wtorek, 19 stycznia 2016

podsumowanie muzyczne 2015

Viet Cong - Viet Cong

Opisać Vietcong jako soniczny napalm to posłużyć się skojarzeniem tyleż wdzięcznym co banalnym. Pochwalić za finezję, która stoi w kontrze do uprawianego gatunku, i napisać, że to nietypowe jak na scenę post punkowo noisową, znaczyłoby wykazać się ignorancją w stosunku do kapel rozsadzających ten gatunek od kilku lat. Jeżeli jest tu trochę artyzmu, to w porównaniu np. z Ought słowo to inaczej rezonuje: pod kurtką Viet Cong słychać przeładowanie magazynka – może to praca bębnów? Noise rock w „Continental shelf” idzie w kierunku Place to a bury strangers (a może każdy noise rock idzie w tym kierunku), natomiast w „Silhouettes” zdaje mi się, że słyszę „Czy tu się głowy ścina”? W obu przypadkach to jednak nie zarzut.

Archy Marshall - A New Place 2 Drown

To prawdziwe imię i nazwisko King Krule, a jeszcze wcześniej Zoo Kida. Jak się okazuje nie tylko dane uległy zmianie ale i muzyka z analogowej na elektroniczną. Mimo wolty nowy materiał cały czas skrywa w sobie ducha pierwszych nagrań (czytaj jest pozytywnie melancholijny). Natomiast tym co go różni jest rezygnacja z użycia gitar. A jeżeli są, to po sporym retuszu. Przyznam się, że gościnny występ Marchalla w Mount Kimbie i poprzednia jego płyta nie zachwyciły mnie. Miałem wrażenie, że właśnie elektroniczna otoczka dla bluesowo rockowego głosu się nie sprawdza. I że już nie ma odwrotu. Okazało się jednak, że muzyk potrafi odnaleźć się i w tym sztafażu i zrobić to w sobie znany, celowo bełkotliwy i zarazem ciepły sposób.

Gorilla Monsoon – Firegod: Feeding the beast

Płyta przypomina mi najlepszy album Gorilla czyli „Demage King”. Niestety nie osiąga jego poziomu. Chociażby ze względu na piosenkowy charakter. Ale po wypadku przy pracy jakim było „Extermination Hammer”, cofającym kapelę w rozwoju do poziomu chcących zamoczyć piętnastolatków wydawnictwo jest miłym zaskoczeniem (nawet powracający w P.O.R.N temat seksu został potraktowany poważnie). Kiedyś Death-Stonner-Doom robiony za sprawą grubych gitar, zwolnień doświadczanych tylko w biurowych windach z mięsem i zachrypłych jodłowań ponad blokami Drezna w kierunku pokrytego smogiem księżyca w 2015 roku powrócił do swych korzeni tylko zamiast metalowej swady nad wszystkim zawisnął klimat stadionowego schyłku. Mój faworyt to „Law of the riff” - ten tytuł zobowiązuje.

Songhoy Blues - Music in Exile

Nowy czad z Timbuktu. Skoczny, momentami znośnie rzewny bluesowy rajd przez pustynię. W niedawnym filmie pt. Timbuktu pojawia się epizod z muzykami skazanymi za śpiew i granie - ów los mógł stać się udziałem Songhoy, gdyby zespół nie opuścił tegoż miasta. Ale powracając do samej muzyki: są tu flirtujące z szeroką gamą instrumentów perkusyjnych melodyjne gitary zespalające się w afrykańskim żywiole. Po drodze usłyszymy też plemienne zaśpiewy brnące przez piaskowo rockowy zaczyn.

Taco Hemingway - Trójkąt Warszawski

Podwójnie rymowane wersy nie tylko ciekawią ale zapadają w pamięć. Autor jest spoza środowiska hip hopowego i co krok nie musi udowadniać swojego rodowodu przez co poddając tekst literackiej obróbce ma mniej wypieków na twarzy. Nocna Warszawa przeżywana jest jak życie na gorąco z odautorskim komentarzem, nierzadko poetyckim. W intrach głosy z kronik, a w środku miasto nakryte do imprezy. Wchodzę w to.


Tame Impala - Currents

Ten album to jeden utwór grany w kilku wariantach. Do tego od trzech płyt. Przy tej muzyce można poczuć się jak Piotr Fronczewski w klubie disko (np. unieść w sylwestrowy tan Janinę Paradowską wprost ze studia Superstacji na betonowe pola Stadionu Narodowego i nie myśleć, że robi coś niestosownego). Zabawi fana muzyki tanecznej, który po usłyszeniu Tame Impala poczuje wyrzuty sumienia i odnowi swoją miłość do rocka. Psychodeliczność tego projektu nikogo nie skrzywdzi, ani nie urazi. Rytm wprawi w drganie najbardziej drewniane ucho i nogę. Rodzice uwierzą ci, że do odbioru tak przyjemnych dźwięków nie będziesz potrzebował/a jakichkolwiek substancji psychoaktywnych. Bo przy Currents wszyscy poczują się wygrani i spełnieni. Na czele z autorem tego wpisu.

Thee oh sees - Mutilator defeated at last

Psychodelicje z reverbu. Szelmowskie wokale z podkręceniem wąsa i musowym ich oblizaniem. W 'Turned out light” daję słowo słychać echo Aphrodite's child. Sporo tu gitarowych wyścigów po Route 66 w oparach noisowego kurzu. Zresztą określenia alternatywny, garażowy, psychodeliczny, niezależny mieszają się ze słowem rock i pojawiają się w wielu kombinacjach. Oprócz tego gdzieś obok słychać punka i niebanalną balladowość. Zdarzy się też, że gitarową hulankę przerwą klimatyczne hamondy.

William Basinski – Cascade

Mój powrót do ambientowych odnóg w muzyce. Muzyka jako ciągły proces. Do tego niezbyt skomplikowany, bo oparty na zaledwie kilku zapętlonych i odtwarzanych na nowo akordach. I tak jak czasem nie sposób ocenić czy użyty w muzyce sampel jest odgłosem trzeszczącego lodu czy syczeniem ognia, tak i tu nie mogę jednoznacznie postawić na odrealnienie czy kołyszącą prozaiczność. Wszystko co słyszalne na tym albumie jest po prostu zachwytem na wyciągnięcie ucha. Dla mnie obie z tych wersji i nadrealna i zanurzona w prawach fizyki zachwycają po równo. Jeżeli można odkryć w tych dźwiękach dawkę prozaiczności, to jej szara kaskada kryje w sobie sporą głębię.

All we are – All we are

To jedna z tych kapel, która mogłaby powstać wszędzie. A tworzona przez nią muzyka chce dotykać sfer wyłącznie miłych i delikatnych. Używa do tego łagodnych gitar, pstrykanego paluszkami basu i tylko uderzenia w werbel zdają się bardziej wyraźne. Niedawno usłyszałem, że formacja ta momentami przypomina Siouxsie and the banshees tylko jest trochę bardziej uładzona i monotonna. Niektórzy z komentatorów bywają bardziej złośliwi. No cóż, ja do nich nie należę i z nieukrywaną radością oddaję się temu zawieszonemu między śnieniem na jawie, a stylistyką retro popowi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz