspólnego grania muzyków trolla. skrzypek tego drugiego intonuje „kalinkę” i zaczyna się kilkuminutowa jazda. korci mnie żeby się jeszcze pobawić, ale odeszły mnie siły. stoję, a i tak cieknie ze mnie pot. wychodząc, odwracam się jeszcze czy coś mnie nie omija. chyba nie. o 0:36 mam nocny.

phantoms der nacht

o the fanthoms wielokrotnie słyszałem w radioaktywnej aktywacji, a także w autorskiej sunday at devil dirt. jednak, że rzadko zapuszczam się w rejony rockowe, trochę pominąłem ten zespół. funkcjonował on w mojej głowie, jak sama nazwa wskazuje, trochę jak fantom. duch z odciętą materią. popsuta pocztówka grająca z widocznym na okładce tytułem, który mówi wszystko i nic zarazem. o the vinyl stitches usłyszałem przy okazji sobotniego koncertu, oczywiście ze strony sunday... gdybym jednak nie został zaproszony na występ przez martę (czerwony kubraczek i biało-niebieska pilotka cud miód) to bym zapewne zapomniał o tym wydarzeniu. nie ukrywam występ był dla mnie raczej okazją do spotkania znajomych niż poznawania nowych dźwięków. zatem z pragi, gdzie byłem udaję się w kierunku obiektu znalezionego, – bo tam ten koncert ma się odbyć. wcześniej udaje mi się ominąć kontrolerów, którzy nie wiedzieć, czemu wchodzą tylko do przedniego przedziału tramwaju nr 4. uf, dzisiaj chyba szczęście mi sprzyja. w obiekcie jestem za kwadrans dziesiąta. widzę jak mike rozmawia z kimś nieznajomym. witamy się. to vinn-sinister basista vinyli. salka koncertowa jest jeszcze pusta. patrzę na filary i scenę z rozstawioną perkusją, za nimi tapeta do videoprojekcji. klub ma jeden korytarz komunikacyjny z barem na początku i końcu. po drodze kilka sal we wnękach. miło. wystrój bez przepychu. architektura szarości, ale czuję się w niej dobrze. około 22 na scenie pojawia się support. phantomsi są posągowi i bezemocjonalni. no może prócz gitarzysty, na którego licu czasem gości uśmiech. przypominają mi niewinnych czarodziei wajdy. basista i klawiszowiec w jednej osobie ma ciemne bryle (gościnny udział szymona małeckiego z rotofobii) to taki rockenrollowy marek hłasko. oldskulowy był też bębniarz, który grał na stojąco. ubrany w jasną, wyjściową koszulę i mega wielkie szyby (albo reflektory, jak kto woli). jego zestaw perkusyjny ograniczony był do minimum, dwa talerze, przejście, werbel i stopa. ta ostatnia nie śpieszna pam… pam… pam pam. osom. wokalista zapięty pod szyję, stonowany z mocnym gardłowym głosem. ale ważne, że emocje pojawiają się po drugiej stronie sceny. i tak też się dzieje. phantomsi grają hipnotycznie i krótko (świetna uwaga piotrka). ma to swój urok, bo cały czas czeka się na coś jeszcze bardziej elektryzującego. jestem pod dużym wrażeniem. a już całkowicie nie mogę wyjść z podziwu, nie będę tu oryginalny, z wykonania utworu tytułowego. był wciągający, mimo, że kończył się już dwa razu. powrót do przewodniego motywu za każdym razem był trochę inny, oszałamiający, aż musieliśmy wymienić się wrażeniami, podczas gdy jeszcze trwał. z tyłu za muzykami wizualizacje. warszawa nocą. prosty pomysł. dla marty kadry mogłyby być jeszcze bardziej nieostre. a sceny ukazują po kolei plac bankowy, ukryty pomnik papieża, rozmyte światła, pusty park i ławki, muzyka phantomsów, który na ulicy zapala papierosa, schodzi w dół do metra. absolutny strzał w dziesiątkę. po phantomsach przyszła kolej na the vinal stitches. wydaje mi się, że będzie im trudno konkurować z poprzednikiem. zaczynają bardzo energetycznie. cięższe brzmieniowo, nieodrodne dzieci velvet underground i brudnych lat siedemdziesiątych. za bębnami sam-bam kobitka o jasnych włosach i zapewne ciemnej duszy. podobno perkusiści grają całym ciałem. w sobotę było to widać jak na dłoni. prosty rytm, ale jaka energia i te podrygujące włosy… żywioł tak wielki, że kilka razy musiała ona poprawiać ułożenie swojego instrumentu. gitarzyści o obowiązkowych bokobrodach wyobrazili sobie, że nieźle byłoby tworzyć muzykę nie tylko dla dziewczyn i ten zamiar udał im się w pełni. a ja minionej soboty miałem się tylko spotkać ze znajomymi, a na parkiecie znowu zostawiłem nie małą cześć zdrowia. after party skrojone wybornie poza kilkoma odchyłami w kierunkach brzmień bardziej dyskotekowych. co do całości, powtórzę to, co powiedziałem nad wisłą, gdy po koncercie udaliśmy się tam z częścią znajomych: jeżeli kapela umie wciągnąć grając zarówno wolno jak i szybko, to mnie przekonuje. w sobotę obie kapele grały wciągająco, ale phantoms zaprezentowali szersze spektrum możliwości. nie nużąc przy tym. dla mnie numer jeden.

