niedziela, 23 lipca 2017

podsumowanie muzyczne 2016

aluk todolo - voix, obcowanie z aluk todolo oznacza zapuszczenie się w oniryczno-okultystyczne rejony ciężkiego grania, od których zapiera dech i może zakręcić się w głowie. nie lada wyczynem jest przyzwyczajenie wzroku, a właściwie słuchu do tej dusznej i ciemnej materii. ponieważ jest naprawdę smoliście i gęsto, wkraczamy w improwizowany rytuał oparty na piętrzących się instrumentalnych tyraniach perkusji i basu oraz świdrującej gitarowej duchoty. należy dodać, że przestrzeń muzyczną dzielą między siebie zaledwie te trzy instrumenty. magma się rozlała, a francuskie trio, nie tylko w swoim regionie, wyrasta na lidera w dostawie wysokiej jakości oleju napędowego i krautrockowej smoły.

show me the body - body war, glosa: gdyby new metal poszedł mniej komercyjną drogą (katarynki, popowe zaśpiewy), to jest całkiem prawdopodobne, że kapele takie jak show me the body mogłyby stać się forpocztą drugiej fali tego nurtu. możliwe, że gdy muzycy pisali wypracowania o tomku sawyerze w podstawówce, z tyłu głowy kołatały im się sceniczne wybryki henry ‘ego rollinsa, do których na przerwach podkładali lakoniczne, surowe melodie i rytm wystukiwany za pomocą linijki i długopisu. kilka lat później wszystko to zostało przeniesione do ich muzyki, w której na pierwszy plan wysuwa się melodyczna oszczędność, częste złamania rytmiki i punkowy, a gdzieniegdzie rapowy wokal.

parquet courts - human performance, nie taki punk straszny, jak go malują. a bywa, że nawet przystępny i miły dla ucha. a w tym konkretnym przypadku post punk, w którym przed prefiksem post znajduje się dodatkowo przedrostek art. albo na odwrót. tak czy inaczej, kolejność nie ma tu znaczenia, bo każdy z tych epitetów jest jak najbardziej na swoim miejscu. utwory zamknięte w 2, 3 minutowe kompozycje, z wyjątkiem „one man, no city” (z nieco bardziej rozbudowaną końcówką), zamiast szybkim biciem perkusji i krzykiem, utrzymują uwagę słuchacza leniwymi tempami i w większości nienarzucającymi się ale chwytliwymi melodiami.

swan valley heights - swan valley heights, na ponad 60 minut monachijaska formacja przenosi stolicę bawarii do słonecznej kalifornii, i dalej w miejscu oraz w czasie. robi to za sprawą czystego głosu wokalisty, który przedziera się przez gęste, drapiące w ucho kłęby przesterowanych gitar. im dalej w muzykę, tym więcej śladów komercyjnych rewirów stonner rocka (na marginesie - progresywne momenty przypominają polską proghmę-c, utwór alaska), ale proporcje szorstkiego grania w stosunku do wypolerowanych improwizowanych faktur zostają odpowiednio zachowane. jest coś uroczego w tej tęsknocie do wędrówek mamutów, piaskowych burz i schnących w słońcu kolczastych macek kaktusów.

mondo drag - the occultation of light, to na pewno nie pierwszy i nie ostatni krążek muzyczny czerpiący z dokonań rocka psychodelicznego i progresywnego w historii muzyki. bez trudu mógłby odnaleźć się w estetyce lat minionych. ale trudno odmówić muzykom ducha ukrytego w tych starych kompozycjach, hipnotycznej instrumentalistyki i solidnego rockowego zacięcia. w skrócie po staremu ale na nowo.



