środa, 21 października 2009

świetlikarnia

...wystrój słów "ogród koncentracyjny" jest dla mnie ciekawszy, a jego estetyka zapisana na kartce robi na mnie większe wrażenie od kilkuset gitar wmontowanych w ścianę, baru, balkonu i całego tego kiczu wewnątrz hard rock cafe. dzisiaj będzie o koncercie świetlików z 13.10.2009


Świetliki są… wyraziste w ciemnych miejscach. Starzy, piękni i bogaci, a przy tym wyraziści cały czas. No, może z wyjątkiem perkusisty, ale on do tego zapewne nie jest bogaty, bo jeszcze ma czas. Jako, że o koncercie rockowym będzie mowa, chciałbym przywołać postać Jimiego Hendrixa. Jednym z atrybutów jego gry była umiejętność wydobycia wielu odcieni z jednego dźwięku. Marcin Świetlicki posiada podobną umiejętność, z tym, że w posługiwaniu się słowem, „złe mi się, złe mi ssie”. To tylko początek dbania o wyrazistość. I za nią należą mu się niemałe brawa. Przywołane fragmenty ze „Źlenia” z podtytułem dla Nosowskiej otworzyły występ jego macierzystej formacji we wtorkowy wieczór w warszawskiej „Hard Rock Cafe”. Wcześniej w nieco odmienionym składzie, w stosunku do koncertu sprzed roku wystąpiła Paulina Bisztyga. Niegdyś sięgnęła po laur Grechuty dla najlepszej wokalistki, obecnie wraz z zespołem koncertuje nie tylko w macierzystym Krakowie. Szeleszczący hi-hat, dwie gitary i wokal. Nieco nosowy śpiew i synkopowano-swingujący rytm. Dobre wrażenie i zasłużone oklaski. Co poza tym? Jeżeli chodzi o teksty obracają się one w sferze nowej poezji i jazzu. Niestety z miejsca, z którego obserwowaliśmy, wespół z redakcyjną koleżanką, występ, a więc jakieś dziesięć metrów od sceny wokal stawał się wyłącznie jednym z instrumentów. Co najwyżej mógłbym go pomylić ze skatem, z którego co jakiś czas wypadają artykułowane, pojedyncze słowa. Skąd, zatem wiem, że zostały stworzone w upoetyzowanej konwencji? Z występu, który odbył się niespełna rok temu. Z jednej strony wina leży po stronie nagłośnienia, z drugiej gwaru idącego od stolików i baru. Występ mimo to odegrany bardzo profesjonalnie, ale nieprzeżyty do końca. Po nim chwila przerwy i rozstawianie nowych instrumentów. Mamy ze sobą sprzęt nagraniowy z chęcią przeprowadzenia wywiadu z Marcinem Świetlickim. W międzyczasie odwiedzamy bar ironizując, że status miejsca bardzo łatwo rozpoznać po cenie piwa. (Tutaj uprzedzam płeć męską, aby nie porywała się z zaproszeniem na tenże lub inny trunek alkoholowy płci przeciwnej mając dwadzieścia złotych w kieszeni) No, ale my mieliśmy więcej… przynajmniej moja redakcyjna koleżanka. (Wielkie dzięki Julka) Przy stoliku układamy pytania, które chcemy zadać wokaliście. Wreszcie zaczął się. Z balkonu odbiór jest dobry, ale drewniany jak stół, przy którym siedzimy. Nie zmienia to faktu, że spędziłem tam połowę setu, poczynając od „Źlenia”, „Starych, pięknych i bogatych”, „Oplutego”, którego wykonaniu towarzyszył gość specjalny, aż do „Chmurki”. Występ Marcina Świetlickiego zdawał mi się bardziej naturalny niż rok wcześniej. Może to kwestia oswojenia się. Wyczerpania repertuaru neurotycznych gestów. Nie wiem. Poprzedni zdawał mi się, jeszcze przy sprawdzaniu sprzętu jedną wielką pozą. Świetlicki udawał, że mówi do siebie, czasem do swej ręki, opadał bez sił na krześle, „po artystowsku” odpalał papierosa jednego za drugim. Miałem kłopoty z przebiciem się przez ten teatr do tkanki słów. Tym razem jednak klimat był bardziej kameralny i interakcja na linii wokalista – publiczność bardziej stonowana. O uprzedzeniach względem odbiorcy nie muszę chyba pisać nic ponadto, iż Marcin Świetlicki nie wierzy we wrażliwość potencjalnego słuchacza lub czytelnika. To w pewien sposób ustawia obopólną relację na koncertach. A, że Pan Świetlicki podczas występów trafia na osoby, o niekoniecznie mniejszej inteligencji, staje się to polem do ciekawej polemiki. Nie ukrywam, że umie on cedzić, wykrzykiwać, bulgotać, a nawet obłaskawiać słowa precyzyjnie dobierając akcenty. To jeden z ciekawszych przejawów melorecytacji, w której wieloznaczność tekstu nie cierpi ze względu na wykonanie. Co do tego jestem pewien. To, co po raz drugi uderzyło mnie w koncercie Świetlików, to obecny nerw przekory, niby ludzie reagują podobnie, tzn. recytują utwory, (co zawsze spotyka się z ripostą wokalisty typu: „proszę nie śpiewać, ja znam swoje teksty” lub „proszę nie śpiewać, nie jesteśmy budką suflera”), zapalają papierosa wraz z wokalistą (Wyobraźcie sobie tę sytuację w zestawieniu z tekstem „Wonder Szponder” – „Mam dziewiętnaście lat i chcę mieć pana osobowość” O zgrozo!) a i tak pozostaje pewne niedopasowanie, niedomówienie, emocjonalny zgrzyt. A Pan Marcin Świetlicki umie o to zadbać. Podczas koncertu zdarzyło mi się, że kilkukrotnie wpisywałem tytuły kolejnych utworów w telefonie, notuję: „cover a. lennox z tekst. o misiu, ktory mial krew na futrze, nie przeszedl ze wzgledu na artystow, którzy doszukali sie lamania praw zwierzat” To powód, dla którego Świetlikom odmówiono wykonania „coveru” grupy „Eurythmics” – słyszę ze sceny. Później zapisuję „dm i personalny mis”. Używanie telefonu w sytuacji koncertu może deprymować artystę. Pamiętam, bodajże, podczas wykonywania rzeczonego utworu „Depeche Mode” obrócenie się wokalisty na pięcie i nonszalanckie strzepywanie tytoniu, cały czas na scenie, ale w kierunku publiczności. Rozumiem, że jest sztuka, bo są Świetliki i jest publiczność. Nie mam, co do tego żadnych wątpliwości. Wiem, że ta relacja czasem wygląda również tak, są Świetliki, jest publiczność i jest sztuka. A cała interakcja związana z zamianą tych ról zaświadcza tylko, że okoliczność występu cały czas jest żywa, nie pozwala na szablon zachowań. Słowem nic nie jest i nie powinno być przewidywalne na koncercie kapeli tego formatu, zarówno w reakcjach muzyków jak i fanów. Dlatego też reakcję wokalisty odbieram na zasadzie bodźca i reakcji. Zaistniałą sytuację odebrał jako znudzenie publiczności, gdyż sięga ona po telefon. Zatem wykonał gest z papierosem, dał jej prztyczka w nos. W tej relacji pominąłem nieco setlistę, choć oczywiście na nią zerkam, ale w zamian pozwoliłem sobie na swobodę myśli i wrażeń.

