Przejdź do głównej zawartości

mokotowska st

miesiąc temu szedłem ciemną klatką do swojego starego mieszkania. było to kilka dni po przeprowadzce. w pionie została już tylko jedna para. w nieco wyizolowanym świecie między pustymi ścianami, do których prowadzi pusta klatka... idąc nie zapaliłem światła, choć na zewnątrz było już całkiem ciemno. dotarło do mnie wspomnienie z dzieciństwa, gdy szedłem nią jak teraz, a w kamienicy nie było prądu. rodzice wysłali mnie po coś do domu. byliśmy wtedy chyba u dziadków. było tak cicho, że spod butów dochodziły skrzypnięcia starych drewnianych schodów i dźwięczenie metalowego pęku kluczy, przypominającego kraba, którego bałem się uciszyć włożeniem ręki do gniazda kurtki. bałem się wtedy tak bardzo, że nie otworzyłem nawet drzwi do domu. w głównej mierze dlatego, że będąc na wysokości mieszkania przyszło mi do głowy, że odgłos przekręcanego w zamku klucza może zagłuszyć kroki kogoś nadchodzącego ze strychu. górną partię mojej kamienicy zajmowała stara, zardzewiała skrzynia pochłaniająca całe światło małego okienka, obciągniętego brudnym szkłem niczym rybimi oskrzelami. wewnątrz niej, pod pęcherzami symetrycznych szklanych słoików znajdowały się zwierzęce skóry oraz klejące się i słodkawo pachnące reklamówki. po wejściu na strych widziało się odsłoniętą podłogę z wilgotnymi żebrami stropu legarowo-listwowego po architektonicznej resekcji. trochę amalgamatu betonowego w dziurach. krokiew nad głową przypominała rybie ości. dlatego całość sprawiała wrażenie skorodowanego, wielorybiego wnętrza z protezami i klamrami spajającymi drewniany kościec. niczym brzuch gnijącej ryby. nie trudno zatem o wyobrażenia tym bardziej, że było tu jak makiem zasiał, zupełnie jak niegdyś, gdy zabrakło światła. czułem się trochę jak jonasz i pinokio zarazem, chociaż zamiast drewnianego nosa miałem drewniane nogi, i nie byłem dobrowolnym kamienicznym wychodźcą, tylko wychodźcą z polecenia urzędu miasta. a dokładnie, z tytułu renowacji stropów w zabytkowych powojennych budynkach, by zamienić je w postwojenne. stojąc na klatce uświadomiłem sobie, że z mieszanki wspomnień i strachu zostały już tylko wspomnienia. tak jakby emocje ktoś obłożył czuciodpornym materiałem, zupełnie jak owija się kabel taśmą izolacyjną. wyładowania elektronowe, które mogłyby pobudzić ciało zrogowaciałe uderzają głucho o niewidzialną barierę przed skórą. rozszczepienie ustroju miękkiego i twardego. mięsa i skóry. taki wchodziłem przez drzwi do starego mieszkania. wcześniej zatrzymałem się na wysokości pierwszego piętra. zdało mi się, że widzę przemykający cień w kuchni wiecznego światła u sąsiadów z naprzeciwka. uwypuklił on część ściany pod obrazem. obraz przedstawiał jezusa. teraz wyglądało to tak jakby wychodził on z jej białej połaci. scenerię dopełniał regałek ze szklankami i stolik z lampką. wyglądały jakby przygotowane specjalnie na jego przyjście. jego wzrok nie był pokorny, sprawiał wrażenie jakby stopił się w nim wizerunek wszystkich twarzy z kamienicy. zmęczonych taksówkarzy i handlarzy z przyczepionymi do nich cieniami żon, i cieniami tych cieni w postaci dzieci. odkrycie metafizyczne i pożyteczne zarazem. absolut na smyczy. jezus, którego rok wcześniej zastałem w kuchni mojego wakacyjnego domu w irlandii był bardziej przewidywalny. patrzył spuszczonym wzrokiem, jakby tylko tym gestem chciał odwieźć od grzechu i zła wszelkiego. a teraz w głowie miałem nowego chrystusa. ten aktualny nie mógł obronić swego zeświecczenia. stojąc pod drzwiami czułem, że stare uczucia okryła mocniejsza skóra. za oknem złuszczała się noc, a tak naprawdę to księżyc ktoś pocierał czarnym pumeksem nieba. wszedłem do środka. puste pokoje sprawiały wrażenie wnętrza olbrzymiego panoptikonu. kamienica jak czynszowe koloseum, z której środka patrzę na podwórkowe igrzyska. zamiast chrześcijan czarnoskórzy, azjaci i dzieci najprawdopodobniej pochodzenia syjonistycznego. przed spuszczeniem chordy psów ratuje je zapewne system domofonowy na klatkach. śnieg jest na gzymsach, daszkach i nielegalnie zwisających kablach telewizji - up(iję) cię. wszystko przykryte futrem, jakby o estetyczne ciepło na ziemi dbali synesteci o ekscentrycznych skłonnościach. a w mojej ogołoconej ze sprzętów kuchni znalazłem pustą szklankę w zlewie, na której dnie spoczywała jednogroszówka. byłem zdziwiony tym na równi z wyobrażeniem wychodzącego ze ściany jezusa, z obrazem zamiast głowy. chociaż gdyby oderwał swe plecy od ściany pewnie nie pamiętałbym ani szklanki, ani wspomnień z brakiem prądu. to pewnie przyćmiłoby wszystko inne. do tego jeszcze te złe taksówkarskie maniery nabyte podczas nocy sparaliżowanych przez bejowskie komanda "na dołach". na szczęście ucieleśnił się skutecznie w obrębie ściany na drugim piętrze. chociaż coraz bardziej profesjonalnie i po ludzku wygląda ze ściany.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

podsumowanie muzyczne 2016 (najczęściej słuchane przeze mnie płyty w minionym roku)

O pewnych dwóch filmach poetyckich

Jeszcze w trakcie seansu „Nad rzeką, której nie ma” Andrzeja Barańskiego odniosłem się w pamięci do tego, co przeczytałem na temat filmu „Wszystkie nieprzespane noce”. Postanowiłem wykorzystać to, że jestem na świeżo z wrażeniami ijeszcze tego samego dnia obejrzeć obraz Michała Marczaka (nowość w Showmax). Miałem nieodparte wrażenie, że dokumentalizowany film Marczaka może być próbą odpowiedzi na film z 1991 roku, tudzież w jakimś stopniu z nim korespondować, zestawiając ze sobą starą i nową szkołę poetycką, minioną i współczesną wrażliwość etc. Pierwsze wrażenia: oba filmy są próbą upoetyzowania pewnego fragmentu rzeczywistości lokalnej (w obrazie sprzed lat - drobnomiasteczkowej, w nowym - wielkomiejskiej), pokazania jejna przestrzeni pewnego wycinka czasu (w filmie z 91 roku jest to kilka tygodni, w filmie z 2016 roku - kilka miesięcy), ukazania relacji kumpelskich (tam czterech przyjaciół, tu dwóch), damsko – męskich (i w starszym i nowym filmie pojawia się temat miłości i jej obo…

podsumowanie muzyczne 2014 (najczęściej słuchane przeze mnie płyty w minionym roku)

archspire - the lucid collective
czysta kalkulacja i technika. bez epickiej ckliwości i nowomodnych ściem w stylu deafheaven. nie jest to ekstremalnie szybki iron maiden z growlem, charakterystyczny dla "tetris" metalu. koncept na muzę inspirowany polskim yattering i sceptic, momentami death i cynic. w sam raz jako ładunek na podróż autobusem w godzinach szczytu.


big ups - eighteen hours of static
post-hardcore i właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. ciekawe, nieśpieszne melodie mieszają się z melodiami bardziej wartkimi i równie ciekawymi. głos od melo do krzyku. niby emo, ale facet na froncie bardziej godny zaufania. zwłaszcza, że już pod koniec pierwszego tracku śpiewa: "open yourself, before it's too late"



gazelle twist - unflesh
"this is like cannibal corpse for housewives and cute classy women" to jeden z komentarzy pod utworem "anti body". jedna z tych młodych niepokornych dam, ukrywających wdzięki i robiąca z elektroniki awangardę mija…