abra - princess, manieryzmy wokalne należy zrzucić na młody wiek. sceny przeszczepione z teledysków bardziej niegrzecznych dziewcząt popu (obowiązkowo w zwolnionym tempie ale już z własnymi wizjami) to oczywista gra seksualnością. mamy obowiązkowe błyskanie topem, podświetlanie wzgórka, a gdzie indziej spontaniczny prysznic w ubraniu. ale wyłączając obraz pozostaje spora pewność wokalna, a w sferze samej muzyki - rytmiczna bomba, która z dodatkiem onirycznej aury podbitej mocnym basem, tworzy ciekawą mieszanką taneczną z pogranicza r&b i popu.

badbadnotgood - IV, trudno uwierzyć, że te wszystkie muzyczne chwyty, którymi żongluje zespół mają jeden szyld o nazwie badbadnotgood. najogólniej rzecz ujmując jazzowe genus proximum zostaje poddane elektronicznej obróbce, umiejętnie lawirując między muzyką niezależną, a radiowym formatem. w trzech utworach muzycy z toronto pokusili się o gościnny udział wokalistów obojga płci (dostajemy materiał rozpięty tematycznie od hip hopu, po musical i muzykę rozrywkową). nie mniej ciekawie wypada też cross z colinem stetsonem w utworze „conffesions pt II” grany na basowym saksofonie.

niechęć - niechęć, bardziej niż na debiucie udaje się tu połączyć jazzową swadę z wysublimowanym fortepianem i wszelkimi delikatnościami klasycznej kompozycji. a improwizacja i ściśle ustalone struktury utworów swobodniej oddają sobie pole niż w przypadku debiutu. nie jest to łatwa sprawa, bo padają tu pod obróbkę duże tematy, a z drugiej strony bardzo chwytliwe (początek rajzy). najsłabiej wypadają, motywy entuzjastyczne (czy to saksofonowy frenetyzm we wspomnianej rajzie czy indie rockowa wojaż z echatony, czy musicalowe zagrywki w metanolu). może nie do końca foremnie (bo to trochę inny jazz) niechęć wypełnia lukę po yazzbot mazut i robotobibok. dajmy na to: w pierwszym temacie z utworu „koniec” można usłyszeć echo kompozycji words - kwartetu: możdżer, griese, schauble i nonnenmacher, a z tyłu nagle wyłania się grzybiarz robotobiboka.

the comet is coming - channel the spirits, w pakiecie channel the spirits otrzymujemy 12 różnotematycznych kanałów muzycznych. uruchamiając je, czy to po kolei czy też losowo, stajemy się świadkami poszukującej elektroniki, flirtującego ze zrytmizowanymi strukturami jazzu, muzyki etno, a nade wszystko niebanalnie rozgrywanej przestrzeni. żeby tego było mało, muzyka po drodze zahacza o elementy groove, funk i drobiny pulsującej psychodelii.


calypso rose - far from home, muzykę tworzy od 15 roku życia. posiada na koncie ponad 800 piosenek. te z albumu far from home wbrew tytułowi, prawie w większości są południowo amerykańskimi, rdzennymi bangerami. witalnym kompozycjom towarzyszą porozrzucane gdzieniegdzie nuty molowe i ledwo uchwytny, nieściskający za szyję (lub za uszy) sentyment. są one jednak jak krople w oceanie oblewającym rodzime brzegi kraju artystki, a nad wszystkim góruje ciepłe, równikowe słońce, tańce na bosych stopach oraz niewyczerpana życiowa frenezja.

dan boeckner sprawia, że elektroniczne maszyny pod jego palcami brzmią organicznie i ciepło. doświadczenie sceniczne zbudowane poprzez udział w kilku projektach muzycznych pozwala mu na zręczne poruszanie się w indie elektroniczno-popowo-punkowym repertuarze. jest w tym elegancja kompozytora, który ma dar przenoszenia muzyki alternatywnej w bardziej przystępne rejony. wszystko to podszyte rytmiką, która sprawia, że automatycznie chce się poderwać z fotela – nie wierzycie posłuchajcie mission creep, blue wave czy control. oprócz dana boecknera, grającego na gitarze i klawiszach, zespół uzupełnia devojka odpowiedzialna za mikro syntezator i elektroniczne preparacje oraz sam brown na perkusji.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz