Przejdź do głównej zawartości

od kuchni strony


doświadczyłem niedawno na własnej skórze, że wystarczy nie zamknąć czegoś z przeszłości, nie załatać. a nawet przymknąć oko na swoją wrażliwość – nie aktualizowanie doświadczenia ulegają przeterminowaniu. logika tego stanu jest prosta i boleśnie konsekwentna: nie nałożyłem kapeluszy dżemów i ryb; nie odłożyłem ich do lodówki – tym samym zaczęły gnić. tą kuchenną metaforykę łatwo przenieść na sprawy duchowe, w zapachu równie intensywne jak rozbef czy tatar po terminie spożycia. żeby to naprawić trzeba naprawdę się wysilić, uruchamiając szereg skomplikowanych zabiegów – łącznie z braniem w ręce niegdyś świeżych emocji, przepakowywaniem i wyrzucaniem prześwietlonych myśli. najgorsze jest to, że cały czas ma się poczucie, że to wszystko mogłoby się jeszcze przydać i wyrzucać szkoda. nie wiadomo tak naprawdę, co kiedyś może stać się znów użyteczne. zabieram się do tego trochę jak do białej magii i dialektyki spożywczej zarazem. i kompletnie się gubię. nie pomaga nawet, gdy powtarzam sobie, że trud z tym związany przyniesie mi poczucie wynagrodzonego wysiłku. coś ze środka na przekór mi mówi cały czas: „stracisz tylko siły, a mógłbyś spożytkować je na inne cele.” i dalej, że nawet bez specjalnie włożonych starań i tak będę umiał wyciągnąć pozytywne wnioski. więc po co się starać? z drugiej strony, czy wystarczy „przechodzić” złe samopoczucie, bo i tak kiedyś uda się go pozbyć jak  zapachu pierdnięcia? niech samo się zrobi. a dlaczego nie? może i tak, ale jest jeszcze spory kawałek ducha (w maszynie), który dość często trzeba wyciągać w towarzystwie innych. dzielić się nim, w temperaturze niższej niż ta panująca w klatce piersiowej? gdy wyciągam coś z siebie niematerialnego na zewnątrz, to wówczas jestem wstydliwszy i definiuje się powściągliwiej. nie daje się prowadzić przez emocje. w ciele panuje złe środowisko dla ducha, za dużo się iskrzy, zbyt wiele przelewa się substancji a poza tym jest tam prawie zawsze niezmienne 36,6 stopni celsjusza. (209, 8 kelvina, 98,2 fahrenheita) w tych warunkach łatwiej o rozkład.  

odkryłem coś, tylko nie wiem czy jest to odkrycie obiektywnie prawdziwe. otóż wydaje mi się, że nieporównywalnie więcej pracy wkładam w skomponowanie siebie do kupy niż moi znajomi. to oczywiście przeczucie i być może tak wcale nie jest. bo może wszyscy jesteśmy w podobnym położeniu, tylko, że niektórzy potrafią to lepiej maskować. mimo wszystko i tak zdziwiłbym się, wchodząc w myśli osób mi bliskich, że od samego rana zaczynają szereg czynności, które przypominają te, które wykonuje ja. czyżby wszyscy mogli myśleć, że bez uporządkowania spraw odśrodkowych (znaczy się duchowych) nie wyjdą z domu? bo ja na przykład po przebudzeniu się wczoraj, prawie automatycznie zostałem cofnięty do niedawnego snu i paru jeszcze innych czynności z 18.30 minionego dnia. i próbowałem sobie przypomnieć kim byłem przed opadnięciem powiek, tzn. na jakim momencie siebie stanąłem poprzedniego dnia i czy ja wczorajsze jest bliskie ja porannemu. i nie chodziło o konfrontacje przed łazienkowym lustrem tylko o żywą autopolemikę z alter ego na tle wczoraj. uczciwy wywiad z samym sobą. wyglądało to tak, że po kilkudziesięciu minutach przekonywania osiągnąłem coś na zasadzie naciąganego kompromisu. okazało się, że ja wczorajsze nie chce powrotu do rutynowych działań związanych ze śniadaniem i pracą. dysponując większym wigorem z wczoraj zaczęło dominować nad ja bieżącym. na szczęście odwrotnie było z potencjałem fizycznym dlatego, w rezultacie wszystkie pretensje zostały stłumione i zepchnięte, gdzieś w okolice czyśćca podświadomości. teraz mają niewiadomą datę aktywacji. no może nie do końca niewiadomą, bo pewnie przypomną się następnego dnia z rana. a ja do tego czasu będę wmawiał sobie, że zaktualizuję narzędzia autokorekty i wreszcie zrobię coś z większą kompatybilnością wieczorów i dni.

to nie wszystko. podczas pół godzinnej jazdy autobusem w drodze do pracy doszło do niezaplanowanego wybuchu euforii. zaczęło się od kącików ust. jakiś wewnętrzny grymas zaczął je podważać. z sekundy na sekundę czułem jak szczera radość nadmuchuje mi skórę policzków. bezwolnie zaczynam się uśmiechać. domyślam się, że to moje ja z wczoraj, nie pozwala na zachowanie powagi. gubię dystans. czuję, że nie ustoję na twardej podłodze autobusu, bo ta zamienia się w cienką linię w tym obwoźnym  cyrku o numerze 117. skręcamy w madalińskiego, a poręcze, które mam na wyciągniecie ręki nagle się oddalają. rozsiewam emocje w tłum i wszystko co było w środku zaczyna wychodzić na zewnątrz. schizofrenicy chodzą ze snami na wierzchu. ja mam emocje. a było tak blisko. już wyrobiłem w sobie poranną równowagę, a tu niespodzianka – radość. wiem, że dzięki powadze mogę mieć więcej. dlatego tak długo dbam o nią przed wyjściem. a teraz pod palcami wyczuwam ciepło i miękkość twarzy. zupełnie jak u dziecka. bez powagi będzie mi nieporównanie trudniej w pracy, a wieczorem jeszcze spotkanie w męskim gronie. później klub. tam może będzie koleżanka wojtka. cel: utrzymanie relacji wzrokowej na podobnym poziomie co w planie be. w takich momentach jak na dłoni widać co z kobietami potrafi zdziałać pewność siebie. to dziwne, bo nie rozsiewasz nic a i tak przyciągasz. a ja dzisiaj emanuję i rozsiewam. pokazuję, że jestem otwarty. to niedobrze wróży. muszę się powstrzymywać. w dodatku wiem, że radość będzie potrzebowała więcej kalorii, co wiąże się z tym, że będę musiał jej dostarczyć więcej emocjonalnej pożywki. to z kolei pociągnie za sobą sytuację, że nie skupię się na jednej rzeczy, bo wszystko dookoła będzie mogło okazać się dla niej wartościową karmą. a co zrobić jeśli radość nie pójdzie w parze z jasnością i klarownością myśli? wolę o tym nawet nie myśleć. nawet najlepsze ściemnianie, że posiadam większą od przeciętnej inteligencję i tak wysiądzie przy częstym uśmiechaniu się. wzbudzi podejrzliwość. a większość ludzi widząc osobę radosną ulega efektowi zbytniego uproszczenia, które w efekcie prowadzi do bagatelizacji. i trudno zdobyć atencję, gdy rozmówca dostrzega po drugiej stronie uśmiech. poza tym być radosnym to przyzwalać na rozchwytywanie w towarzystwie, na zawracanie głowy… niezwykle trudno wówczas poświęcić się tylko jednej rzeczy. i co zrobić, gdy mimikra nie słucha się? jednocześnie nie oddając jej na dłuższą chwilę w depozyt pesymizmu.

ergo: radość potrafi być zła. przynosi długofalowe, negatywne zmiany. dostarcza kolorów, tym samym daje fałszywie znać, że jest ci dobrze. wysyła sygnały, aż inni zaczynają przeceniać twoją samowystarczalność. a jeżeli już ktoś podejdzie, to po to tylko, żeby coś od ciebie wziąć. i nie wiem co gorsze, czy ta przecena czy myślenie, że śmiejesz się jak głupi do sera?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

podsumowanie muzyczne 2016 (najczęściej słuchane przeze mnie płyty w minionym roku)

O pewnych dwóch filmach poetyckich

Jeszcze w trakcie seansu „Nad rzeką, której nie ma” Andrzeja Barańskiego odniosłem się w pamięci do tego, co przeczytałem na temat filmu „Wszystkie nieprzespane noce”. Postanowiłem wykorzystać to, że jestem na świeżo z wrażeniami ijeszcze tego samego dnia obejrzeć obraz Michała Marczaka (nowość w Showmax). Miałem nieodparte wrażenie, że dokumentalizowany film Marczaka może być próbą odpowiedzi na film z 1991 roku, tudzież w jakimś stopniu z nim korespondować, zestawiając ze sobą starą i nową szkołę poetycką, minioną i współczesną wrażliwość etc. Pierwsze wrażenia: oba filmy są próbą upoetyzowania pewnego fragmentu rzeczywistości lokalnej (w obrazie sprzed lat - drobnomiasteczkowej, w nowym - wielkomiejskiej), pokazania jejna przestrzeni pewnego wycinka czasu (w filmie z 91 roku jest to kilka tygodni, w filmie z 2016 roku - kilka miesięcy), ukazania relacji kumpelskich (tam czterech przyjaciół, tu dwóch), damsko – męskich (i w starszym i nowym filmie pojawia się temat miłości i jej obo…

podsumowanie muzyczne 2014 (najczęściej słuchane przeze mnie płyty w minionym roku)

archspire - the lucid collective
czysta kalkulacja i technika. bez epickiej ckliwości i nowomodnych ściem w stylu deafheaven. nie jest to ekstremalnie szybki iron maiden z growlem, charakterystyczny dla "tetris" metalu. koncept na muzę inspirowany polskim yattering i sceptic, momentami death i cynic. w sam raz jako ładunek na podróż autobusem w godzinach szczytu.


big ups - eighteen hours of static
post-hardcore i właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. ciekawe, nieśpieszne melodie mieszają się z melodiami bardziej wartkimi i równie ciekawymi. głos od melo do krzyku. niby emo, ale facet na froncie bardziej godny zaufania. zwłaszcza, że już pod koniec pierwszego tracku śpiewa: "open yourself, before it's too late"



gazelle twist - unflesh
"this is like cannibal corpse for housewives and cute classy women" to jeden z komentarzy pod utworem "anti body". jedna z tych młodych niepokornych dam, ukrywających wdzięki i robiąca z elektroniki awangardę mija…