Na koniec jeszcze fragment o najciekawszych dla mnie utworach, które utrwaliły się we mnie podczas występu. Jest to wybór subiektywny, w którym proszę uwzględnić kilkukrotne zachwianie percepcji. Nie sposób, bowiem wytrzymać intensywności przekazu, który trwa ponad dwie godziny, a tyle właśnie trwał tamten występ. Zapamiętałem oczywiście utwór otwierający „Źlenie”. Charakterystyczna melorecytacja. Wulgarność w mimice twarzy, wypluwanie słów: „Dotknąłem złe. Złe jest szorstkie. Złe ma zgrubienia, guzy i krosty. Złe złe ma węzły i w źle źli się zły”. Wykonanie to nosi znamiona ciekawej i mrocznej teatralności, która ma chęć być prawdziwa. Poza tym „Opluty” z gościnnym udziałem Pablo Pavo z Vavamuffin. Wcześniej muzyk ten odwiedził studio pewnego radia, w którym udziela się obu panów z kapeli Świetliki. Wywiad i osobowość na tyle spodobały się panom Świetlickiemu i Dyduchowi, że postanowili zaprosić go do współpracy. Efekt okazał się piorunujący, tym bardziej, że partie bębnów w rzeczonym utworze bliskie są stylistyce raggae, którą to, na co dzień zajmuje się gość. „Kraków i Nowa Huta – Sodoma z Gomorą – z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem”. Tekst ten powtarza Pablo Pavo zamiast Gomorą śpiewając „Gomorią” i dodając jeszcze, że w „Krakowie wszędzie jest blisko”. To zaskakuje Świetlickiego. Zresztą zaproszony gość miał w tym utworze dość duży udział, bo napisał specjalnie do niego nową kwestię. Niezapomniane i nieco abstrakcyjne zostają z tej konfrontacji słowa o „bliznach z daszkiem”. Do najciekawszych utworów tamtego wieczoru dodałbym jeszcze „Korespondencję pośmiertną”. Liryczny, czy to w podziale na męską czy żeńską partię. Pozostaje w głowie. Na bis Świetliki zagrały kilka utworów, w tym „Małżowinę” wyłącznie na perkusję i wokal. Koniec utworu i angielskie wyjście. Po występach jeszcze przez około pół godziny czekaliśmy na Pana Marcina, aby zadać mu kilka pytań. Jako, że nie było humoru na wynurzenie z jego strony, skierowaliśmy się do wyjścia. Nie zostaliśmy jednak z pustymi rękoma, bowiem Marek Piotrowicz podarował Julce perkusyjną szczoteczkę…

Co do kolejnego występu Świetlików w Warszawie, to mam cichą nadzieję, że odbędzie się on już w innym miejscu. Zaczepność, zaczepnością, ale jestem ciekaw prawdziwej polemiki z fanami…

2 komentarze:

  1. Koleżko, pan Piotrowicz na co dzień zajmuje się reggae, napisałbym, że poza graniem ze Świetlikami, ale niestety ten zespół jest strasznie nieaktywny ostatnimi czasy. Niby pan Świetlicki pisze, ale dobrze byłoby ich posłuchać, bo czuję, że to się sypie.
    Paranoją jest, że grają w Warszawie, której ustawowo nie lubią, a tej jesieni w Krakowie nie mają żadnego występu, ale cóż.
    Pozmieniałeś nazwy paru piosenek, nie wiem czy to taka półtwórczość, ale niech będzie.
    Ładny styl i język, wszyscy jesteśmy trochę czepialscy, a to nie jest dobrze, ale nic się nie poradzi.
    Uprzejmie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. czuję ganiący palec, mimo to dziękuję za komentarz. nie śledzę muzycznych dokonań pana piotrowicza poza świetlikami. mam nadzieję to kiedyś zrobić. świetliki lubią warszawę, bo ładnie pachnie, a pana marcina podnieca bliskość dworca centralnego... co do "starych, brzydkich i bogatych" to nie jest półtwórczość, ale niekompetencja. przyznam się, że innych błędów poza zamianą tytułu "popatrzcie" nie dostrzegam, a to już niewiedza. dziękuję za ten jak i być może przyszły komentarz. również pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń