Przejdź do głównej zawartości

agf/delay - explode


uwielbiam ich. mam fetysz par. w muzyce byli to do tej pory brendan perry i lisa gerrard (przed emocjonalnym wypadkiem). agf & delay są dla mnie trochę jak zakochani, którzy widzą słonie. tylko stojący na pewniejszych nogach i chyba bardziej dojrzali od bohaterów filmu pod tym samym tytułem. chociaż te dwie cechy plus inteligencja (którą przypisuję duetowi) nie muszą się wcale przekładać na poziom szczęścia. tak przynajmniej twierdzi tadeusz dąbrowski, który był w zoo i widział zarówno słonie jak i ludzi. ponoć pieściły się i tamci też się pieścili. i wypadało to podobnie. bo nie o wielkość tu przecież chodzi. oczywiście w sensie mentalnym a nie gabarytowym. i ja kiedyś myślałem identycznie, a później zmieniłem zdanie na zgoła odmienne. i już nie wiem czy ufać poecie, czy światu odbitemu we mnie, ale bez niego. najbezpieczniej chyba stanąć gdzieś pośrodku i poszukać summy wszystkich tych cech. jeżeli chodzi o duet agf/delay to ścierają się tu być może nie do końca przystające konwencje: okołopopowa twórczość antye greye fuchs (agf) i poszukiwania spod znaku ambient/techno sasu ripatti’ego. w przypadku tego spotkania można było przewidywać, że skończy się ono co najwyżej artystyczną symbiozą. w której współczesna kobieca liryka wybrzmi na tle elektronicznych wypięć i sprzężeń, uduchowiając nieco szkieletowe tętno. a z drugiej strony w pustym, dronicznym wnętrzu zamieszka żywa istota… jak na mój gust mało tu nieporozumień, co znaczy, że w tej symbiotycznej relacji jest spory magnetyzm.

o co tu właściwie chodzi? o rytm i głos. a za tym wszystkim o bardzo wyważoną elektronikę. momentami dźwiękowy „strumień” świadomości. zacznijmy może od tekstów. o czym one traktują? najprościej powiedzieć, że o prozie życia. pełno jest w nich codziennych spostrzeżeń, przytoczeń cudzych wypowiedzi, a także odniesień do innych tekstów, np. „he said pussy and paper/is poety power” - to wplecione w wiersz, słowa sasu, melodeklamowane przez antye w utworze “all eyes on us”. w nim to i zresztą nie tylko w tym charakterystyczny jest zapętlony, i taki „przewalający” się powolny rytm. puls jest w ogóle istotnym czynnikiem tego projektu. dość powiedzieć, że część męska duetu w młodości poświęcała swój czas „barwnemu” liczeniu w szkole muzycznej, co zaowocowało przyzwyczajeniem do (wszech)miar w muzyce. nie ma tu oczywiście miejsca na instrumentalne popisy czy soniczną nachalność. wręcz przeciwnie. każdy utwór charakteryzuję się trochę inaczej organizowanym tempem i brzmieniem. bywa, że zwykłe dudnienia tom florów, zostają wyparte przez dźwięki cong, które zdają się też być uderzane stopami. pojawiają się liczne przeszkadzajki „suche” tąpnięcia, urywane i wydłużane tony, preparowany szelest szczoteczek. w tym miejscu raz jeszcze chcę napisać, że ta muzyka jest wolna od solowych popisów. ma być urozmaicona w obrębie programowego minimalizmu. zarazem zimna i tłusta. dajmy na to: w „explode baby” bit przypomina prasę hydrauliczną nastawioną zgodnie ze wskazówkami zegarka. podobne do tego mechanizmu są poczynania bohaterki tego utworu, która nie myśli, nie czuje – jest zdeterminowana, by wyjść na spotkanie...
płyta zawiera kilka ukrytych inspiracji. np.: „break doors” to cichy ukłon w stronę „the doors”… „slow living” wieńczy szeptane „smooth operator”. natomiast „useless” trochę przypomina mi dokonania ursuli rucker w nieco bardziej minimalistycznym wydaniu. wszystkie te nawiązania, może prócz skojarzenia z ursulą rucker, są oczywiste jednak o kopiowaniu nie może być tutaj mowy. chodzi bardziej o subtelny hołd. ciekawi mnie tylko czy to przemyślany zabieg czy może te tekstowe nawiązania pojawiły się spontanicznie, w momencie nagrywania materiału. dalej jest krótkie „recorded”, które wybija trochę z sennego rytmu. głos antye stapia się z tanecznym pulsem, choć cały czas bliżej tu do downtempo niż disco. we wspomnianym „slow living” następuje powrót do standardowego, wolnego i nieco rozmarzonego (na zimno) grania, ale wcześniejsze kompozycje już to proponowały, dlatego w tym miejscu ciśnienie nieco spada. w „distributor” jest już więcej melodii, tzn: maszynerii produkującej dźwięk. naniesiono też więcej industrialnych faktur, dodano ruchu w podkładach i krzyżówki wokalne. antye śpiewa o pożywce dla dusz - są drzewa, gazety, poranki, dni, wieczory i cisza. co z tego należy oferować? co z tego zatrzymać dla siebie? a co po prostu dostrzec i iść dalej? na zakończenie „from morning on” pięciominutowa senna wełna. i przyznam się, że trochę trudno jest mi dotrzeć do tego miejsca, jeżeli muzyki tej nie wykorzystuję jako tła do innych czynności. i wcale nie chodzi mi o zawartą na płycie przebojowość czy jej brak, albo o większą dynamikę kompozycji, bo tych nie oczekuję po muzyce takiej jak ta. chodzi raczej o momenty bardziej plastyczne, bardziej zapadające w pamięć. w przypadku „explode” przy ósmej lub dziewiątej kompozycji mam ochotę włączyć płytę od początku. początkowe utwory są dla mnie zdecydowanie bardziej niepowtarzalne, świeże. i dlatego uważam, że ten album powinien trwać krócej. z dwunastu utworów zostawiłbym dziewięć, góra dziesięć kompozycji. wiem, że „from morning on, czy „slow living” mają ciekawe koncepty ale już w środku tracą one swoją moc. gdyby utwory te były bardziej skondensowane to uwypukliłby motywy w nich zawarte, a tak mam wrażenie, że nie wszystko zostało poddane starannej obróbce, tak jakby razem z miąższem do tego muzycznego przetworu dostało się też parę kwaśnych skórek. minimalizm, oszczędność w środki wyrazu – szkoda tylko, że nie objęły one większej części materiału, a przynajmniej utworów wieńczących album. co do reszty, to od dłuższego czasu nie mogę się oderwać.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

podsumowanie muzyczne 2016 (najczęściej słuchane przeze mnie płyty w minionym roku)

O pewnych dwóch filmach poetyckich

Jeszcze w trakcie seansu „Nad rzeką, której nie ma” Andrzeja Barańskiego odniosłem się w pamięci do tego, co przeczytałem na temat filmu „Wszystkie nieprzespane noce”. Postanowiłem wykorzystać to, że jestem na świeżo z wrażeniami ijeszcze tego samego dnia obejrzeć obraz Michała Marczaka (nowość w Showmax). Miałem nieodparte wrażenie, że dokumentalizowany film Marczaka może być próbą odpowiedzi na film z 1991 roku, tudzież w jakimś stopniu z nim korespondować, zestawiając ze sobą starą i nową szkołę poetycką, minioną i współczesną wrażliwość etc. Pierwsze wrażenia: oba filmy są próbą upoetyzowania pewnego fragmentu rzeczywistości lokalnej (w obrazie sprzed lat - drobnomiasteczkowej, w nowym - wielkomiejskiej), pokazania jejna przestrzeni pewnego wycinka czasu (w filmie z 91 roku jest to kilka tygodni, w filmie z 2016 roku - kilka miesięcy), ukazania relacji kumpelskich (tam czterech przyjaciół, tu dwóch), damsko – męskich (i w starszym i nowym filmie pojawia się temat miłości i jej obo…

podsumowanie muzyczne 2014 (najczęściej słuchane przeze mnie płyty w minionym roku)

archspire - the lucid collective
czysta kalkulacja i technika. bez epickiej ckliwości i nowomodnych ściem w stylu deafheaven. nie jest to ekstremalnie szybki iron maiden z growlem, charakterystyczny dla "tetris" metalu. koncept na muzę inspirowany polskim yattering i sceptic, momentami death i cynic. w sam raz jako ładunek na podróż autobusem w godzinach szczytu.


big ups - eighteen hours of static
post-hardcore i właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. ciekawe, nieśpieszne melodie mieszają się z melodiami bardziej wartkimi i równie ciekawymi. głos od melo do krzyku. niby emo, ale facet na froncie bardziej godny zaufania. zwłaszcza, że już pod koniec pierwszego tracku śpiewa: "open yourself, before it's too late"



gazelle twist - unflesh
"this is like cannibal corpse for housewives and cute classy women" to jeden z komentarzy pod utworem "anti body". jedna z tych młodych niepokornych dam, ukrywających wdzięki i robiąca z elektroniki awangardę mija…