środa, 25 listopada 2009

onodyseja 26 listopada

w czwartek będzie o poezji pawła sarny. po tekst znowu zajrzę do biura literackiego. „biały ojczeNasz” autora to zbiór wierszy enigmatycznych i wymagających skupienia. podobno są biegunowe w odbiorze – albo jest się za, albo przeciw. nic po środku. wg romana honeta „poeta odsunął się od rówieśników. gdyby nie ta decyzja czy przypadek, niepojęte zrządzenie losu, mógłby zostać kolejnym poetą miasta – zblazowany, niczemu, by się wtedy nie dziwił, może czasem narzekałby, że trzeba chodzić po chodniku zamiast pod chodnikiem.” źródłami podziemnymi jak myślę wprost do ukrytych sadów, w których czasem odstraszam niewidome ptaki. bo prawdziwe słońce i przyroda kompletnie mnie już nie obchodzą. zatem moja osoba posiada cechy zblazowania. może gdybym unosił się 30 cm ponad omawianą powierzchnią, to bym nie był. to zawsze bliżej jedni. zastanawiam się jednak czy paweł sarna jest poetą z miasta, bo drogi, którymi chadza są miększe…

„jest zmierzch czerwony pory suchej. noc będzie chłodna.
widziałaś? chwasty
uwiły swe gniazda. coraz więcej kamieni -
kamień na kamieniu powija.” z utworu „czerwony, czerwony”

co do muzyki postaram się znaleźć jakieś tereny zielone wśród bzyczenia miejskiej sygnalizacji i wyładowań elektryczności. może kings of caramel, sigur ros…




powyżej pierwszy utwór sigur ros jaki słyszałem.
mój brat nazywa go ziewaniem i wyciąganiem się.

