czwartek, 25 lutego 2010

mokotowska st

miesiąc temu szedłem ciemną klatką do swojego starego mieszkania. było to kilka dni po przeprowadzce. w pionie została już tylko jedna para. w nieco wyizolowanym świecie między pustymi ścianami, do których prowadzi pusta klatka... idąc nie zapaliłem światła, choć na zewnątrz było już całkiem ciemno. dotarło do mnie wspomnienie z dzieciństwa, gdy szedłem nią jak teraz, a w kamienicy nie było prądu. rodzice wysłali mnie po coś do domu. byliśmy wtedy chyba u dziadków. było tak cicho, że spod butów dochodziły skrzypnięcia starych drewnianych schodów i dźwięczenie metalowego pęku kluczy, przypominającego kraba, którego bałem się uciszyć włożeniem ręki do gniazda kurtki. bałem się wtedy tak bardzo, że nie otworzyłem nawet drzwi do domu. w głównej mierze dlatego, że będąc na wysokości mieszkania przyszło mi do głowy, że odgłos przekręcanego w zamku klucza może zagłuszyć kroki kogoś nadchodzącego ze strychu. górną partię mojej kamienicy zajmowała stara, zardzewiała skrzynia pochłaniająca całe światło małego okienka, obciągniętego brudnym szkłem niczym rybimi oskrzelami. wewnątrz niej, pod pęcherzami symetrycznych szklanych słoików znajdowały się zwierzęce skóry oraz klejące się i słodkawo pachnące reklamówki. po wejściu na strych widziało się odsłoniętą podłogę z wilgotnymi żebrami stropu legarowo-listwowego po architektonicznej resekcji. trochę amalgamatu betonowego w dziurach. krokiew nad głową przypominała rybie ości. dlatego całość sprawiała wrażenie skorodowanego, wielorybiego wnętrza z protezami i klamrami spajającymi drewniany kościec. niczym brzuch gnijącej ryby. nie trudno zatem o wyobrażenia tym bardziej, że było tu jak makiem zasiał, zupełnie jak niegdyś, gdy zabrakło światła. czułem się trochę jak jonasz i pinokio zarazem, chociaż zamiast drewnianego nosa miałem drewniane nogi, i nie byłem dobrowolnym kamienicznym wychodźcą, tylko wychodźcą z polecenia urzędu miasta. a dokładnie, z tytułu renowacji stropów w zabytkowych powojennych budynkach, by zamienić je w postwojenne. stojąc na klatce uświadomiłem sobie, że z mieszanki wspomnień i strachu zostały już tylko wspomnienia. tak jakby emocje ktoś obłożył czuciodpornym materiałem, zupełnie jak owija się kabel taśmą izolacyjną. wyładowania elektronowe, które mogłyby pobudzić ciało zrogowaciałe uderzają głucho o niewidzialną barierę przed skórą. rozszczepienie ustroju miękkiego i twardego. mięsa i skóry. taki wchodziłem przez drzwi do starego mieszkania. wcześniej zatrzymałem się na wysokości pierwszego piętra. zdało mi się, że widzę przemykający cień w kuchni wiecznego światła u sąsiadów z naprzeciwka. uwypuklił on część ściany pod obrazem. obraz przedstawiał jezusa. teraz wyglądało to tak jakby wychodził on z jej białej połaci. scenerię dopełniał regałek ze szklankami i stolik z lampką. wyglądały jakby przygotowane specjalnie na jego przyjście. jego wzrok nie był pokorny, sprawiał wrażenie jakby stopił się w nim wizerunek wszystkich twarzy z kamienicy. zmęczonych taksówkarzy i handlarzy z przyczepionymi do nich cieniami żon, i cieniami tych cieni w postaci dzieci. odkrycie metafizyczne i pożyteczne zarazem. absolut na smyczy. jezus, którego rok wcześniej zastałem w kuchni mojego wakacyjnego domu w irlandii był bardziej przewidywalny. patrzył spuszczonym wzrokiem, jakby tylko tym gestem chciał odwieźć od grzechu i zła wszelkiego. a teraz w głowie miałem nowego chrystusa. ten aktualny nie mógł obronić swego zeświecczenia. stojąc pod drzwiami czułem, że stare uczucia okryła mocniejsza skóra. za oknem złuszczała się noc, a tak naprawdę to księżyc ktoś pocierał czarnym pumeksem nieba. wszedłem do środka. puste pokoje sprawiały wrażenie wnętrza olbrzymiego panoptikonu. kamienica jak czynszowe koloseum, z której środka patrzę na podwórkowe igrzyska. zamiast chrześcijan czarnoskórzy, azjaci i dzieci najprawdopodobniej pochodzenia syjonistycznego. przed spuszczeniem chordy psów ratuje je zapewne system domofonowy na klatkach. śnieg jest na gzymsach, daszkach i nielegalnie zwisających kablach telewizji - up(iję) cię. wszystko przykryte futrem, jakby o estetyczne ciepło na ziemi dbali synesteci o ekscentrycznych skłonnościach. a w mojej ogołoconej ze sprzętów kuchni znalazłem pustą szklankę w zlewie, na której dnie spoczywała jednogroszówka. byłem zdziwiony tym na równi z wyobrażeniem wychodzącego ze ściany jezusa, z obrazem zamiast głowy. chociaż gdyby oderwał swe plecy od ściany pewnie nie pamiętałbym ani szklanki, ani wspomnień z brakiem prądu. to pewnie przyćmiłoby wszystko inne. do tego jeszcze te złe taksówkarskie maniery nabyte podczas nocy sparaliżowanych przez bejowskie komanda "na dołach". na szczęście ucieleśnił się skutecznie w obrębie ściany na drugim piętrze. chociaż coraz bardziej profesjonalnie i po ludzku wygląda ze ściany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz