Przejdź do głównej zawartości

helicon - take a ride (ep)


pochodzą ze szkocji. założeni przez braci hughesów (obaj gitary i wokale) i laurę o’brien (syntezatory i klawisze). od razu napiszę, że ich muzyka przemyca coś z krajobrazu wysp. debiutancką epkę wypełniają trzy długie i nieśpieszne kompozycje (dwie pierwsze trwają 17 min, a trzecia 5!) ta muzyka ciągnie się trochę jak droga, którą trzeba przebyć od domostwa do domostwa spacerując wrzosowymi łąkami. wtedy to najlepszym sposobem na wypełnienie czasu jest snucie wyobrażeń. wszystkie te dźwięki zdają się być bardzo swojskie, zasłyszane już gdzieś wcześniej a zarazem malowane własnymi barwami. takie dziwne podwórko, które wtopiło się w krajobraz, mimo iż nad nim unoszą się skrzydlate koty. w the point between heaven and hell - pierwszym utworze na epce, w którym sam wstęp trwa blisko 5 minut, wyprawa z ziemskiej zamienia się w metafizyczną. nie tylko za sprawą tekstu, ale przede wszystkim za sprawą instrumentarium. przesterowane gitary zahaczają tu o delikatną psychodelię, a liryczny i zarazem melancholijny głos gary’ego hugheusa uzupełniają dziewczęce zaśpiewy laury o’brien. warto dodać, że płeć żeńska to też partie skrzypiec i harmonijki. właśnie dociera do mnie, że ten spacer w chmurach wypełnia jakaś dziwna troska i specyficzne natężenie, które znika dopiero wraz z pierwszymi linijkami tekstu. ulotność tego utworu sprawia, że 10 min. the point between… mija prawie niepostrzeżenie. prawie, bo zostawia ciepłe, optymistyczne wrażenia.
w drugim utworze: truth or consequence moją uwagę zwraca śpiew i przede wszystkim śpiew. kołyszący i folkowy. nie brak tu także bardzo wyważonej, epickiej i emocjonalnej rockowej jazdy, dzięki pojawiającym się tu i ówdzie charakterystycznym, ślizgającym i wibrującym partiom gitar.   
w hiding in the shadows miejsce basu zajmuje didgeridoo, albo gra tuż obok a gitary oddają pole sitarom. wszystko do czasu, bo i tu jest miejsce na przestrzenne i wydłużone pociągnięcia pięciostrunowych instrumentów. właśnie: przestrzenne, to dobre słowo, by określić zawartość take the ride. przestrzenne sesje i rockowa psychodelia uzupełniana przez delikatny folk. taka właśnie jest debiutancka epka tego zespołu. zapętlam dźwięki helicon w winampie. dzisiaj i sądzę, że nie tylko dzisiaj szykuje się długi wieczór z tą muzyką... 

dzięki uprzejmości muzyków helicon przez najbliższy tydzień możecie zapoznać się z ich muzyką klikając na take a ride free ep
i jeszcze oko laury o'brien

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

podsumowanie muzyczne 2016 (najczęściej słuchane przeze mnie płyty w minionym roku)

O pewnych dwóch filmach poetyckich

Jeszcze w trakcie seansu „Nad rzeką, której nie ma” Andrzeja Barańskiego odniosłem się w pamięci do tego, co przeczytałem na temat filmu „Wszystkie nieprzespane noce”. Postanowiłem wykorzystać to, że jestem na świeżo z wrażeniami ijeszcze tego samego dnia obejrzeć obraz Michała Marczaka (nowość w Showmax). Miałem nieodparte wrażenie, że dokumentalizowany film Marczaka może być próbą odpowiedzi na film z 1991 roku, tudzież w jakimś stopniu z nim korespondować, zestawiając ze sobą starą i nową szkołę poetycką, minioną i współczesną wrażliwość etc. Pierwsze wrażenia: oba filmy są próbą upoetyzowania pewnego fragmentu rzeczywistości lokalnej (w obrazie sprzed lat - drobnomiasteczkowej, w nowym - wielkomiejskiej), pokazania jejna przestrzeni pewnego wycinka czasu (w filmie z 91 roku jest to kilka tygodni, w filmie z 2016 roku - kilka miesięcy), ukazania relacji kumpelskich (tam czterech przyjaciół, tu dwóch), damsko – męskich (i w starszym i nowym filmie pojawia się temat miłości i jej obo…

podsumowanie muzyczne 2014 (najczęściej słuchane przeze mnie płyty w minionym roku)

archspire - the lucid collective
czysta kalkulacja i technika. bez epickiej ckliwości i nowomodnych ściem w stylu deafheaven. nie jest to ekstremalnie szybki iron maiden z growlem, charakterystyczny dla "tetris" metalu. koncept na muzę inspirowany polskim yattering i sceptic, momentami death i cynic. w sam raz jako ładunek na podróż autobusem w godzinach szczytu.


big ups - eighteen hours of static
post-hardcore i właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. ciekawe, nieśpieszne melodie mieszają się z melodiami bardziej wartkimi i równie ciekawymi. głos od melo do krzyku. niby emo, ale facet na froncie bardziej godny zaufania. zwłaszcza, że już pod koniec pierwszego tracku śpiewa: "open yourself, before it's too late"



gazelle twist - unflesh
"this is like cannibal corpse for housewives and cute classy women" to jeden z komentarzy pod utworem "anti body". jedna z tych młodych niepokornych dam, ukrywających wdzięki i robiąca z elektroniki awangardę mija…