wtorek, 24 listopada 2009

fabryka dźwięku z muz

na dniach wytwórnia fabryka dźwięku z muz rozda swoje płyty na koncertach lub po wysłaniu maila z prośbą o konkretną pozycję z ich katalogu. całkowicie za darmo. koszt przesyłki to 4 zł. manifest antykomercyjny. na facebooku przeczytałem, że ta sama wytwórnia rozda płyty za darmo, ale „jeśli czujemy, że powinno być inaczej, możemy zapłacić dowolną kwotę”. moje oko dziecka podpowiada mi, że manifest traci na wyrazistości. wchodzę na fb i czytam jeszcze raz, czy się nie pomyliłem. otóż nie. po chwili zastanowienia pytam sam siebie, kto myśli o samobójstwie, mając nadzieję, że może jednak uda mu się robić to co lubi? robert lotyń z, fdm, który wypowiada się za tą ideą, pisze, że każdy z nas, jako dzieckomiał umysł, świeży, otwarty i chłonny, a nie wyrafinowany i zepsuty” i dalej byśmy pamiętali o tym, że „takich ludzi jest nadal wielu i to im należy się szansa”. pisząc szansa ma na myśli obcowanie z dobrą muzyką. Nie wiem jak wyglądałaby moja edukacja muzyczna, gdybym w dzieciństwie otaczał się dźwiękami pokroju zerovy czy new century classics, ale wiem, że chłonność dziecka zaprowadzała mnie w rejony bardzo grząskie… przyjęcie świata młodymi oczami i słuchem rzeczywiście było czyste, ale pozbawione umiejętności rozpoznania tego, co jest istotne, a co nie. (led zeppelin przeczekało w sklepie prawie dekadę w kolejce za technotronic) inna sprawa, że dźwięki kapel z fdm są karmelowe, ładnie rozprowadzają się po powierzchni ducha, a co, z painkiller lub coil, jako black light district? te chyba już nie. gdybym słuchał ich, jako dziecko stałbym się najprawdopodobniej najmłodszym podróżnikiem do stolicy dla nerwowo chorych. a i to jest przecież muzyka alternatywna(no może bardziej awangardowa), dlatego zgadzam się, z tym, co pobrzmiewa pod rozgoryczeniem artystów (z fdm i nie tylko), że wszystko rozbija się o edukację i właściwe komponowanie muzycznego świata. mainstream wybiera jaskrawość, prostotę (żeby nie powiedzieć prostactwo) i jawne kalki wszystkiego. jak pisze qba popo (jeden z artystów fdm): „wypychają do przodu gwiazdy jednego sezonu, cukierkowe śpiewające pochwy, piosenkę o dymaniu w samochodzie czy vasyla i tygrysa, szerząc tępotę.” tak sobie myślę, że mainstream to chyba jedyna gałąź biznesu, w której za słabe produkty płacimy (być może) drożej niż za wyroby dobre. to tak jakby za słabej marki wino płacić więcej niż za wino leżakujące kilkadziesiąt lat. jednak utopią byłaby sytuacja, w której każda produkcja alternatywna miałaby być dostępna w wydaniu płytowym. nie każda, bowiem ma wartość. przyjmuje jednak, że te z w/w labelu tak. mimo wszystko fajnie byłoby przebierać tylko w alternatywie, rezygnując z obśmiewania kombi i culture beat (o ile jeszcze istnieją) chyba tak? nie? kończąc pisanie, fajny gest dokonany przez fabrykę muz. po co płyty mają się zmarnować, wobec braku zainteresowania ich dystrybucją ze strony wielkich firm. ale też ostatnie wołanie o bycie zauważonym. desperackie. znów odwołujące się do sumień odbiorców.

sobota, 21 listopada 2009

linia nr 175

mam sen. jestem w autobusie linii 175 na rogu ulic bonifraterskiej i miodowej. jest przed południem, a więc jest jeszcze jasno. kierowca robi niespodziewany manewr. zamiast jechać prosto i później okrążyć stadion polonii w kierunku ulicy konwiktorskiej, skręca przy pomniku ofiar holocaustu. zawraca na trasę, z której właśnie przyjechał. niesamowitości sytuacji dodaje fakt, że moje rzeczy osobiste znajdują się na kilku tylnych fotelach. autobus poza mną i kierowcą jest pusty. dodatkowo wycieram się, stojąc z ręcznikiem w przejściu. zatem wcześniej musiałem wziąć kąpiel lub prysznic. tego jednak nie pamiętam. ani dokąd jadę lub skąd wracam. niemniej jednak coraz bardziej staję się świadomy zaistniałej sytuacji. zaczynam przebierać się coraz bardziej nerwowo. moje ruchy są jednak spowolnione, nie proporcjonalne do stanu podenerwowania, który motywuje do szybkich działań. na następnym przystanku na pewno już czekają ludzie. dlaczego znalazłem się na muranowie? być może, dlatego, że wczoraj postanowiłem sprawdzić wynik meczu stołecznych derbów. po tym jak zobaczyłem opis kolegi na gg: „polonia kaaaa, polonia esssss, polonia zawsze kurwą jest” ale dlaczego jestem na muranowie, a nie na powiślu? to nie mogło być, zatem bezpośrednią przyczyną podróży w te rejony. a jedynie jedną z jej części składowych. a co z dominantą? gdyby autobus trzymał się standardowej trasy, miałbym na przebranie się jeszcze dwa przystanki przed pętlą. wiaty widma, które przeważnie stoją puste. a tak naprzeciwko kościoła bonifratrów na pewno stoją już rozlokowani ludzie. ewidentnie sfera id wystawia mnie na próbę. ale jaki może mieć w tym cel? właśnie zdaje sobie sprawę, że na przystanku ktoś na mnie czeka. od tego czy zdążę się przebrać będą najprawdopodobniej zależały nasze przyszłe relacje. za bardziej złożoną topografią snu kryje się impuls wysłany z podświadomości, że ta osoba cały czas na mnie patrzy. mimo, iż fizycznie (pseudofizycznie) znajduje się cały czas na przystanku. zatem to pewnie kierowca. on wie o wszystkim. zmienił trasę, by skonfrontować mnie z tą niezręczną sytuacją. chce zobaczyć jak z niej wybrnę, bowiem w międzyczasie odczytał moje myśli z całego życia, które dość buńczucznie opowiadały się za nie skrępowaniem ciała. powtarzanymi w wyobraźni manifestami powrotu do natury. zapisanymi w pamięci performanceami pawła altamera, który opuszcza inny środek lokomocji blisko lasu, a idąc ścieżką w jego głąb zdejmuje z siebie całą garderobę. zatem we śnie jestem jeszcze większym ekshibicjonistą niż on. poza tym mam już drugą cześć składową sennej etymologii. przez chwilę zastanawiam się czy kierowca nie jest sterowany przez osobę, która mnie oczekuje. co wyklucza jego emocjonalny udział. próbuje sobie przypomnieć czy widziałem wyraz jego twarzy. ale zlała się ona idealnie z wnętrzem autobusu. mogłaby być lusterkiem lub proporczykiem powieszonym na tle szyby. a jednak pamiętam, że raz odwróciła się. na chwilę przed skrętem rysował się na niej śmiech, ale nie zastanawiałem się nad nim. zresztą nie było czasu. w krótkich migawkach miałem przeświadczenie, że jego twarz, a także twarze innych ludzi przetasowują się jak talie kart. działo się to w momencie, gdy na nie, nie patrzyłem. gdy odwracałem się do nich zatrzymywały się, były już niezmienne. to nie była jednak stabilność, w każdej z nich widziałem tłum. zmieniały się tak, jakby ukryty w ich szyjach mechanizm światowida, na każdą z pór roku zepsuł się, kręcąc się w szybszym tempie.
tuż przed przystankiem muranowska zaczęło się robić coraz jaśniej. projekcja zaczęła blaknąć, aż zobaczyłem intensywną biel. pętla jak pokój. kadry powiesiły się. podsumowanie. nie wiem, kim była osoba czekająca na przystanku. najprawdopodobniej sferę id reprezentował kierowca, pozwalając mi na kąpiel w autobusie. w tym celu wyłączył superego, aż do momentu skonfrontowania intymności z okiem innych ludzi. chciał wystawić moje ego na agorze przystanku. wniosek. tłum zadziałał jak budzik. udało mu się przerwać sen przed godziną dwunastą w sobotę. wybudzenie, które przerwało cykl może świadczyć na niekorzyść mojej koncepcji nagości. a być może obroniło ją przed koniecznością bezowocnego odpierania zarzutów, które w tej chwili przychodzą mi do głowy, gdy pociągam mój sen dalej.